michael_d
ARTYKUŁY | 24.09.2012

Michael Douglas i kobiety

Są spoilery, ale i tak powinniście zobaczyć te filmy dawno temu

Uroczo naiwne wydają się dziś próby radzenia sobie kina z pokoleniem silnych kobiet, które męska część hollywoodzkiego industry projektowała albo jako żarłoczne potwory z kosmosu (tu na podium Gatunek), albo diaboliczne intrygantki, które jako bronią posługują się wyuzdanym seksem. Na ziemi ich ofiarą zawsze pada Michael Douglas.

Filmy, w których Douglas wikła się w miłosne sieci z drapieżnymi samicami alfa, są czytane jako fantazja na temat pracujących kobiet w Ameryce i obok wielu produkcji z lat 90. o mężczyznach obsadzanych w sfeminizowanych rolach matek lub opiekunek, stanowią dwie strony tego samego medalu. Drastyczne zmiany w społecznym modelu pracy w Stanach Zjednoczonych, aktywny udział kobiet w życiu zawodowym, zwłaszcza na szczeblach tradycyjnie należących do męskiej klasy średniej jak prawnik czy lekarz, oraz nowoczesne technologie (o przebudzeniu ponowoczesności nie wspominając) wymuszają na Hollywood nowy typ współczesnego kina noir i odświeżonej femme fatale. Żegnaj Rito, Barbaro i Joan, witaj Glenn, Sharon i Demi.

Ktokolwiek powie, że Douglas nie jest genialnym aktorem – bredzi. Wyssał on aktorstwo i urodę z mlekiem matki (twarz Kirka Douglasa z lat 50.!), ponadto nikt inny nie potrafi tak przekonująco zagrać mężczyzn, którymi pomiatają kobiety. Upokarzany, poniżany, dręczony, stanowiący dla silnych i pięknych domin jedynie zabawkę. Trzy filmy Michaela z przełomu lat 80. i 90. są nie tylko popisem jego kunsztu i cudownego wykorzystania gatunkowego thrillera, ale także przepowiedniami dla naszych czasów. Douglas brał udział we wszystkim, co okazało się kluczowe dla ponowoczesnego społeczeństwa: ostrzegał przed epidemią AIDS, krwiożerczymi korporacjami, które niszczą stosunki międzyludzkie i spekulują bezlitośnie naszymi pieniędzmi, przepowiedział wybuch Internetu, postfeminizm, kryzys tradycyjnie rozumianej męskości, a wszystko to robił z równą gracją. Moja przyjaciółka w dzieciństwie bała się Michaela Douglasa, ponieważ mama i tata przestrzegli ją, iż jest on seksoholikiem. Moi rodzice nie posiadali tej informacji, więc mogłam bez obaw rozkoszować się filmami, gdzie pada ofiarą swojego libido. Jedynie kasetę VHS z Nagim instynktem (1992) Paula Verhoevena trzymano przede mną dla niepoznaki w skrytce samochodowej rumuńskiej Daci, ale lata praktyki w tropieniu gwiazdkowych prezentów sprawiły, że pewnego dnia udało mi się ją wykraść. A reszta jest już historią. Pierwszy Michael, pierwsze krocze, pierwsze zabawy sadomasochistyczne na ekranie.

Nie będę ignorowana!

Fatalne zauroczenie (przedziwna mieszanka thrillera erotycznego, dramatu i exploitation horroru) w 1987 roku było ogromnym hitem, zwracając się 22-krotnie w stosunku do kosztów produkcji. Lepsi w owym roku okazali się jedynie Trzej mężczyźni i dziecko, ale oni mieli Toma Sellecka i niemowlę. Jak zawsze u Michaela, wszystko zaczyna się niewinnie. Dan Gallagher jest kochającym ojcem i mężem. Jest piękna żona, córeczka i złoty labrador. W tym rewersie Słomianego wdowca Dan zostaje sam w domu na weekend, ale nie czekają go zabawne perypetie z Marylin, a horror z Glenn Close, wiemy zaś nie skądinąd jak ze 101 Dalmatyńczyków i Układów, że kto jak kto, ale Glenn potrafi przysporzyć pietra (siódme miejsce na liście stu najlepszych szwarccharakterów!). W Fatalnym zauroczeniu gra ona postać Alex Forest – i nie będzie to przyjazny stumilowy gaj, a raczej las o rozwidlających się ścieżkach, w którym Dan się pogubi. Alex, podobnie jak bohater Douglasa, jest prawniczką, ma burzę blond loków, nosi biały kostium, mieszka w lofcie w nowojorskim dystrykcie pakowaczy mięsa i nie przepada za stanikiem. Wystarczy jeden wspólny koktajl, gdy ona mówi: Jesteś niegrzecznym chłopcem, a oboje jesteśmy dorośli, żeby Dan bez słowa sprzeciwu wyszeptał omdlewającym głosem: Weźmy rachunek. Potem jest seks na stojąco w kuchni, odrobina pieprzu, jak to lubi reżyser Adrian Lyne (bo polewają się wodą z kranu wśród durszlaków), i kłopot gotowy. Weekend jednak jeszcze się nie skończył, idą więc do kubańskiego klubu, Alex pyta: Robiłeś to kiedyś w windzie?, gotuje doskonałe spaghetti przy dźwiękach Madame Butterfly (sic!). Gdy Dan próbuje grzecznie się pożegnać po upojnym końcu tygodnia, Alex podcina sobie żyły. A to dopiero początek! Potem zaczynają się głuche telefony do domu i … tutaj  film starzeje się na tyle, że robi miejsce na zabawną retronostalgię o tym, jak to niegdyś telefon stacjonarny rujnował niewiernym ludziom życie. Alex tymczasem coraz śmielej wchodzi nieproszona w życie zastraszonego już do granic możliwości Dana, okazuje się, że jest w ciąży, wylewa kwas na jego samochód, a w końcu umawia się na pogawędkę z jego żoną. W scenie, gdy przychodzi do ich domu pod pretekstem oglądania mieszkania wystawionego na sprzedaż, muzyka taty Jeana Michela Jarra dosłownie mrozi krew w żyłach. Mieszkanie Gallagherów to zresztą to samo mieszkanie, którego w 9 i pół tygodnia (1986) używała Kim Basinger.

Jaki jest królik? Jest biały, mięciutki i wygląda na miłego. Tak też prezentuje się Glenn w Fatalnym zauroczeniu, ale pozory mogą mylić.. Gdy literalnie ugotuje ukochanego króliczka córki Dana (bunny boiler weszło na stałe do kolokwialnego języka jako określenie zazdrosnej kochanki), skruszony mąż do wszystkiego się przyznaje. Żona idealna wyrzuca go z domu, córka płacze, a porzucone kobiety grają razem na pianinie Preludium w e-moll Chopina, znane jako muzyczna alegoria rozpaczy. Rodzina została rozbita, grzech popełniony (co perfekcyjnie uchwycił polski plakacista Maciej Kałkus w grafice do Fatalnego zauroczenia).

Fatalne zauroczenie okrzyknięto metaforą problemu wirusa HIV w Stanach Zjednoczonych i przestrogą przed fatalnymi skutkami niewierności. Brian de Palma ukuł dla filmu trafny termin: postfeministyczny AIDS thriller, a Adrian Lyne odbierał telefony od męskich widzów, którzy narzekali: Dzięki Adrian, i to by było po zabawie.

Finałowa scena jatki w łazience to arcydzieło godne Seana Cunninghama. Alex i jej rozbuchana, zaborcza kobiecość przeradza się w monstrum, a gdzie monstrum, tam musi być i horror. Jest nóż, strugi krwi, Michael Douglas topi Glenn w wannie, widzimy jej martwą twarz pod taflą wody tylko po to, by powróciła z martwych raz jeszcze, a sprawę ostatecznie zakończyła ukochana amerykańska zabawka, czyli rewolwer w rękach żony. Glenn Close podobno do dziś trzyma rzeczony nóż w swojej  kuchni jako souvenir. Dla Douglasa rola ta stała się kamieniem milowym w karierze, choć nie był on wcale pierwszym wyborem producentów. Na liście kandydatów do roli biednego Dana pojawił się przed Michaelem nawet sam… Chavy Chase, ale to byłby już całkiem inna historia.

Chyba nie sądzisz, że opowiem Ci o moich wszystkich sekretach tylko dlatego, że miałam orgazm?

I wreszcie przychodzi czas na Nagi instynkt (1992), przez wielu wyznawany, przez innych uważany za szczyt kiczu. Faktycznie, Paul Verhoeven nie żałował estetyki nadmiaru w żadnej sekwencji filmu. W Nagim instynkcie wszystkiego jest za dużo: seksu, przemocy, morderstw, intryg i niedomówień. Ni to thriller psychologiczny, ni horror. Nagi instynkt pożycza sobie Hitchockowskie motywy zaczerpnięte Vertigo, Psychozy i Szału oraz cechy gatunkowe klasycznego kina noir, opowiadając nam ociekającą seksem historię policjanta z przeszłością, Nicka Currana uwikłanego pomiędzy dwie kobiety oraz trupa ze szpikulcem do lodu w szyi i kokainą na penisie. Dziewczyną zabitego nieboraka jest Catherine Tremell, multimilionerka, pisarka pulpowych powieści, którą w filmie wspaniale ubiera włoska marka Cerruti, zapominając jednak dostarczyć na plan bieliznę. Nick, mający problemy z alkoholem i narkotykami, musi zająć się sprawą i rozwikłać zagadkę: czy arcyinteligentna i boleśnie piękna Catherine jest w rzeczywistości socjopatką? Verhoeven sam siebie okrzyknął Hitchockiem lat 90. i tym czym mistrz mógłby być dzisiaj, gdyby ciągle kręcił filmy.

O czym jest ta bajka? To klasyk o detektywie zakochującym się w niewłaściwej dziewczynie. Douglas zostaje złapany w sidła Stone w osławionej scenie na policyjnym posterunku, gdy ubrana w nienaganny biały kostium (w Hollywood inteligentną kobietę zawsze oznacza się kostiumem) podejrzana wykonuje spektakl dla naszego bohatera. Najpierw pyta go: Czy pieprzyłeś się kiedyś po kokainie, Nick?, a potem przechodzi do legendy w ujęciu będącym najchętniej pauzowanym momentem w historii kina. I już po detektywie. Ona wie o nim wszystko, w swoim diabolicznym umyśle opracowuje psychologiczną grę, wszystko po to, by zobaczyć, czy ujdzie jej to na sucho. On nie wie o niej nic, krążąc od uwielbienia do chęci wpakowania jej za kratki. Z pewnością jest to kobieta godna uwagi: nie plotkuje z przyjaciółkami o kremach, ale spędza popołudniowe herbatki z mordercami z San Quentin. Michael Douglas naiwnie wierzy, że jego uczucie do Catherine nawróci ją na akceptowany i ustalony porządek. Będziemy się pieprzyć jak norki, mieć gromadkę dzieci i żyć długo i szczęśliwie. Niestety, nie tym razem. Sugestywna muzyka Jerry’ego Goldsmitha w finale każe nam wierzyć, że szpikulec zostanie użyty przez Stone przynajmniej jeszcze raz, ale zakończenie możemy równie dobrze odczytać jako otwarte. To, co przeraża i stanowi niebezpieczeństwo w postaci Catherine Tremell, to jej niedookreśloność i nietrzymanie się heteronormatywnych kategorii tożsamości, a w efekcie niemożność identyfikacji z tą postacią. Catherine nie jest ani lesbijką, ani hetero, biseksualna staje się dopiero poprzez perwersyjne praktyki seksualne. Legendy krążą o tym, z jaką choreograficzną pieczołowitością były kręcone sceny erotyczne pomiędzy Stone i Douglasem – dublowane przez pięć dni, aż osiągnęły doskonałość zamierzoną przez Verhoevena. Gdy gwiazda Sharon Stone wybucha wraz z oszałamiającym sukcesem Nagiego instynktu, przyćmiewa nawet uznanego już wtedy Douglasa. Wychowana w surowej rodzinie w małym miasteczku w Pensylwanii, 34-letnia aktorka była już o krok od pozostawienia filmowych marzeń za sobą i zostania prawniczką.

Film szarga wszystkie świętości tego świata, jak w scenie w dyskotece przerobionej z gotyckiego kościoła, gdzie lesbijski i heteroseksualny seks przeplata się z konsumpcją narkotyków i przemocą Jak ciekawe były lata 90., niech świadczy fakt, że film ten otwierał festiwal w Cannes w 1992 roku. Silna osobowość Stone (pogłoski o jej ponadprzeciętnie wysokim IQ) oraz wątki queerowe nie pomagają jednak filmowi, którego nienawidzą zarówno feministki, jak i społeczności LGBT. Sharon apokusiła się sequel w 2006 roku, męcząc tym razem Davida Morrisseya i zdobywając cały pęk Złotych Malin dla najgorszego filmu roku.

Czego się spodziewałeś? One są silniejsze, sprytniejsze i nie grają fair. To następny szczebel w ludzkiej ewolucji.

Absolutne mistrzostwo Michael osiąga w W sieci (1994) Barry’ego Levinsona według powieści Michaela Crichtona. Douglas jako Tom Sanders produkuje innowacyjny software dla korporacji DigiCom i prowadzi udane życie rodzinne 2+2 z dala od gwaru Seattle na wyspie Bainbridge. Ładna i ambitna żona jest prawniczką, życie jest sielanką, ale o tym, że rodzina nie jest sexy, uporczywie przypomina pasta do zębów na krawacie Toma, którą wszyscy współpracownicy mu wypominają.

W sieci nad Michaelem pastwi się Demi Moore, która zaskakująco dobrze wypada w roli współczesnej femme fatale, a jest przy tym skończenie piękna i atrakcyjna, w efemerycznym okresie jeszcze pomiędzy kremem przeciwzmarszczkowym a skalpelem. Wczesne lata 90. zrobiły z niej symbol seksu, gdy pojawiła się w dwóch kontrowersyjnych sesjach dla „Vanity Fair”: raz w siódmym miesiącu ciąży, następnie ubrana jedynie w farbę poprowadzoną pędzlem Joanne Gair.

W filmie najpierw poznajemy idealnie gładkie łydki Demi i jej czarne szpilki, czarny kostium, wreszcie oblicze jej bohaterki Meredith, gdy wita się z bohaterem: O co chodzi Sanders, witasz mnie tak, jak wita się wysypkę. Pojawia się wątek dawno zapomnianego romansu i złamanego serca Demi, która będzie próbowała odzyskać eks-kochanka na wszelkie możliwe sposoby. Teraz to ona jest szefową, choć nie do końca wiadomo, skąd się pojawiła i jakie ma plany. Wiemy jedynie, że dużo ćwiczy, a w lodówce ma tylko szampana i pomarańcze. Oboje spotykają się po godzinach przy butelce dobrego kalifornijskiego wina: Lubię, gdy chłopcy pode mną są zadowoleni. Demi jest chętna, rozpalona i świetnie wychodzi jej „dirty talk”. Któż mógłby się temu oprzeć? Tom Sanders! No prawie… Nasz bohater nie odmawia sobie przyjemności fellatio, ale penetracja nastrasza już pewnych moralnych dylematów, więc postanawia przerwać miłosne igraszki, pozostawiając Demi niepocieszoną. Następnego dnia w pracy dowiaduje się, że został oskarżony o molestowanie seksualne, choć trzydzieści jeden razy dzielnie odmawiał taaakim łydkom. W tym momencie zaczyna się pełna napięcia gra pomiędzy Douglasem, Demi, Donaldem Sutherlandem, wielkimi pieniędzmi i amoralną korporacją. Wszystko dlatego, że DigiCom przygotowuje się do wielomilionowej fuzji, a gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Tym wiórkiem ma być Tom Sanders. Dyskurs wokół molestowania seksualnego w miejscu pracy pojawił się w Ameryce zaledwie kilka lat wcześniej za sprawą Anity Hill, która oskarżyła swojego szefa, nominowanego sędziego Sądu Najwyższego Clarence’a Thomasa o czynienie jej seksualnych propozycji. W trakcie telewizyjnych transmisji komisja przesłuchiwała Hill, a całe Stany Zjednoczone usłyszały o tak niesmacznych detalach jak włosy łonowe na puszce coca-coli. W całą sprawę zamieszane było FBI, stosowano poligrafy a Anitę Hill, prawniczkę po Yale, uznano za cierpiącą na urojenia erotomankę, która swoje oskarżenia zaczerpnęła z powieściowej wersji Egzorcysty. Echa podniesionej do rangi symulakrum Hill łatwo da się wyczytać w postaci zaburzonej emocjonalnie Meredith.

Zaimpregnowany części męskiej populacji paniczny męski strach przed byciem zbytecznym, w czasach trudnej ekonomii powraca jako refren w postaci bezrobotnego mężczyzny w średnim wieku podróżującego bez celu tym samym promem, co Tom. Jednak to nie tylko lęk przed drapieżną kobiecością napędza W sieci, pojawia się tam również homofobia – w scenie koszmarnego snu Toma, w której Donald Sutherland (szef, mężczyzna, starzec) próbuje uwieść go w windzie.

W tym filmie nic nie jest takie jakie się wydaje; nie wiadomo, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Wisienką na torcie W sieci jest scena z klasycznym suspensem, gdy Michael Douglas porusza się po wirtualnym „korytarzu” w pełnej imersji, gdzie spotyka awatara Meredith zacierającego wszystkie ślady swojego podstępu. Przerażającym połączeniem jest rozbuchana seksualność Meredith i zaawansowana technologia, którą wzięła w swoje posiadanie. Dziewczyny i hi-tech zawsze oznaczają kłopoty.

Po W sieci Douglas robi sobie przerwę, zostaje prezydentem uprawiającym Miłość w Białym Domu (1995) z Anette Benning oraz łowcą lwów w postkolonialnej pomyłce Duch i Mrok (1996). Kobieca ręka dosięga go ponownie w Morderstwie doskonałym (1998), gdzie jako finansista na tonącym okręcie Steven Taylor (Gordon Gekko II) zostaje zamordowany przez niewierną żonę Znowu coś poszło nie po myśli Michaela, bo tytułowe morderstwo zaplanował on sam na Gwyneth Paltrow, która jest obrzydliwie bogatą asystentką ambasadora ONZ, mówi językami i przewraca się w pościeli z Viggo Mortensenem. Ale to nie urażona duma wywołuje w Stevenie Taylorze wolę popełnienia tak strasznego czynu, lecz chciwość i pieniądze. Steven szczwany lis, do mokrej roboty angażuje kochanka swojej żony, który okazuje się nie tylko łowcą posagów ściganym w kilku stanach, ale także łatwym celem szantażu. Gdy Douglas przychodzi do Viggo z zamiarem przedstawienia swojej oferty, zaczyna tak:

To jedno z najbardziej wysublimowanych doświadczeń, jakie można mieć w życiu. Absolutnie doskonałe. Mortensen: Co takiego? Douglas: Pieprzenie mojej żony. Mortensen: Ależ panie Taylor, nie wiem, o czym pan mówi… Douglas: Chyba już czas, abyś zaczął mi mówić Steven.

Poczucie humoru nie uratuje jednak skóry Michaela. Gwyneth wyjdzie cało z zastawionych na nią sideł z pomocą detektywa Poirot (David Suchet). I tak kończą się lata 90., w nowym millennium Michael Douglas gra już zupełnie inne role, najpierw u Soderbergha w Traffic, potem w Cudownych chłopcach. Dostaje nagrody i wyróżnienia, ale to już po prostu nie to samo.

Ewa Drygalska

Ewa Drygalska

(ur. 1984) – absolwentka filmoznawstwa i doktorantka w Instytucie Amerykanistyki UJ, gdzie przygotowuje pracę doktorską na temat kina blaxploitation. Lubi rap i filozofię postsekularną. Żartuje, że jest feministką.