benabou_okladka_195x460_calosc
Nowości wydawnicze | 30.10.2017

Marcel Bénabou „Dlaczego nie napisałem żadnej z moich książek” (Fragment)

1

Na początku zdanie bardzo krótkie. Pięć, sześć słów, nie więcej; słów prostych, pierwszych, jakie się nasunęły, no, prawie. Mających zakomunikować zwłaszcza to, że w tym momencie kończy się milczenie. Lecz niemal natychmiast, nawet bez nowego akapitu, rozpoczęłoby się długie zdanie w trybie warunkowym, jedna z tych niekończących się fraz w starym stylu, gdzie wszystko starannie by się komponowało – właściwie dobrane czasowniki, logiczna struktura, liczba członów, długość i trwanie każdego z nich – wpierw, by pobudzić, a następnie utrzymać ciekawość czytelnika, by zachęcić go do przejścia, krok po kroku (jak w przypadku dziecka oprowadzanego po alejkach ogrodu, w którym znajduje się po raz pierwszy, czy nowego gościa, przed którym odsłania się wnętrze swojego domu) przez wszystkie kręgi kolejnych propozycji, rozłożonych – w ich wystudiowanej różnorodności – wokół pojedynczej osi, by spowodować, żeby na swej drodze poprzez labirynt interpolacji i wtrąceń czytelnik wreszcie się potknął, na ostatniej przeszkodzie (najbardziej może nieoczekiwanej, na samym końcu owego parkuru) – na frazie, która niczego nie konkluduje.

Ciąg dalszy utrzymałby ten zachwycający poziom. Każde zdanie robiłoby wrażenie. Swoją celnością. Siłą wyrazu. I następując szybko jedno po drugim, złożyłyby się razem na spójny, olśniewający wywód.

Tymczasem oko prześlizgnęłoby się wpierw po zewnętrznej fasadzie kartki, by potem się zatrzymać, bo gra białych plam wokół liter nadałaby tekstowi wyraz niezwykłości: litery, starannie zróżnicowane i zręcznie rozmieszczone tworzyłyby przejrzystą konstrukcję całkowicie wypełnioną pustką. Nieprzejrzysty korpus każdego słowa usunąłby się dyskretnie na bok, jak gdyby chciał się rozpłynąć w nacierającej nań bieli. A kiedy wzrok błądzi pomiędzy znakami, można zapomnieć, że te znaki graficzne składają się na słowa, które być może niosą jakiś sens.

Byłby to zatem początek utworu mocny (niczym alkohol) i twardy (niczym stal), zarazem wieloznaczny i rozwijający się (jak wszystko, co tylko można by sobie wyobrazić, że jest wieloznaczne i się rozwija): ładny kawałek opisowej prozy, jedna z tych stron, gdzie wydają się spotykać niektóre z głównych jakości zachwalanych przez starych mistrzów – stylistyczna zwartość, leksykalna precyzja, retoryczna energia. Lecz tym, co przede wszystkim nadałoby tej początkowej sekwencji prawdziwą wartość, byłoby wyraziste ukazanie prawdziwych relacji pomiędzy sensem, obrazem i brzmieniem, perfekcyjne niemal dopasowanie ruchu rysowanego przez słowa do wewnętrznego ładunku słów. Na czas co najmniej jednej strony retoryka wyzwoliłaby się z niewolniczych oków.

I dopiero pod koniec owej strony usłyszelibyśmy dochodzący nie wiadomo skąd, z jakiejś samotni czy miejsca na wygnaniu, głos o nadzwyczaj donośnym brzmieniu, bezczelny i piękny niczym manifest. Lecz żaden słuchacz nie umiałby dokładnie powtórzyć tego, co zostało przez głos wypowiedziane. I dopiero długo potem dowiedziano by się, że chodziło o początek, o słowa, i o ciszę.

A zatem (hej, czemuż to „zatem” już tutaj, podczas gdy byłoby bardziej na miejscu później, na przykład w konkluzji jakiegoś zręcznego sylogizmu), a zatem tak oto postrzegam te pierwsze słowa (a tak naprawdę wcale nie pierwsze, przed nimi znalazłoby się kilka innych: w tytule, przedmowie, jeżeli taka będzie, być może w motcie czy dedykacji – i na tym poprzestanę), pierwsze słowa tego, co powinno się okazać – jeżeli uda mi się pewnego dnia to skończyć, a wiem, że nie obędzie się bez trudności – moim pierwszym dziełem literackim.

Z pewnością zamierzasz mi powiedzieć, że teksty są najróżniejsze i że jeszcze w tej chwili nie masz pewności, do jakiego zalicza się ten. Trochę cierpliwości! Dlaczego wszystko chciałbyś wiedzieć od razu? Czy zaprząta cię jedynie to, by dodać kolejną pozycję do listy utworów (bez wątpienia i tak już długiej), które czytałeś i starannie podzieliłeś na kategorie w swojej bibliotece, podobnie jak swoje niewieście podboje katalogował wedle kraju pochodzenia Don Juan?

Czy naprawdę pragniesz, abym bez dalszej zwłoki wprowadził cię w opowieść mniej lub bardziej sensowną, bym zaprezentował ci postaci mniej lub bardzie typowe, zaplątane w konflikty mniej lub bardziej realne? To nadejdzie dość szybko, jeżeli nadejść powinno. Pomyśl raczej o tym uroczym komplemencie dotyczącym Mokradeł, jaki Mallarmé, wcielając się w proroka, skierował do Gide’a, chwaląc go za to, że odnalazł „w klimatach niepewności i kwestiach drugorzędnych formę, która musiała się wyłonić, lecz tylko na ten jeden raz”… A zatem smakuj tę (rzadką) chwilę oddechu oferowaną przez obecną sytuację. Przeczytałeś już oto kilka stron tej pierwszej książki kogoś całkiem nieznanego i wciąż wiesz tyle co nic. Temat – jeżeli taki w ogóle będzie – nie dostąpił tak naprawdę defloracji; ba, jego płatków nawet nie muśnięto. Ani razu, jak dotąd, twoja ręka nie przewróciła stroniczki bez drżenia. Krótko mówiąc, twoje oczekiwania – począwszy od pierwszej linijki – nie zmieniło się ani na jotę.

 

2

A gdybym ci na przykład powiedział, że chodzi o opowieść, której bohater jest pisarzem, i to pisarzem nadzwyczaj płodnym, ale naznaczonym pewnym przekleństwem: wie, że koniec jego życia zbiegnie się z końcem jednej z jego książek (lecz, rzecz jasna, nie wie, która to będzie). A zatem postawił sobie ograniczenie, by nigdy nie doprowadzić do końca żadnego ze swych literackich zamierzeń. Rzuca się więc tylko i wyłącznie w przedsięwzięcia nierealnie ambitne z nadzieją, iż znużenie i zniechęcenie odwiodą go od ukończenia projektu. Bo też każde takie zaniechanie zwiększa szansę przeżycia: znajduje wręcz przyjemność w mnożeniu owych zamierzeń. A najdroższe jego sercu jest to, że planuje opisać swoje życie dzień po dniu; wie, że ta opowieść nigdy nie będzie miała końca.

Ale mógłby to być również inny bohater w sytuacji zupełnie odmiennej: historia ukazywałaby powrót do życia człowieka, który w młodości, nie popełniwszy żadnego przestępstwa, nie będąc ściganym przez prawo, sam sobie zadał karę – dwadzieścia lat izolacji i ciszy. I sumiennie odbywszy tę karę do samego końca, ośmiela się podać wyrok w wątpliwość i rozważyć jego niejasne przesłanki.

Być może należysz do tych, którzy nie przepadają za alegoriami, zwłaszcza gdy wydają się nazbyt przejrzyste. Dobrze, przyjmijmy więc, że nic nie powiedziałem i przejdźmy do kwestii kolejnej. Co powiedziałbyś na parę scenariuszy całkiem innego rodzaju, a także bardziej realistycznych? Takich jak ten oto:

– Wyobraźmy sobie starą i szlachetną rodzinę (w pierwotnym znaczeniu słowa) w momencie jej ostatecznego zmierzchu, rodzinę mającą w swojej historii karty pełne chwały i całe mnóstwo wielkich i silnych postaci. Żyje teraz w klimacie resentymentu i w ostatnim swoim potomku złożyła nadzieje zemsty i odbudowania potęgi. Ale depozytariusz tej misji, przygnieciony ciężarem pokładanych w nim nadziei, wie, że im nie podoła, i przerażony odpowiedzialnością, z którą czuje, iż nie potrafi się zmierzyć, woli schronić się w bezczynności.

– A może ten: byłaby to historia człowieka wychowanego w kulcie książek, który przechodzi kryzys, jeden z tych, co to raz na jakiś czas nas nachodzą, aby brutalnie ukazać iluzoryczny charakter tego, co uważało się za fundamentalne: kryzys, który wpierw nakłania do podania w wątpliwość wartości i kulturę, a w punkcie szczytowym przybiera postać ucieczki od uporczywych pokus pisania i który w końcu przemija, po nim zaś następuje uspokojenie i sprawy wracają na swoje dawne miejsce. Lecz tak naprawdę nie jest to dawne miejsce i wszystko musi się zacząć od początku. Mógłby to być zatem rodzaj spowiedzi: powolne odkrywanie tego, co w danym momencie mogło się stać przyczyną jego porażek, tego, co powodowało jego potknięcia, upadki.

 

Dostrzegam wasze reakcje: ty, czytelniku, marszczysz brwi, a ty, czytelniczko, wcale się nie uśmiechasz. Żadna z tych opowieści was nie pociąga. Widzicie w nich jedynie irytującą kombinację wyświechtanych pomysłów i frazesów, coś w rodzaju nieświeżego modernizmu. Jakiż sens, zapytacie, dodawać kolejną biblioteczkę wyobraźni do serii nazbyt już długiej? Nie liczcie na mnie, abym wam tutaj zaprzeczał: asertywność nie jest moją mocną stroną, a punkt widzenia interlokutora zawsze zdaje mi się celniejszym od mojego.

Tymczasem nie wiem, jak miałbym te tematy potraktować. Sprawiłoby mi przyjemność zatopić was w obfitości, bujności, bogactwie, różnorodności starannie dobranych słów, nie obawiając się nadmiaru czy przesady, przesytu czy zbyteczności. Wysypałbym całe litanie wyrazów (szufelkami, taczkami, wózkami), myśląc zwłaszcza o asonansach. Przewertowałbym w tym celu, jeden po drugim, ze dwadzieścia słowników specjalistycznych: historii naturalnej (ach, te terminy z dziedziny zoologii, botaniki, ornitologii, ichtiologii…), a także medycyny, architektury, muzyki, gastronomii czy nawigacji. Ze szczególną troską pieściłbym wyrafinowane określenia zaczerpnięte z myślistwa, sokolnictwa i heraldyki. I oczywiście te z żeglarstwa, wciąż z niemałym ładunkiem szlachetnej poetyckości. Lecz szybko byście zrozumieli, że ta ostentacja miałaby za jedyny cel ukrycie czegoś innego: fundamentalnego niepokoju, do którego przyznanie się bez żadnych ogródek wydawało mi się czymś uczciwszym (i znacznie mniej czasochłonnym) niż jakieś pokrętne gadanie. Mój Boże, ależ to właśnie…

 

3

Dołączam zapewne dość późno do całej kohorty tych, którzy tematem swych książek uczynili właśnie książkę, a pisanie tematem pisania. Cóż zatem mogę z tym zrobić? Nie jestem odpowiedzialny za moment mojego przyjścia na świat. Tak, temat ten stanowił dla co najmniej jednego pokolenia coś w rodzaju pons asinorum, banalnej jak ciastko z kremem formuły dla setek najróżniejszych pisarzy; nawet ja sam dławiłem się tego rodzaju literaturą, komentarzami, które wywoływała, tak iż przysiągłem sobie, że sam nigdy nie ruszę w podobne pląsy. Teraz jednak nie kusi mnie nic innego. Ale wcześniej dokonałem wielu prób, narzucenia sobie rozmaitych ograniczeń.

Marzyłem o książce, w której wszystko można by odbierać w sensie najprostszym, najbardziej oczywistym. Była to nostalgia za literaturą w postaci dziewiczej, wciąż naznaczonej niewinnością, naiwną prostotą. Literaturą potrafiącą mi przywrócić, i to w zupełności, owo poczucie harmonijnej jedności ze światem, które przenikało mnie w pewnych momentach dzieciństwa (te niezmiennie słoneczne sobotnie poranki, gdy tą samą zawsze drogą szliśmy do synagogi, czy wieczory podczas ważnych świąt, kiedy stojąc po prawicy ojca, śpiewałem wraz z nim modlitwy). Nostalgia za książką, której struktura – dzięki swej prostocie – nie miałaby skłonności do ciągu szkatułek; której by zakazano jakiejkolwiek gry luster i na darmo by szukała najmniejszej choćby powierzchni, mogącej cokolwiek odbić; jednym słowem książką, która nie szukałaby łatwych efektów autotematycznych, intertekstualnych czy spekulatywnych gierek.

Żeby to osiągnąć, chciałbym się ograniczyć do dekoracji zapożyczonych z natury, do elementów zaczerpniętych z samego serca konkretu:

– cień, jaki pewnego letniego wieczoru opada na krajobraz gór i jeziora, podczas gdy łódka z dwojgiem młodych ludzi oddala się od brzegu;

– noc niemal całkiem biała, księżyc lśniąco się odbija na skrzypiącym świeżością śniegu, a na dalszym planie czerwonawy blask latarni na starym drewnianym moście;

– gałązka kwitnącej lipy wraz z pękiem polnych maków w kryształowym wazonie na ciężkim stole z palisandru.

Lecz w sposób nieunikniony, po kilku ledwie zdaniach, wpadam w zapętlenie, które tak dobrze znam. Każdy krajobraz przemienia się w stan duszy, wszelka dekoracja staje się symbolem.

Ze wszystkich ich części wyrastają tajemnicze odnogi i tworzą intymną więź z mitami wszelkiego rodzaju. Przedmioty i miejsca, do których chciałbym się podłączyć, wydają się rozmywać. I wkrótce odnajduję siebie na peryferiach świata książek: konkretne realia zastępowane są przez świat stworzony wyobraźnią.

Tak więc napisałem bez większych trudności, a nawet niekiedy z uczuciem przejmującej radości, masę stron pierwszych: gdyby ktoś się nimi pewnego dnia zainteresował, mógłby stworzyć z nich antologię, której nie brakłoby pieprzyka. Zabierając się za to raz po raz, zdołałem także, ale już z większym wysiłkiem, napisać – aż do końca – niewielką liczbę „rozdziałów pierwszych”. Mam jednak wątpliwości, czy układanie ich w antologię byłoby czymś sensownym: ich podobieństwo ujawniłoby się zbyt szybko. Pod rozmaitym przebraniem odnaleziono by tego samego niezdecydowanego bohatera, Hamleta bibliotek o niepewnym kroku, zmagającego się z pobłażliwym czytelnikiem: ciągnącego go za sobą, by odwiedził jego ulubione miejsca (zakurzone kulisy teatru, gdzie nigdy nie wystawiono czy obejrzano żadnego spektaklu; lodowato zimną poczekalnię jakiegoś podmiejskiego dworca przy trasie, którą nigdy nie przejechał żaden pociąg; niedawno zamkniętą stocznię z niemal ukończonym cielskiem trawlera, któremu nie dane było zobaczyć morza; neoklasyczną kolumnadę wzorcowej rzeźni, w której nie przelano nigdy krwi żadnego zwierzęcia); no i co pewien czas zaskakiwałby czytelnika (przy końcu łagodnej frazy) zwierzeniami na temat języka i dzieciństwa, książek i ciszy; wreszcie wypróbowywałby na nim pilnie wypracowany styl, w którym ostrze gorzkiego humoru tworzy przedziwny związek ze skrawkami płaczliwej pedanterii.

W związku z tym wszystkim nigdy nie udało mi się doprowadzić do końca pierwszej książki, jak gdyby perspektywa połączenia rozdziałów, które nie byłyby już ledwie początkiem, pierwszym owocem, zwiastunem ani przynętą, lecz stanowiłyby części składowe zorganizowanej całości, wystarczała, żeby odebrać mi chęć kontynuacji.

Jednak być może teraz, czytelniku, miotany pomiędzy tyloma możliwościami, zmęczony zawiłymi podchodami, niecierpliwie przebierając nogami u progu tej opowieści, na dobre straciłeś już ochotę, by dowiedzieć się czegokolwiek więcej. Jeżeli tak, tym gorzej. Tym gorzej dla mnie, chciałbym powiedzieć, bo jeśli udało mi się na tak niewielu stronach zniechęcić cię do dalszej lektury, podczas gdy właściwie nie powiedziałem jeszcze prawie nic z tego, co chciałem powiedzieć, to znaczy, że tak naprawdę nie jestem tym, za kogo się uważałem. Bo to prawda, że choć napisałem jak dotąd jedynie pozbawione konkluzji fragmenty, to nigdy nie przestałem uważać siebie za literata, pisarza. Dziwna to w istocie sytuacja. Czy nie uważasz, że ostatecznie mogłaby posłużyć jako temat prawdziwego pierwszego rozdziału, bardziej satysfakcjonującego od tych, które aż do tej chwili wciskałem ci z całym bezwstydem?

 

Marcel Bénabou
Dlaczego nie napisałem żadnej z moich książek
Przeł. Krzysztof Zabłocki
Wydawnictwo Lokator, 2017