O_czytaniu_i_pisaniu_okladka
Nowości wydawnicze | 08.01.2018

MARIO VARGAS LLOSA „WIECZNA ORGIA. FLAUBERT I PANI BOVARY” (FRAGMENT)

Mario Vargas Llosa

Wieczna orgia. Flaubert i Pani Bovary

(fragment)

przekład: Tomasz Pindel

 

Esej pochodzi ze zbioru „O czytaniu i pisaniu” (Wydawnictwo w Podwórku, 2017)

 

Powieść zawsze wydaje mi się atrakcyjniejsza, jeśli pojawiają się w niej, połączone zręcznie w spójną historię, bunt, przemoc, melodramat i seks. Innymi słowy, najwyższa przyjemność, jakiej może dostarczyć mi powieść, to wzbudzenie we mnie w trakcie lektury podziwu dla czyjejś nieustępliwości, gniewu z powodu czyjejś głupoty albo niesprawiedliwości, fascynacji sytuacjami cechującymi się przesadnym dramatyzmem, nadmierną emocjonalnością – wynalezioną jakoby przez romantyzm, bo korzystał z niej aż do przesady, acz istniejącą w rzeczywistości od zawsze – oraz pożądania. Pani Bovary obfituje w te składniki, są to cztery wielkie rzeki przepływające przez jej rozległy obszar, a elementy te zostały rozłożone w tej powieści z taką samą równowagą, z jaką wprowadzono w niej formalny podział na części, rozdziały, sceny, dialogi i opisy.

Bunt w wydaniu Emmy nie ma heroicznego oblicza, jak to bywa w wypadku męskich bohaterów dziewiętnastowiecznej literatury, ale w rzeczywistości nie jest wcale mniej bohaterski. Chodzi tu o bunt indywidualny i, z pozoru, egoistyczny: ona łamie zasady swojego środowiska motywowana wyłącznie problemami osobistymi, nie w imię ludzkości ani jakiejś etyki czy ideologii. Dlatego że jej fantazja i jej ciało, jej marzenia i apetyty są przez społeczeństwo tłamszone, Emma cierpi, zdradza męża, kłamie, kradnie i wreszcie popełnia samobójstwo. Jej upadek nie dowodzi wcale, że się myliła, a mieszczanie z Yonville-l’Abbaye mieli rację; nie dowodzi, że Bóg karze ją za zbrodnię, jak twierdził podczas procesu mecenas Sénard, obrońca powieści (jego obrona jest równie faryzejska jak oskarżenia prokuratora Pinarda, w sekrecie komponującego pornograficzne wiersze) – tylko tego, że walka ta była nierówna: Emma była sama, a jej impulsywność i sentymentalność popychały ją w błędną stronę, upierała się przy działaniach, które w ostatecznym rozrachunku sprzyjały jej wrogowi (mecenas Sénard, stosując argumenty podsunięte mu prawdopodobnie przez samego Flauberta, zapewniał podczas procesu, że morał tej powieści brzmi: oto niebezpieczeństwa związane z sytuacją, w której dziewczyna odbierze wykształcenie wyższe niż właściwe jej klasie). Jej porażka, złowieszcza ze względu na warunki, w jakich stoczono tę walkę, ma w sobie posmak tragedii i zarazem tandety, a to jest jedno z połączeń, na które ja – tak jak ona zatruty w młodości pewnymi lekturami i spektaklami – jestem szczególnie podatny.

Jednak nie tylko to, że Emma jest w stanie przeciwstawić się swojemu środowisku – rodzinie, klasie, społeczeństwu – ale nade wszystko przyczyny tego jej oporu potęgują mój podziw dla jej nieuchwytnej postaci. Są to bardzo proste przyczyny i jest w nich coś, co nadzwyczaj mocno łączy ją ze mną: nasz nieuleczalny materializm, nasze preferowanie przyjemności ciała nad przyjemnościami ducha, nasz szacunek do uczuć i instynktów, nasze przywiązanie do życia ziemskiego ponad jakimkolwiek innym. Ambicje, dla których Emma grzeszy i umiera, były w ciągu historii zwalczane przez zachodnią religię i moralność ze szczególnym barbarzyństwem. Emma chce czerpać z życia przyjemność, nie zamierza tłamsić swych głębokich oczekiwań zmysłowych, których Karol nie potrafi zaspokoić, bo nawet nie wie, że istnieją, a poza tym pragnie wypełnić swoje życie powierzchownymi i przyjemnymi elementami, elegancją, wyrafinowaniem, zmaterializować w formie przedmiotów apetyt na piękno, zrodzony w niej za sprawą wyobraźni, wrażliwości i lektur. Emma chce poznawać inne światy, innych ludzi, nie godzi się na to, by jej życie przebiegło w ciasnym horyzoncie Yonville, i chce także, żeby jej egzystencja stała się różnorodna i pobudzająca, żeby było w niej miejsce na przygodę i ryzyko, na teatralne i wspaniałe gesty hojności i poświęcenia. Bunt Emmy rodzi się z takiego oto przekonania, źródła wszystkich jej czynów: nie godzę się z moim losem, nie obchodzi mnie wątpliwa rekompensata istnienia na tamtym świecie, chcę, żeby moje życie nabrało pełni i totalności tu i teraz. Bez wątpienia w jądrze tego losu, wymarzonego przez Emmę, kryje się ułuda, zwłaszcza jeśli spojrzymy na niego w kontekście zbiorowym, jako na projekt dla całej ludzkości. Żadne społeczeństwo nie zdoła zaoferować wszystkim swoim członkom podobnej egzystencji, a z drugiej strony oczywiste jest, że aby życie we wspólnocie w ogóle było możliwe, człowiek musi nauczyć się powściągać pragnienia, ograniczać tę wolę transgresji, zwaną przez Bataille’a Złem. Emma jednak w przykładowy sposób reprezentuje – i broni go – aspekt człowieczeństwa brutalnie negowany przez prawie wszystkie religie, filozofie i ideologie, i ukazywany przez nie jako powód do wstydu dla całego rodzaju ludzkiego. Wyparcie tego aspektu stanowiło równie powszechną przyczynę nieszczęść jak eksploatacja ekonomiczna, religijne sekciarstwo albo ludzkie pragnienie podboju. W miarę upływu czasu coraz szersze kręgi – teraz nawet i Kościół – zaczęły przyznawać, że człowiek ma prawo jeść, myśleć i wyrażać swoje myśli w sposób swobodny, ma też prawo do zdrowia i spokojnej starości. Wciąż jednak, tak jak w czasach Emmy Bovary, utrzymywane są te same tabu – i tutaj prawica z lewicą idą ze sobą za rękę – które zasadniczo odmawiają człowiekowi prawa do przyjemności, do spełniania swoich pragnień. Historia Emmy to historia ślepej, zażartej, rozpaczliwej rewolty przeciw społecznej przemocy dławiącej to prawo.

Pamiętam, że na jednej z początkowych stron książki Merleau-Ponty’ego przeczytałem, iż przemoc niemal zawsze pięknie wygląda jako obraz, to znaczy w sztuce, i poczułem swoisty spokój. Miałem wtedy 17 lat i niepokoiło mnie odkrycie, że choć z natury jestem łagodny, bezpośrednia lub zamaskowana przemoc, wyrafinowana bądź surowa, stanowiła konieczny element powieści, by jej rzeczywistość wydała mi się przekonująca i zdołała wzbudzić mój entuzjazm. Te wszystkie dzieła pozbawione jakichkolwiek śladów przemocy wydawały mi się nierzeczywiste (zawsze wolałem, żeby literatura udawała rzeczywistość, tak jak są tacy, którzy wolą, by udawała nierzeczywistość), a nierzeczywistość zwykle śmiertelnie mnie nudzi. Historia z Pani Bovary jest nasączona przemocą, która objawia się na różnych płaszczyznach: w formie fizycznej, pełnej bólu i krwi – operacja, gangrena i amputacja nogi Hipolita, zatrucie Emmy – oraz duchowej, jak metodyczna grabież (kupiec Lheureux), egoizm i tchórzostwo (Rudolf, Leon), albo w kontekście społecznym, poprzez zezwierzęcenie człowieka za sprawą podłej pracy i wyzysku (stara Katarzyna Leroux; przez 54 lata zajmowała się na fermie zwierzętami i otrzymuje za to, sparaliżowana tremą przed tłumem na wystawie rolniczej, srebrny medal wart 25 franków; sąsiedzi słyszą, jak mamrocze, oddalając się stamtąd, że odda go księdzu, żeby odprawił za nią msze), a nade wszystko w najbardziej rozpowszechnionej formie, czyli głupoty i podstępów, które ludzie wzajemnie przeciw sobie knują: ich przesądy, zawiść, intrygi. Na tym tle, niczym śnieg w czerni nocy, rzuca się w oczy fantazja Emmy, jej pragnienie świata innego niż ten, który w drobny mak rozbija jej marzenia. To właśnie ta, najgwałtowniejsza w całej książce, scena, w której klęska pani Bovary zostaje przypieczętowana jej własną ręką, najbardziej mnie porusza. Znam na pamięć ów rozdział, rozpoczęty obrazem Emmy zmierzającej u schyłku dnia do zamku Rudolfa, gdzie podejmie ostatnią próbę uratowania się przed ruiną, wstydem, przebaczeniem Karola, który każe jej się zmienić, i kończący się następnego dnia, kiedy Emma wkracza w śmierć jak w koszmar, z wizją odrażającego Ślepca, kroczącego przez Yonville i nucącego pospolitą piosenkę. To są strony pełne zdumiewającej mądrości narracyjnej i strasznego okrucieństwa – mecenas Sénard nie mógł przegrać sprawy, kiedy pokazał, w jak drastyczny sposób, z pomocą arszeniku, grzech zostaje ukarany – które wprawiły mnie jednocześnie w stan cierpienia i przyjemności i które miejscami zaspokoiły moją literacką wrażliwość i sadyzm. Poza tym żywię do tego epizodu szczególną wdzięczność; to taki nasz wspólny sekret, Emmy i mój. Parę lat temu przez kilka tygodni miałem poczucie całkowitej niezgody ze światem, przenikliwej rozpaczy, głębokiego zniesmaczenia życiem. W jakimś momencie przyszła mi do głowy myśl o samobójstwie; innej nocy – pamiętam – kręciłem się (złowieszczy wpływ Braterstwa krwi Wrena) w okolicach placu Denfert-Rochereau, gdzie mieszczą się biura Legii Cudzoziemskiej, i kusiła mnie myśl, żeby skorzystać z tej koszmarnej instytucji, dokonać romantycznej ucieczki i wymierzyć sobie karę: zmienić nazwisko, życie, zniknąć, wykonując tę prostacką i niecną robotę. Nigdy nie spłacę długu za pomoc, jaką w tym trudnym okresie wyświadczyła mi historia Emmy, a ściślej mówiąc: jej śmierci. Pamiętam, jak w tych dniach czytałem z niespokojną łapczywością epizod z jej samobójstwem, jak uciekałem się do tej lektury tak jak inni, w podobnych okolicznościach, udają się do księdza, sięgają po alkohol albo morfinę, i za każdym razem wydobywałem z tych poruszających stron pociechę i poczucie równowagi, niechęć do chaosu, apetyt na życie. Fikcyjne cierpienie neutralizowało to, które przeżywałem. Co noc, by mi pomóc, Emma wkraczała do pustego zamku La Huchette i Rudolf ją upokarzał; wychodziła na pole, gdzie ból wraz z niemocą chwilami spychały ją w stronę szaleństwa; wślizgiwała się jak duch do apteki pana Homais i tam Justyn, niewinność zamieniona w sojusznika śmierci, patrzył, jak łyka arszenik w półmroku graciarni; wracała do domu i przechodziła tę niemożliwą do opisania drogę krzyżową: smak atramentu, mdłości, zimno stóp, konwulsje, palce wbite w prześcieradło, pot roszący czoło, szczękanie zębów, uciekające oczy, wycie, konwulsje, krwawe wymioty, język wypluwany przez usta, wreszcie ostatnie drgawki.

Za każdym razem smutek i melancholia mieszały się z dziwnym uczuciem spokoju i w rezultacie tego bolesnego rytuału czułem podziw i entuzjazm: Emma zabijała się, bym ja mógł żyć. Przy innych okazjach, kiedy spotykałem się z przeciwnościami losu, nachodziła depresja albo zły humor, sięgałem po ten środek i niemal zawsze z tym samym oczyszczającym efektem. To doświadczenie i jemu podobne przekonały mnie, jak dyskusyjne są teorie broniące tezy, że literatura pokrzepiająca musi być pozytywna. Niekoniecznie szczęśliwe historie czy te obdarzone optymistycznym morałem podnoszą czytelnika na duchu i pokrzepiają jego serce (cnoty te tradycyjnie przypisywano w Peru pisco); w niektórych wypadkach, na przykład w moim, ten sam efekt uzyskać można dzięki mrocznemu pięknu, historiom tak nieszczęśliwym i pesymistycznym jak ta Emmy Bovary.