meryl
ARTYKUŁY | 13.05.2013

Meryl Streep winning Best Actress for Meryl Streep

Istotności nagród filmowych ani znaczenia gal, podczas których są wręczane, nie trzeba dowodzić. Istotności, rzecz jasna, nie artystycznej (choć znajdą się pewnie i tacy, którzy chętnie argumentowaliby na rzecz takiej tezy), ale komercyjnej, celebrycko-towarzyskiej, modowej i tak dalej. Rokrocznie odbywają się dziesiątki mniej lub bardziej istotnych rozdań, które skupiają uwagę nie tylko krytyków filmowych, spragnionych potwierdzenia lub zaprzeczenia swoich ocen, ale także szerokiego grona odbiorców. Najbardziej spektakularne i istotne, jeśli chodzi o znaczenie dla przemysłu filmowego, są bez wątpienia nagrody przyznawane za oceanem. Oscary, wciąż najbardziej pożądane ze statuetek, przyciągają uwagę i wyznaczają temat filmowych dyskusji, czy tego chcemy, czy nie.

Nie od dziś wiadomo, że poza momentami, gdy w obiegu pojawiają się szwedzki, francuski czy hiszpański, popkultura mówi po angielsku. Po angielsku mówią Oscary, Złote Globy i dziesiątki innych statuetek, obok których lokują się te mające zgoła mniej międzynarodowy status. To podczas oscarowej gali Roberto Benigni, w może najbardziej spektakularnym występie w historii tego rodzaju imprez, zaczyna mówić po angielsku, gdy odbiera nagrodę za La vita è Bella. Wszyscy już wcześniej wiedzą, że Life is Beautiful, ale gdy potwierdza to Oscar, świat przyznaje to jeszcze chętniej.

Ulubieńcy Ameryki, szeregowani w dziesiątkach pobocznych rankingów (od najpiękniejszej aktorki przez najładniejsze dziecko celebrytów po najpiękniejsze pośladki, włosy i najbardziej proporcjonalną twarz) nie zapominają, że ich występ podczas odbierania statuetki nie zostanie przemilczany czy pominięty. Wpadkę odnotowuje się chętniej niż wygranie Złotej Maliny, eksponowanie kartki z podziękowaniami surowo (czyżby?) zabronione, przesadna egzaltacja też nie zawsze uchodzi na sucho (Złote Globy? czy wciąż jest z nami Adele?) i lepiej nie zapominać, aby sympatycznie wspomnieć o pozostałych nominowanych w wygranej przez siebie kategorii. Rekordzistka nominacji do nagród filmowych, Meryl Streep – 17 oscarowych nominacji i 3 wygrane, 27 nominacji do Złotych Globów i 8 wygranych – wie o występach podczas tych spektakli więcej niż ktokolwiek. Uznawana za jedną z najbardziej utalentowanych współczesnych aktorek, uwielbiana przez popkulturę, zaprzyjaźniona z Colinem Firthem obdarzanym nie innymi uczuciami (kto nie pamięta zgubionego buta Streep, nie wie, co to współczesny amerykański sen), ma nie tylko wysoko zawieszoną poprzeczkę, ale niejednokrotnie zdaje się sama dla siebie wyznaczać standard. Standard tego, co wolno aktorce, o której sądzić można, że osiągnęła w sztuce filmowej więcej niż Margaret Thatcher w polityce.

Trudno bez uniknięcia kontrowersji wymieniać ją w rankingu najpiękniejszych twarzy, włosów, nosów i innych części ciała, którymi Hollywood interesuje się w stopniu nie mniejszym niż nowymi produkcjami Stevena Spielberga. Z jednej strony nie jest gwiazdą tabloidów, z drugiej strony nie jest tak porażająco charakterystyczna jak Tilda Swinton. Poruszających skandali też brak (szybki przegląd informacji nie przyniesie wielu elektryzujących newsów na temat tego samego od ponad trzydziestu lat męża i czwórki dzieci), zamiast nich kolejne nieoczekiwane role, zaskakująco postępujące zaangażowanie feministyczne i stabilność wizerunku, której nie zazdrości jej prawdopodobnie tylko wspomniany już Firth. Kiedy zastanawiam się nad Meryl Streep (a to tylko pozornie temat zastępczy dla rozważań o kwestiach ważnych oraz najważniejszych), nie zastanawiam się tylko nad filmami, wśród których wiele pamiętam z fotograficzną dokładnością, ale także nad tym, co postrzegam jako styl i aktywność zarezerwowaną dla tej aktorki. Że styl to człowiek, wiemy od ponad dwóch tysięcy lat, że Meryl Streep wolno więcej – od co najmniej trzydziestu.

Spoglądając na listę ról amerykańskiej aktorki, która, zdaje się, nieodwołalnie zdeklasowała takie dojrzałe gwiazdy jak Julianne Moore (wszyscy wiemy, że miłość publiczności jest w jej przypadku często wystawiana na próbę), trudno nie odnieść wrażenia, że to wprawdzie Barney Stinson spopularyzował hasło challenge accepted!, ale to Meryl Streep stwarza wrażenie, jakby proces decyzyjny o przyjęciu kolejnych ról wieńczyła właśnie tymi słowy. W ostatnich latach zdarza się, że i ona wystawia cierpliwość publiczności na próbę – w ostateczności jednak, gdy podczas jednej z gal słyszy się Colina Firtha, który przedstawiając jej nominację za The Iron Lady (Żelazna Dama), mówi: Meryl. ,,Mamma Mia!”. We were in Greece. We danced. I was gay. We were happy, zapomina się na chwilę o tych momentach w musicalu, podczas których, nie wykazując się dość kampową wrażliwością i poczuciem humoru, niekoniecznie miało się w głowie słynne hasło I blame Colin Firth for my high expectations of men. Niekoniecznie podziwiało się też klasę Meryl Streep i wspomnienie seksapilu Pierce’a Brosnana, ale w myślach powtarzało what’s wrong with you people? Wrażenie to jednak w ostateczności nie sprawia, że – poza Brosnanem, którego chętniej zapominam, niż wymieniam przy jakiejkolwiek okazji – wyżej wspomniani tracą miłość tłumów. Hollywoodzka miłość szuka poklasku i nie wybacza. Nie wybacza, o ile nie jesteś Streep albo Firthem – aktorami, do których publiczność odnosi się niezmiennie afirmatywnie, bez względu na spodnie-dzwony, koturny i piosenki, których nie zniesie żadna ścieżka dźwiękowa.

W popkulturze, w której koszmarne zdjęcie Beyoncé zajmuje miejsce istotniejsze niż niejeden elektryzujący film (nie utyskuję, widzę statystyki), Meryl Streep wchodzi na podium i niezmiennie odgrywa Meryl Streep – aktorkę, której kultura popularna potrzebuje, żeby wiedzieć, że wciąż jest przestrzenią godną, niepozbawioną jeszcze klasy i dobrego gustu. Aktorkę, która pozwala sądzić, że nie najsensowniej stawiana bariera dzieląca kino artystyczne i popularne ma mniejsze znaczenie, niż sądzą nie tylko konserwatywnie usposobieni krytycy, ale także wciąż spektakularnie nadęta Akademia. Wybory tejże, jeśli chodzi o przyznawanie – Kramer vs. Kramer (Sprawa Kramerów), Sophie’s Choice (Wybór Zofii), The Iron Lady (Żelazna Dama) – i nieprzyznawanie – pozwolę sobie nie wymieniać – nagród Streep, bywają wysoce kontrowersyjne. Jej wystąpienia jednak, zarówno podczas gal oscarowych, jak i wtedy, gdy odbiera inne nagrody, sprawiają wrażenie, jakby nie tylko nie traktowała swojej roli śmiertelnie poważnie, ale także jakby czymś zupełnie oczywistym było, że to właśnie jej wolno powiedzieć podczas odbierania Złotego Globu za The Devil Wears Prada (Diabeł ubiera się u Prady), gdy audytorium bez entuzjazmu reaguje na widok kartki z podziękowaniami: Oh, shut up! It’s not that long.

Streep może sobie pozwolić nie tylko na swobodne komentarze podczas gal, ale także na te poza nimi. Mimo że nie jest gwiazdą, której nadobecność w mediach sprawia, że alergicznie reaguje się na każdą jej wypowiedź, to właśnie ona, wygrywając Oscara za główną rolę w niejednoznacznie ocenianym filmie o Thatcher, mówi: When they called my name I’d had this feeling I could hear half of America going “oh no… oh c’mon… why… her… again?” But whatever. Jęki Ameryki pozostają w tej sprawie słabo słyszalne, podobnie jak oczekiwania, że Meryl Streep stanie się kimś innym niż tym, kim zdaje się być do tej pory. Tak, jak trudno pomyśleć bez niej współczesną sztukę filmową, tak niełatwo wyobrazić sobie kulturę bez postaci, która powoli staje się wyznacznikiem stylu. Nie w znaczeniu kolejnych oscarowych stylizacji (chociaż wszyscy pamiętamy złotą suknię), ale tego, co sprawia, że Meryl Streep nie musi udowadniać, że jest damą, i od lat, odbierając rozmaite statuetki, może powtarzać: Oh my God, Oh my God…

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.