marylin
ARTYKUŁY | 14.05.2012

Marilyn Monroe z mięsnego na rogu

Wśród zwykłych i najzwyklejszych spotkań z W. – czołówka, ostateczny i bezapelacyjny TOP 5. Siedzimy, gadamy, bzdury gadamy. Ja oglądam obrazki, on ich nie ogląda, bo jest zbyt wcześnie, bo ma jeszcze Pepsi, a ja już swojej Coli nie mam. Więc ja oglądam i komentuję, że to ładne, że zobacz, Joyce wygląda tu jeszcze bardziej joyce’owo, że ojej, popatrz na to, kto jej zrobił to zdjęcie. A już zaraz, że nie wiem o co chodzi z tymi odrostami, że niech ktoś o tym coś napisze. I oglądam te odrosty, i nie omijam ani Aguilery, ani Shakiry, ani żadnej innej efektownej czupryny. W. marudzi, bo podobno bierzemy się już do pracy. Ale ja jeszcze odmawiam i oglądam internetowe zdjęcia z uporem godnym lepszej sprawy. Kapituluję dopiero przy Courtney Love, odpoczywam przy mniej skomplikowanych estetycznie postaciach. I tak trafiam na Marilyn – tak, tę Marilyn.

Marilyn Monroe wyskakuje na moim monitorze, W. patrzy spod byka. I znów odgrywamy scenę z Marilyn, nasze trio wchodzi na scenę. Odliczam sekundy do inicjalnej kwestii W., odliczam i oto jest niezmienne: yhm, uroda ze sklepu mięsnego. W dyskusję nie wchodzę, kwituję zdaniem, którym kwitowałam już nie raz, potem znów dialektyzujemy Audrey i Marilyn, kończymy rytualne podsumowania i bierzemy się do pracy.

Odegramy tę scenkę jeszcze nie raz, podobnie jak jeszcze nie raz będę bronić urody Marilyn z niemal partyzanckim zaangażowaniem. Gry i rytuały towarzyskie to jedno, zdanie „uroda ze sklepu mięsnego” – drugie. To zatrzymało mnie na dłuższą niż spotkanie z W. chwilę. Styl kobiet – możliwe, że wyjątkowo dobrze reprezentowany w działach garmażeryjnych (błagam o powstrzymanie się od dowcipu, że to „Morlinki”) – które inspirują się Marilyn, jest fascynujący. Nie chodzi nawet o sukienki w kolorze kości słoniowej, nawet nie o dekolt amerykański, żadne tam skracanie jednego obcasa, o perłach nie ma mowy. Sukienki Marilyn święcą triumfy, weszły już na stałe do kanonu mody mniej lub bardziej wieczorowej, dekolt – również. Robią to gwiazdy, robimy i my – o ile nie przejmiemy się zanadto figurą trendsetterki, której przywołanie może nieco przygasić nasz blask. Nie upieram się, że przyglądanie się Marilyn zawsze przynosi przyjemność inną niż ta, jaką daje oglądanie stada różowych jednorożców z gwiazdkami w srebrnych grzywach. Nie tylko jednak. Koronnym argumentem mogłabym uczynić tu sesję w czarnym golfie. Wolta to jednak niesatysfakcjonująca.

Marilyn w filmach i Marilyn na zdjęciach to ktoś więcej niż tylko głowa loków i wyrazisty makijaż. Nie tym się jednak zajmuję, czy to wstyd uznawać ją za dobrą aktorkę, czy nie. Nie, tu o włosy idzie, proszę państwa, o włosy. Pani z mięsnego, pani z piekarni i sto innych pań bez określonego miejsca pracy i afiliacji nie muszą walczyć (a walka to trudna i na porażkę zwykle skazana) o talię węższą niż mityczne 60 cm. Stroje Marilyn poza kilkoma okazjami w życiu raczej też nie okażą się inspirujące – i nie mam tu na myśli tylko ograniczeń związanych z klimatem, który skutecznie uniemożliwia częste eksponowanie ciał. Nieosiągalność dla większości kobiet wymiarów 90x60x90, brak możliwości i okazji do noszenia strojów rodem ze Słomianego wdowca czy, tym bardziej, filmu Mężczyźni wolą blondynki, skazuje na inspirację fryzurą. Jeśli nie jesteś Madonną i nie możesz zaszaleć ze stylistą, który zrobi z ciebie Material Girl, zostaje ci blond i trwała. Szał na Marilyn jest zmienny – niezmienna jest natomiast etykietka ideału piękna, symbolu seksu i tak dalej. Ta etykietka się nie starzeje, mimo że… No właśnie. Marilyn to największa ofiara prawa, które w kulturze działa wstecz. Na Marilyn trudno spojrzeć, unikając zarazem skojarzenia z panią z mięsnego, której efektowny, choć ułożony w nieco inny kształt lok ma szansę pojawić się w nocnych koszmarach. Blond fryzura i wyrazisty makijaż nie są w tym wykonaniu sexy, nie są też eleganckie, nie pozostają w związku z tym, jak choćby dla sobie współczesnych, ale też milionów dziś, wygląda Marilyn. Nie zmienia to jednak faktu, że na to, jak widzimy Marilyn – Marilyn w latach 50. – wpływa to, co wydarzyło się jej wizerunkowi. Stylizacje przecudnej i nieco mniej przecudnej urody pań marzących o tym, żeby urzekać choć trochę tak jak Monroe w Pół żartem, pół serio, nie są tylko stylizacjami. Nie patrzymy najpierw na Marilyn, widząc dopiero później eksponujące swoje osiągnięcia w dziedzinie wizażu kobiety. Widzimy je wszystkie jednocześnie – wiem, że Marilyn była pierwsza, ale widzę ją już razem i już po podziwianiu nią zafascynowanych.

Skutek wpływa na zdarzenie – pani z mięsnego wpływa na Marilyn w stopniu nie mniejszym niż Marilyn na nią. Można by postawić serię dość jednak nużących pytań: czy inspirujące się Marilyn upodobały sobie któryś z momentów jej kariery? Czy oglądają jej filmy? I w końcu – czy wiedzą, że to właśnie na nią się stylizują, a niewinny blond lok nie istnieje? A może wiedzą, że stylizowanie się na legendę kina jest absolutnie demokratyczne? Że i dziesiątki celebrytek, których sposoby upodabniania się do tej, którą wolą mężczyźni, można by porządnie skatalogować, i Madonna, i panie mijane na polskich ulicach naśladują ją na swoje sposoby, ale mechanizm pozostaje ten sam? Że każda kobieta może być choć trochę Marilyn, ale żadna nią nie będzie? Bla, bla, bla. Przyglądając się zdjęciom Marilyn Monroe – największej ofierze retroaktywności, której starzejącą się urodę ożywia się chętnie i bezkompromisowo – nawet tym, na których tonie we własnym blasku i po oglądaniu których widz powinien dla bezpieczeństwa sięgnąć po herbatę miętową, nie mam wątpliwości – She’s got style, she’s got grace, She’s a winner. She’s a Lady. Whoa whoa whoa, She’s a Lady.

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.