12fullcolor
RECENZJE | 28.05.2012

Mam „zły” stosunek do języka

To nie my mówimy językiem, ale język nami mówi. Chyba żadne inne zdanie nie określa tak ściśle fenomenu poezji o awangardowej proweniencji niż przytoczone właśnie stwierdzenie Gombrowicza. Zagorzały oponent tej formy nieautentyczności i mistyfikacji trafił w sedno: literatura bierze swój początek w języku i to język, a nie rzeczywistość, staje się tu głównym punktem odniesienia i generatorem wszelkiego sensu. Trudno jednak wyobrazić sobie wielką (czyli wywrotową) sztukę, która nie jest już u źródła podszyta pewnym rodzajem dwuznacznej sprzeczności: z jednej strony maszyna lingwistyczna puszczona zostaje w ruch, jednocześnie jednak język awangardowego wiersza czy utworu muzycznego nieustannie sam siebie falsyfikuje, wytraca się w echach i powtórzeniach, albo uparcie wskazuje na swą własną niewystarczalność. Odbłyski tego myślenia znajdziemy w Peiperowskich próbach poszerzenia granic tego, co da się powiedzieć poprzez semantyzację rymem i rytmem, widać je także w lirykach miłosnych Ryszarda Krynickiego i Andrzeja Sosnowskiego, podważających (choć w różnym stopniu) dyskurs miłosny jako taki.

Nie inaczej jest w przypadku Krystyny Miłobędzkiej – poetki równie świetnej, co wciąż jeszcze mało popularnej. Sam Tymoteusz Karpowicz pisał, że należy [ona] do rodziny tych poetów, którzy wierzyli, wierzą i będą wierzyć, że bez odnowy języka nie da się odnowić wyobraźni poetyckiej. Przodków ma wśród tych, którzy torturowali język, by zmusić go do wypowiedzenia pierwszego słowa świata lub „mówiącego bezsłowia”. Recepcja wciąż jeszcze sytuuje ją w rejonach czytelniczej niszy, a odbiorcami czyni wybranych pasjonatów z elitarnych środowisk poetyckich i uniwersyteckich. Sytuacja ta wynika po części z bardzo silnej, lakonicznej, ale i wieloznacznej frazy stanowiącej dystynktywną cechę jej artystycznego głosu. W wywiadzie z Jarosławem Borowcem poetka ujmuje fenomen własnej poezji z podobnej perspektywy: Mam zły stosunek do języka. Niektóre słowa mnie niepokoją. Nie dlatego, że są błędne, niepoprawne, tylko właśnie dlatego, że są zbyt poprawne, za dobrze osadzone w języku. Za bardzo niemoje.

Tajemnica poetyckiej frazy Miłobędzkiej to jednak nie tylko oswajanie i tresowanie języka, żeby w jednej, precyzyjnie wykonanej akrobacji uchwycił serce rzeczy. Relacja między słowem a rzeczywistością w poezji autorki Po krzyku jest znacznie bardziej skomplikowana, a pytaniem, które obsesyjnie powraca w lapidarnie skrojonych wersach wrocławskiej poetki, jest problem możliwości i niemożności wyrażenia świata w języku, a także stwarzania świata przez język. Wedle tych zasad działa tekst [Z czego zrobić gwiazdę], gdzie pragnienie to okazuje się pełną paradoksów iluzją:  gwiazda nie urośnie w cieniu słów, bo istniała przed nimi, niewypowiedziana tylko. Jej odbite światło nie świeci naprawdę, tak jak i język nie powoła do życia tego, co już żyje. W wierszu [słońce idzie po niebie] wcześniejsze refleksje poszerzają się jeszcze. Miłobędzka zastanawia się bowiem, czy rzecz ujęta w słowa wciąż jest tym samym, czy innym już fenomenem rzeczywistości (czy szło ci, dziecino, o słońce? / czy o blask słowa słońce?). Konkluzja okazuje się zaskakująca: wyraz staje się odrębnym, niepodległym bytem, w którym przegląda się tylko to, co realne.

We wczesnej twórczości poetki główną walkę z językiem toczy natura. Jednak to ciało, ruch materii, odwieczne przypływy i odpływy życia i śmierci mają tu niewątpliwą przewagę. Język jest kaleki i nie może funkcjonować bez ust czy ręki, która stanie się jego medium ([rzeczowniki, czasowniki, przydawki, pierwiastki]). Jeszcze dalej zmierza Miłobędzka w tekście Pomówmy sobie o byle czym, gdzie obraz ćwiczącego się w locie ptaka staje się inspiracją: Ptak chce wzlecieć, człowiek go ogranicza. Łączenie piór i wstążek, próba ze wstążką, przywiązanie piór wstążkami do rąk i głów – relacja z tego. Wiązanie się wstążką jak na wspinaczce. Uporczywie powracająca fraza „relacja z tego” dobitniej tylko pokazuje, w jaki sposób pisanie zamyka w ograniczonym systemie to, co nieograniczone. Czy jest zatem sposób, żeby adekwatnie oddać wszędobylskość i wszechwładzę natury? Milczenie jest odpowiedzią – puszcza oko w Kołysance autorka.

W późniejszych utworach poetka coraz bardziej koncentruje się na podmiocie: jego cielesności, łapczywych próbach uchwycenia fenomenu własnego „ja”, wątpliwościach i paradoksach emocji. Metaforami opisującymi liczne ambiwalencje myśli są otwarcie i zamknięcie. Język tych wierszy balansuje na granicy zachwytu i przesytu fenomenami świata. Reakcją na tę nadmierną obfitość rzeczy bywa nie tylko zamknięcie, ale i ucieczka: powracająca wizja w wierszach Miłobędzkiej. Tożsamość sprowadzona do instynktownego ruchu w przestrzeni przestaje być autorefleksyjna i staje się czystym byciem ([chciałabym tylko biec]). W innym wypadku zostaje nam jedynie strategia egzystencji zaproponowana w wierszu Rozbierz się z Krystyny: trzeba ściągnąć z siebie imię, społeczne i prywatne maski czy role, które gramy w życiu, żeby zaistnieć naprawdę.

Najnowszy tom Miłobędzkiej Dwanaście wierszy w kolorze, zarazem najmłodsze dziecko Biura Literackiego, to forma wykraczająca poza granice tekstu. Minimalistycznie i ze smakiem zaprojektowane pudełko przywodzi raczej na myśl szykowny prezent: biżuterię, komplet srebrnych lub pozłacanych sztućców, prywatną fotografię w antyramie. Ale czy zbiór wierszy nie może być szykownym prezentem? Może, choćby tak, jak w gęstych zapiskach Księgi niepokoju Fernanda Pessoi, gdy portugalski poeta pisze do tajemniczej adresatki: I ponieważ ta książka jest absurdalna, kocham ją, ponieważ jest bezużyteczna, chcę ją ofiarować; i ponieważ ofiarowanie ci jej niczemu nie służy, ofiarowuję ci ją. W rękach potencjalnego czytelnika tak misternie spreparowany przez grafika Ryszarda Bienerta podarunek spełnia jeszcze jedną funkcję – to także zaproszenie do gry. Autoreferencjalnej i, w tym sensie, bezużytecznej zabawy, gdzie procesy pisania, czytania i nadawania znaczeń będą działały wymiennie, oraz gdzie nikt już nie będzie potrafił rzeczowo rozeznać, w którym miejscu kończy się zwierzchnictwo autorki, a zaczyna władza odbiorcy.

Koncepcja, którą kusi nas Miłobędzka, to wizja tekstu otwartego na nieskończoność interpretacji. Począwszy od samej formy utworów luźno ułożonych w pudełku (a nie, jak można by się spodziewać, spiętych i ponumerowanych), poprzez silnie semantyzującą interpunkcję i rozkład tekstu, aż po gest zastosowania kolorów, by mnożyć i generować kolejne odczytania, książka zaprojektowana jest tak, żeby pokazać czytelnikowi szereg możliwych scenariuszy, którymi może podążyć jego myśl. Pod tym względem literackiemu projektowi autorki Po krzyku blisko do awangardowych eksperymentów Cortázara z Gry w klasy czy może jeszcze bliżej, przynajmniej formalnie, do Nieszczęsnych B.S. Johnsona (książki, notabene, wydanej bardzo podobnie, choć pod względem zawartości tak odległej). Czytelnik staje się zatem nie tylko odbiorcą, ale także kreatorem tekstu, z którym dane mu jest się zmierzyć. Proces tworzenia dokonuje się również po jego stronie, bo to on dokona wyboru strategii lektury. Z kalejdoskopu możliwości przedstawię trzy, rzucające na Dwanaście wierszy w kolorze najwięcej światła.

Po pierwsze zatem: lektura tradycyjna, prowadząca czytelnika krok po kroku przez kolejne wersy, respektująca zastany układ tekstów i śledząca linearnie rozwój kolejnych znaczeń. Wszak najbardziej nawet oczywiste drogi prowadzą czasem do niezwykłych rozwiązań. Tak jest z pewnością w przypadku Miłobędzkiej, gdzie lakoniczna wręcz oszczędność frazy i odważne operowanie przerzutnią, światłem czy pauzą doprowadzają paradoksalnie do kondensacji sensów. Dając się poprowadzić za rękę wierszom, wchodzimy stopniowo w intymny świat języka szukającego właściwych słów, by ująć fenomen tożsamości, a także jej relacji z rzeczywistością. Ale okazuje się wkrótce, że żaden system lingwistyczny nie udźwignie paradoksów tego, czym jesteśmy, i złożoności naszych interakcji ze światem. Pod tym względem oscylująca coraz bliżej krawędzi słowa i milczenia poetka konsekwentnie realizuje raz obraną drogę. Ja? Mnie już nie może bardziej nie być – zadeklaruje radykalnie już na początku tomu. Jednocześnie rzeczywistość, w której funkcjonuje, to znikające jestestwo, które kurczy się niemiłosiernie, a relacja między światem a podmiotem ulega zakłóceniu: Mam / (mnie ma) / własny / bardzo mały świat. Dystrybucja władzy ulega rozproszeniu: w tym momencie nie wiadomo już, co tu jest posiadane, a co jest tym, co posiada.

Jednak ten fragment nasuwa inne jeszcze tropy i otwiera kolejną strategię czytania. Taką lekturę, którą Miłobędzka zasugerowała w tekście Moja Kaczka i Hamlet Dormana, gdzie poetka pisze o fenomenie teatru: Przypominam sobie przedstawienie „Która godzina?” Wojciechowskiego – porcelanowa figurka, wysokości 20 cm, na pianinie, prawie niewidoczna z odległości, w jakiej siedziałam. Zabawne, ani przez chwilę nie pomyślałam, że figurka jest za mała. Przez cały czas przedstawienia powtarzałam sobie: „Niech diabli wezmą aktorów, ciągle mi ją zasłaniają!”. Widać było tylko to, czego się nie widziało. Czytanie z wytężoną uwagą tych wszystkich miejsc w tekście, które zdają się ledwie wtrąceniem, precyzyjne podążanie za subtelnością interpunkcyjnych tricków czy drobiazgowa obserwacja wszelkich chwytów formalnych modyfikujących znaczenie to inna propozycja obcowania z Dwunastoma wierszami w kolorze. Z tej perspektywy tom jawi się jako dość ponura refleksja nad egzystencją i językiem, okazuje się bowiem, że ani w rzeczywistości, ani w słowie nie ma punktu oparcia, a wszystko jest podważalne lub ambiwalentne. Napięcie to widzimy wyraźnie w kolejnych frazach jednego z wierszy: nie wchodź tam (GŁOWA! / MOJA BIEDNA GŁOWA!) / z wierzchu, szczęśliwie z wierzchu. Nitka sensu przeskakuje nagle i okazuje się, że wrota do piekieł nie leżą gdzieś na zewnątrz, lecz prowadzą do wnętrza umysłu podmiotu. Bardziej skomplikowany, ale oparty na podobnym założeniu jest utwór zaczynający się od słów: wykreślić co (drugie) pomyślane (słowo). Ten wiersz jest jednak przede wszystkim zaproszeniem czytelnika do tworzenia/wykreślania. Tym razem gra w maskowanie i demaskowanie moderowana jest właśnie przez odbiorcę.

Może być jednak zupełnie inaczej. Możemy podążyć tropem sugerowanym przez autorkę już w tytule tomu i oddać głos kolorowi. Taka lektura byłaby dopełnieniem lirycznych poszukiwań Miłobędzkiej, bo oto słowo: byt odrębny, ale jednak uporczywie wybrakowany, nabiera cech łączących je z rzeczywistością. Język w kolorze staje się pełniejszy, bardziej adekwatny. Jest zaproszeniem skierowanym do świata,  objętego z całą jego niewyrażalnością i nieograniczonością, który przejrzyścieje jak i sam podmiot – i jego intymne, ale i gościnne za-wiersze.