miliardrzeczydookola
RECENZJE | 27.05.2013

„Mewa spadła na plażę i taki jestem nieszczęśliwy”

Jeffery Keedy w swoim artykule Głupie poglądy z 2003 roku napisał, że dyskusje, studia i pisanie tekstów są częścią pracy koniecznej do zrozumienia, co składa się na podstawowe wartości, zagadnienia i kryteria danej dyscypliny. Prawie dziesięć lat później Kuba Sowiński mówi Agacie Szydłowskiej: Dodam tylko, że problemem polskiego projektowania nadal jest brak dyskusji. Rzeczywiście, w Polsce bardzo mało dyskutuje się o projektowaniu. Jest 2+3D, które publikuje felietony, recenzje oraz artykuły, w sieci można znaleźć szereg portali o tej tematyce, a w każdym większym mieście organizowane są festiwale designu. Brakuje jednak właśnie tego jakże ważnego elementu – dyskusji wśród polskich projektantów. Energii do polemiki równej tej, z jaką Keedy od lat nawołuje o indywidualny głos w projektach, walcząc z modernistami i ich mitami.

Polska może pochwalić się wieloma świetnymi projektantami, więc zdecydowanie ma się kto wypowiadać. A jest też i o czym dyskutować – trudno znaleźć drugie takie rzemiosło, gdzie trzeba określić i wciąż rewidować swój stosunek do tego, co się robi, by móc szczerze realizować się twórczo. Rzemiosło jak szewstwo czy może trochę sztuka? Ekspresja czy projektowanie przezroczyste? Jaki punkt wyjścia: modernizm czy postmodernizm? A może wernakularyzm? Pytania można mnożyć i mnożyć.

A to tylko problematyka ogólna, do wszystkiego dochodzi jeszcze polska specyfika. Żyjemy w kraju o wciąż świeżych tradycjach projektowych (pomijam tu polską szkołę plakatu), do tego, często nie zdając sobie z tego sprawy, znajdujemy się w żyznym kontekście społeczno-kulturowym. Bujnie obradzają PRL i nazbyt kolorowe lata 90. – okazują się one świetnym gruntem pod postmodernistyczne zabawy, co widać po typopolo czy projektach Fajnych Chłopaków dla Pan Tu Nie Stał. Lecz kontekst jest również często wyzwaniem, pokazuje to choćby praca Mariana Misiaka na temat naszych znaków drogowych w językach mniejszości narodowych – pozornie prosty problem wymaga jednak kilkuaspektowego rozwiązania, a przecież trzeba jeszcze wcześniej stawić czoła polskiej bylejakości.

Jak widać, dyskusja w i o polskim projektowaniu jest potrzebna.

Dlatego też bardzo ucieszyło mnie Miliard rzeczy dookoła. W dwunastu wywiadach Szydłowska rozmawia z projektantami krojów pisma, książek, plakatów, stron internetowych, systemów informacji, a każda i każdy z nich ma coś ciekawego do powiedzenia o swojej pracy. Taką różnorodność umożliwił wybór według prostego klucza – rozmówcy musieli rozpocząć działalność po 1989 roku i mieć nie mniej niż trzydzieści lat (stąd wielu młodych zdolnych twórców musi jeszcze poczekać na swoją kolej). Choć nie jest to jeszcze dyskusja między projektantami, wielogłosowość i przekrój takiego zbioru stanowią świetny ku niej początek, a w zasadzie chwilowo nawet ją zastępują.

Jak zaznaczyła we wstępie Szydłowska, wywiady przebiegały bez wyraźnie wytyczonego planu, przez co różnią się od siebie tonem oraz rytmem. Autorka raczej usuwa się w cień, nadając jedynie kierunek rozmowie, często jednak konfrontuje swoje poglądy z rozmówcą lub popada w manierę dopowiadania. Z początku irytowało mnie to, zwłaszcza gdy Hipopotam Studio starało się wytłumaczyć, dlaczego tak naprawdę nikt nie powinien mieć do nich pretensji, że wydali książkę, jak chcieli, i to za własne pieniądze. Szydłowska tymczasem twardo stała przy swoim. Potem jednak dotarło do mnie, że przecież o to właśnie chodzi. Jednak jest dyskusja. Świadomie bądź nie, autorka w odpowiednich momentach mądrze posiłkuje się swoim mocnym charakterem oraz pozycją krytyka i cieszę się, że nie pokusiła się o cenzurę w chwilach, gdy temperatura rozmowy rosła.

Wywiady oscylują głównie właśnie wokół miliarda rzeczy dookoła, które składają się na twórczość, rzadziej na projektowaniu stricte. Marian Misiak opowiada o swoich podróżach na Bliski Wschód i podkreśla, jak ważne jest doświadczanie innej kultury w wypadku projektowania pism w kilku alfabetach. Łukasz Dziedzic (wywiad z nim stanowi najmocniejszy punkt zbioru) w błyskotliwy i prześmiewczy sposób tłumaczy, dlaczego powinniśmy przestać wszystkim obwieszczać, że mamy własny krój narodowy, a polską szkołę plakatu kwituje: lubię oglądać, ale jestem zbyt nieśmiały, żeby robić plakaty o tym, że mewa spadła na plażę i taki jestem nieszczęśliwy. Znowu Daniel Mizieliński stwierdza, że nie da się efektywnie pracować, nie mając dobrego samopoczucia czy też jedząc drożdżówki za złotówkę – w tym wszystkim trzeba też po prostu dbać o siebie. Wybacz Mamo, ale gdy powiedział to gość współodpowiedzialny za Mapy, od razu zabrzmiało przekonująco. Drożdżówki stanowią akurat luźny przykład, ale Miliard rzeczy dookoła niesie ze sobą wartość nie tylko dla ludzi zajmujących się projektowaniem, ale po prostu dla każdego, kto zajmuje się zawodowo sprzedażą swej kreatywności.

Każda dyscyplina uczy i stymuluje na swój sposób: dzięki architekturze można nauczyć się operowania nastrojem i przestrzenią; projektowanie graficzne pozwala znowu lepiej zrozumieć wielopoziomową organizację pracy.

Każdy z tekstów poprzedza fotografia zrelaksowanego projektanta po godzinach. Zamysł miły i ciekawy, odbiorca zazwyczaj kojarzy tylko plakaty, książki czy identyfikacje wizualne, z rzadka zastanawia się, kto znajduje się po drugiej stronie. Zdjęcia jednak są w moim odczuciu momentami przestylizowane. Niektóre rzeczywiście trafiają w dziesiątkę i świetnie oddają osobowość fotografowanej osoby (np. Łukasz Dziedzic czy Grzegorz Laszuk), jednak spora część wygląda bardzo sztucznie albo po prostu creepy (Tomek Bersz wysuwający się półprofilem zza ściany czy Błażej Pindor rzucający tzw. stinky eye w tylne lusterko samochodu), co kłóci się z opartym na luźnej rozmowie tekstem. Fotografia jednak, a zwłaszcza jej krytyka, jest rzeczą kompletnie subiektywną, poza tym mogła zajść taka sytuacja.

Miliard rzeczy dookoła ma też dwa niezłe asy w rękawie, a raczej nie spotyka się ich w liczbie mnogiej. As pierwszy – cała stopka redakcyjna została spisana prozą – małe, ale tak ironiczne i urocze, że cieszy. As drugi – wnętrze książki, poza tekstem i ilustracjami, jest w całości zadrukowane na żółto. Nie dość, że wygląda świetnie i wciąż bardzo czytelnie (niestety poza numerami stron i żywą paginą), to daje też niezłego kopa przy powąchaniu książki. Cholernie śmierdzi, ale równocześnie zapach takiej ilości nagromadzonej farby jakoś fascynuje. Chyba teraz trochę lepiej rozumiem, dlaczego ludzie wąchają klej.

 

Agata Szydłowska

Miliard rzeczy dookoła

Wydawnictwo Karakter, 2013

Liczba stron: 264