Matka_eire
RECENZJE | 09.07.2012

Matka Éire odzyskuje głos

Wśród osób zajmujących się pracą około krytyczno-literacką panuje nierzadko przekonanie, że pisanie o poezji stanowi prawdziwą wycieczkę do limbo, na dodatek niezbyt chętnie czytaną (co w przypadku spłodzenia nieudanego tekstu może akurat stanowić atut). Osobnych problemów nastręcza recenzowanie poetyckich antologii. Jak bowiem w przekonujący sposób napisać o (często dość arbitralnym) zbiorze wierszy, które wyszły spod pióra autorów reprezentujących różne metody, poetyki, kręgi tematyczne? Należy szukać punktów stycznych? Nadrzędnej zasady organizującej wybór? A może poświęcać wybranym autorom osobne akapity? Na szczęście selekcja dokonana przez Jerzego Jarniewicza uwalnia od tego typu dylematów. Sześć poetek irlandzkich to spójne i przemyślane wydawnictwo.

Nad całym wydanym przez Biuro Literackie zbiorem ciąży nieuchronny paradoks. Narodowa mitologia Irlandczyków jest w nierozerwalny sposób sprzężona z kobiecością, choćby ze względu na etymologię nazwy ich kraju, brzmiącej w języku irlandzkim „Éire” i łączonej z boginią o tym samym imieniu. Matka Éire pojawia się  u Yeatsa, bywała także portretowana przez malarzy i rzeźbiarzy. Wskazywałoby to na doniosłą rolę, jaką odgrywają w kulturze irlandzkiej kobiety. Czyżby mieszkańcy Zielonej Wyspy, wbrew swoim silnym związkom z katolicyzmem, preferowali matriarchat? Nic podobnego. Narodowa ikonografia Irlandczyków wyda się raczej ponurym żartem lub marnym pocieszeniem, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że rola kobiet w tym kraju jeszcze po II WŚ sprowadzała się tylko i wyłącznie do sprawowania pieczy nad gospodarstwem domowym przy jednoczesnym całkowitym ubezwłasnowolnieniu i uzależnieniu od małżonka. Jak pisze Jerzy Jarniewicz w posłowiu: Mimo pozorów to nie kobieta dominuje nad mężczyzną: ona wyłania się spod jego dłuta.

Pierwszy rzut oka na tytuł antologii może powodować mylne wrażenie, że mamy do czynienia z wydawnictwem nieco abstrakcyjnym, a na pewno bardzo niszowym. Tradycja poetycka Irlandii jest dość powszechnie znana, a nazwiska takie jak William Butler Yeats czy Seamus Heaney z pewnością nie brzmią obco dla nikogo, kto interesuje się literaturą. Wydaje się zresztą, że liryka jest niejako wpisana w genotyp Irlandczyków – nie bez kozery za swój herb obrali złotą harfę o srebrnych strunach, symbol poezji (który możemy spotkać na etykiecie najpopularniejszego towaru eksportowego z Irlandii, piwa Guinness). Najwyraźniej jednak łaska talentu przypadła w udziale jedynie mężczyznom, a przynajmniej taką sytuację bardzo długo kreowało środowisko literackie, które skrzętnie pomijało wkład kobiet w twórczość poetycką. Dowodem tego jest nieliczna reprezentacja pań w wydawanych w XX wieku antologiach irlandzkiej poezji (dotyczy to również opublikowanej w 1992 roku Field Day Anthology).

Wspomniane wyżej paradoksy nie kończą się tylko na ironii cechującej kobiecą obecność w narodowej mitologii. Łączą się również ze swoistym odwracaniem ról. Problematyczna historia Irlandczyków (mieszkańców wolnej republiki i podległej Koronie Brytyjskiej Irlandii Północnej traktuję tutaj jako jedną zbiorowość, co znajduje swoje uzasadnienie w obecności reprezentantek obu krajów w antologii) sprawia, że widzi się ich często jako wzorcową figurę uciemiężonych, ale nie bezbronnych ofiar opresji ze strony mocarstwa. Jak wynika z dokonanego przez Jarniewicza wyboru, „złoci chłopcy” ginący w powstaniach w imię wolności Matki Irlandii, to ci sami, którzy zgotowali swoim kobietom patriarchalne piekiełko, upośledzając je społecznie i odbierając prawo głosu. Wykluczeni stają się więc wykluczającymi, a irlandzkie kobiety dotyka podwójne zmarginalizowanie – są one jednocześnie zarówno członkiniami skolonizowanego narodu, jak i reprezentantkami „gorszej” z płci.

Wartość literacka zbioru jest niewątpliwa i należałoby poświęcić osobne ustępy, przyglądając się bliżej temu, jak krótkim wersem operuje Paula Meehan lub w jaki sposób dozuje sarkastyczny humor moja faworytka, Leontia Flynn. Przede wszystkim jednak warto skupić się na osi, dominancie, której obecność w Sześciu poetkach irlandzkich jest niemal niemożliwa do przeoczenia. Najkrócej rzecz ujmując, mamy do czynienia z poezją języka. To pozornie tautologiczne określenie nie powinno odsyłać jednak do lingwistycznych eksperymentów, styl każdej z pań jest klarowny i nie ma tu miejsca na słowny demontaż. Chodzi raczej o odzyskiwanie daru mowy, poszukiwanie własnego słownika, a także usilną walkę o prawo do jego używania. Poezja staje się tutaj środkiem oporu wobec społecznego szowinizmu, medium pozwalającym przełamać milczenie, a także polem, na którym kobieta pracuje nad stworzeniem sobie języka, którego była pozbawiona – jak w Odzyskanej pamięci wody piszącej po irlandzku Nuali Ní Dhomhnaill:

Brak jej terminologii,

brak punktów odniesienia,

brak słów, które określiłyby trafnie,

czym jest woda.

U Eiléan Ní Chuilleanáin pojawia się nieuchronne przywołanie mitu o Pigmalionie i stworzonym przez niego posągu kobiety. Dzieło, które (jak pisze w posłowiu Jarniewicz) było raczej projekcją miłości własnej mężczyzny, emancypuje się, sięga po prawo do własnej suwerenności, w czym również pomaga mu przede wszystkim mowa:

Kręcone włosy są rzeczywiste, wiją się jak węże;

szelest żył, krew tyka cicho w krtani;

Plączą się linie na twarzy, szukają szczelin, a

Zielony liść języka wysnuwa się z jej ust.

Lektura Sześciu poetek irlandzkich podsuwa obraz kobiety, która wyzwala się nie tylko z męskiego, ale i katolickiego jarzma – religia będąca ważnym czynnikiem tożsamościowotwórczym, spajająca Irlandczyków w obliczu protestanckiej Anglii, jest tutaj tylko jedną z form patriarchalnej indoktrynacji. Wspomniana już Nuala Ní Dhomhnaill sięga po dość radykalne środki i rzuca inne światło na biblijny fragment o zwiastowaniu. Wyróżnienie, które zwykło się łączyć z łaską oraz wywyższeniem Marii, jest w rzeczywistości gestem ubezwłasnowolniającym, pozbawiającym kobietę praw do samodzielnego decydowania o swoim ciele:

Pamiętaj,

Najczulsza Dziewico:

nikt nigdy się nie dowiedział,

że mężczyzna, który cię wtedy odwiedził,

w ciemności i sam jeden,

był bosy, miał białe zęby,

i oczy nabrzmiałe od draństwa.

Zadziwiające jest porozumienie, o jakim można mówić w komunikacji między kobietami. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wspólny kod, znajdujący się z dala od męskiego świata, jest jedynym „pełnym” językiem pozwalającym na swobodę wyrazu i dopuszczającym tematykę pochodzącą ze stabuizowanych sfer. Wiersze są gęsto zaludnione przez przyjaciółki, siostry, babcie. To właśnie kobiety opiekują się kobietami, słuchają kobiet, a nawet modlą się do kobiet, jak w utworze Pauli Meehan Hannah, moja babka, gdzie podkreślona zostaje płciowość Matki Boskiej, a także „męskość” katolicyzmu. Po zakazane tematy sięga również Leontia Flynn, która poświęciła jeden z wierszy wibratorowi. Poezja staje się więc również środkiem oporu wobec mieszczańskiej pruderii i fałszywej moralności.

Irlandzkość zbioru wynika przede wszystkim z uwikłania głosu każdej z autorek w dyskurs społeczny i obyczajowy. Wszyscy, którzy spodziewali się po tym wydawnictwie czegoś na kształt ekwiwalentu malowniczości Zielonej Wyspy, impresji portretujących wrzosowiska i nadmorskie klify oraz tym podobnych landszaftów, będą niewątpliwie zawiedzeni. To poezja sprzeciwu, nie mająca jednak w sobie nic z zajadłego agitowania, raczej ujmująca delikatnością, subtelnością, ale i siłą. Twórczość literacka staje się tutaj środkiem, który nie służy wcale „pięknemu mówieniu”. Służy „mówieniu” w ogóle.

 


Sześć poetek irlandzkich

Tłumaczenie i wybór: Jerzy Jarniewicz

Biuro Literackie, 2012

Liczba stron: 204

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.