zaśdom
Nowości wydawnicze | 27.11.2017

Małgorzata Czyńska „DOM POLSKI. MEBLOŚCIANKA Z PIKASAMI” (FRAGMENT)

Ludzie Północy

 

Małgorzata Czyńska: Jak określić wystrój współczesnego polskiego domu? Mamy jakiś ogólny gust narodowy?

Beata Bochińska: Nie możemy dzisiaj mówić o wyposażeniu współczesnego domu, nie przedstawiając jego rysu historycznego. Dom na przestrzeni dziejów zmienia swoją funkcję i znaczenie, jest nośnikiem różnych wartości, więc jego wyposażenie zdradza, jak ludzie żyją i co chcą nim sobie nawzajem komunikować. Kiedyś wszystko było podporządkowane obyczajowi. Dzisiaj mamy kłopot z określeniem współczesnego polskiego dizajnu i z wyróżnieniem się jako naród, bo bardzo długo byliśmy podzieleni na trzy zabory, więc de facto w każdym z nich panowały inny obyczaj i kultura. Inne cechy i wartości hołubiono w domu pruskim, a inne w rosyjskim czy austriackim. To oddziałało na całe pokolenia. Na własnym przykładzie odczuwam te różnice. Część rodziny mojej mamy pochodziła z zaboru rosyjskiego, a część ze strony taty – z pruskiego. Do dzisiejszego dnia to wywiera na mnie olbrzymi wpływ. Mam tego świadomość: przyjmuję pewne zachowania, między innymi naturalną skłonność do porządkowania rzeczy i spraw w swoim codziennym życiu. Na przykład nie mogę trzymać w domu kiepskiej jakości przedmiotów. Nie akceptuję prowizoryczności, bylejakości i doraźnych rozwiązań.

Na historię wystroju polskiego domu, tak jak na historię domu każdego innego kraju, oddziaływały czynniki klimatyczne, zasoby naturalne, wydarzenia historyczne i wiele innych. W zależności od tego, czy mieszkaliśmy na wschodnich, czy na zachodnich rubieżach Polski, zupełnie inaczej urządzaliśmy mieszkania, inny był też styl życia. Nie na darmo mówimy dzisiaj o kilimach z Podlasia i ze Wschodu, bo tam, w „stepie szerokim”, życie było bardziej nomadyczne. Te dekoracyjne tkaniny wieszano na ścianach, żeby ocieplić wnętrze, ale w każdej chwili można było je zdjąć, zwinąć i szybko przenieść gdzie indziej. W zachodniej części ziem polskich życie było osiadłe, więc w domach nie trzymano na przykład dużej ilości tkanin, za to wiele przedmiotów wykonanych w technologii odlewu czy z użyciem innych porządnych i trwałych metod, które miały służyć całym pokoleniom. Naszym naturalnym surowcem było drewno, nie dziwi więc, że dziś jesteśmy czwartym producentem mebli na świecie. My, historycy sztuki czy historycy dizajnu, patrzymy na przedmiot w szerszym kontekście, widzimy kwestię jego różnych uwarunkowań, bo je rozumiemy. Jednocześnie bierzemy pod uwagę jego kontekst kulturowy, rolę, jaką odgrywa w komunikacji, i to, co symbolizuje, bo wiele przedmiotów w polskich domach niesie ze sobą ważną informację symboliczną. Choćby ikony – dla jednych mają bardzo duże, konkretne znaczenie, a dla drugich to tylko przedmioty w jakimś kolorze. Podobnie sprawa ma się z meblami: w niektórych rejonach stanowiły one symbol statusu i zamożności, a w innych pełniły jedynie użytkową funkcję. W XIX wieku, po powstaniach listopadowym i styczniowym, w polskich domach znajdowały się specjalne pomieszczenia o ścianach obitych czarną tkaniną, na których wisiały obrazy o symbolice patriotycznej i religijnej. Dla cudzoziemca to był tylko czarny pokój. My wiemy jednak, że wdowy przyozdabiały tak swoje domowe kapliczki, by upamiętnić poległych. Rzadko sobie uświadamiamy, jak wiele czynników z przeszłości warunkuje współczesne polskie wzornictwo i wystrój naszych domów. Kiedy spotykam się z młodymi projektantami, na przykład z dziewczynami z Podlasia, dostrzegam, że trwałość przedmiotu nie jest dla nich priorytetem; ważniejsze jest, żeby te rzeczy były przyjazne, wprowadzały dobry nastrój, były utylitarne, łatwe w transporcie. To nie do pomyślenia dla kogoś, kto się urodził i wychował w Gdańsku, gdzie istotny jest konkret. Nie musimy od razu mówić o szafach gdańskich, wystarczy wspomnieć biżuterię. Tutaj liczą się trwałość, solidność, jakość i cenny materiał. Na Wschodzie natomiast solidność nie ma aż takiego znaczenia.

dom polski 2

Odmienność w podejściu do projektowania przedmiotu to nasz atut?

Oczywiście. Szczerze mówiąc, nie chciałabym wielkiej standaryzacji polskiego dizajnu. Lubimy narzekać na nasz brak wyrazistości, a nie dostrzegamy mocnych stron. Mamy wielkie szczęście choćby dlatego, że Polska leży w regionie Morza Bałtyckiego. Wiele lat temu w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego zrobiłam wystawę, na której zgromadziłam sto przedmiotów z regionu bałtyckiego. Zwiedzający myśleli, że obiekty pochodzą z jednego miejsca, tymczasem zebrałam je z różnych części tego regionu. Okazało się, że w krajach nadbałtyckich wszyscy myślimy podobnie. Żyjemy w klimacie, który wymaga od nas ciągłej troski o człowieka, o to, jak go zabezpieczyć. W przeszłości wyposażenie domów zazwyczaj projektowało się tu dla ludzi ubogich i przeciętnych. Na południu Europy natomiast tworzono dla zamożnych. Najpierw rzemiosło, a potem wzornictwo przemysłowe były ukierunkowane na bogatego odbiorcę. Stąd wykwintne materiały, szlachetne surowce, biżuteryjne wykończenia mebli i akcesoriów, limitowane serie, znane nazwiska projektantów, gwiazdy, elegancja i prestiż. Wszystko to, co dzisiaj określamy jako „dizajnerskie”, czyli wyraziste, zaskakujące i wręcz teatralne.

Tymczasem na północy Europy królowały albo zima i śnieg, albo stepy i upały, duże wahania temperatury, i w tych warunkach trzeba było sobie radzić na co dzień. Do tego mieliśmy dużo lasów, więc i sporo drewna, materiału dostępnego także dla ubogich. Po II wojnie światowej w Finlandii i w Polsce produkcja szkła prasowanego ruszyła w ogromnych ilościach tylko dlatego, że dla zwykłych ludzi ten materiał był tańszy i dostępniejszy niż prestiżowy kryształ.

Prasówki – kryształy dla ubogich.

Ale jakie fantastyczne, niejednokrotnie wzorniczo i technologicznie odkrywcze. Mistrzami w tej dziedzinie było małżeństwo projektantów, państwo Eryka Trzewik-Drost i Jan Sylwester Drost. Można by ich przyrównywać do Charlesa i Ray Eamesów – liczba i jakość wdrożonych przez nich rozwiązań jest niezwykła. Ich projekty szkła prasowanego są o wiele ciekawsze i nowocześniejsze niż ówczesne im kryształy, które czerpały jeszcze z dziewiętnastowiecznych wzorników. W regionie Morza Bałtyckiego, a więc i u nas, starano się, by przedmiot codziennego użytku osoby niezamożnej był zaprojektowany równie dobrze jak ten dla tej zamożnej. To jest ewenement i wyznacznik polskiego dizajnu! Dzięki temu w naszych domach często mieliśmy świetne przedmioty produkowane masowo. Dzisiaj nie zawsze zauważamy tę jakość epoki mid-century modern, czyli w polskim wydaniu czasów PRL-u.

Dizajn demokratyczny.

Teraz tak to nazywamy i dużo na ten temat mówimy. Chcemy przedmiotów funkcjonalnych, ładnych, trwałych, tanich, ogólnodostępnych i biodegradowalnych. Tymczasem w krajach rejonu Morza Bałtyckiego dizajn od zawsze był uniwersalny, dla przeciętnego odbiorcy – właśnie demokratyczny. To przejawia się również w stylistyce: jest czytelny w formie i zrozumiały dla zwykłego odbiorcy.

Przedmioty w tym regionie często wytwarzali lokalni rzemieślnicy – w domach trzymali narzędzia tkackie: krosna, stolarki, ciesiołki i tym podobne. Umiejętność wykonania rzemiosła była dość duża, więc w późniejszych czasach projektanci często czerpali z zastanego rodzimego dorobku. I bynajmniej nie chodzi tu o folklor, ale o czerpanie z tradycji związanych z danym rejonem albo z ludźmi go zamieszkującymi. Rodzimość dotyczy nie tylko estetycznego, lecz także technologicznego, wykonawczego i emocjonalnego aspektu przedmiotu. W Polsce odnosi się na przykład do naszego doświadczenia z drewnem. Znacznie lepiej tworzymy w naturalnych materiałach i surowcach niż w tych przetworzonych. Zjawisko rodzimości zostało określone i dostrzeżone przez Wandę Telakowską, założycielkę IWP.

[…]

dp_okladka_ok

Po co więc wstawiliśmy do mieszkań ciężkie segmenty na wysoki połysk?

Nie mam pretensji do wysokiego połysku. Niedawno widziałam komplet mebli, na którym politura wyglądała jak laka. I to była standardowa politura, nie na specjalne zamówienie. Problem polskich mieszkań nie tkwił w meblach na wysoki połysk, ale w niedopasowaniu poszczególnych elementów wyposażenia. Mamy w pamięci obraz mieszkań, gdzie wszystko było z innej bajki. Dywan nie pasował do regału, regał do lampy, lampa do dywanu i tak w kółko. Wszystko kupowano oddzielnie, bo akurat rzucili coś na rynek, bez jakiegokolwiek zamysłu estetycznego. Rządził nami przypadek. Dlatego po transformacji zachłysnęliśmy się samą możliwością zmiany, wystawialiśmy stare sprzęty na śmietnik. Nagle okazało się, że można dobrać wyposażenie wnętrza w jakimś konkretnym odcieniu, zgodnie z trendem czy profilem stylistycznym. Tymczasem wcześniej mieszkanie wypełniała zbieranina przypadkowych rzeczy.

Lata osiemdziesiąte były najgorsze, jeśli chodzi o wygląd polskich domów.

To były resztki. Coś zostało z lat sześćdziesiątych, coś z siedemdziesiątych, a także z osiemdziesiątych, które były totalną nędzą jakościową. Mieszkania przypominały składy, lumpeksy rzeczy uratowanych, wystanych w kolejkach i wyszarpanych w sklepach. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wnętrza były w miarę spójne stylistycznie. Gdy się przegląda ówczesne katalogi czy magazyny jak „Ty i Ja”, widać, że te mieszkania były ciekawe i miały wspólny rys stylistyczny.

I były dość światowe.

Nawet bardzo! Powinniśmy mieć trochę więcej dumy narodowej, a mniej kompleksów. Nie chodzi o to, żebyśmy nagle zaczęli przekonywać wszystkich naokoło, że byliśmy najlepsi na świecie, bo to zawsze kompleks tego, kto się czuje poniżony, ale żebyśmy umieli w miarę możliwości spokojnie ocenić rzeczywistość. Na jakieś dwadzieścia pięć milionów mieszkańców posiadaliśmy kilkanaście milionów nowych mieszkań, fabryki i zakłady szły pełną parą i produkowały meble, które eksportowano na przykład przez Paged. Nieprzypadkowo w 1961 Ingvar Kamprad, założyciel IKEA, zaczął zlecać produkcję mebli swojej firmy fabrykom właśnie w Polsce. Było u nas z czego wybierać. Mieliśmy możliwości technologiczne i umiejętności. Mnóstwo rozwiązań polskich projektantów, konstruktorów i technologów znalazło zastosowanie w meblach IKEA. No i ta cena – przelicznik dewizowy był dla dystrybutorów żyłą złota. Zresztą te meble trafiały też do naszych mieszkań.

W połowie lat siedemdziesiątych moi przyszli teściowie kupili wielki regał Ivar, a potem fotele Kon-tiki w jakimś przyfabrycznym sklepie, dokąd wędrowały odrzuty z eksportu. Nie mieli  pojęcia, że to meble IKEA.

Ta stylistyka się podobała. Trafiała zwłaszcza w gust inteligencji. Dzisiaj świadomość domu inteligenckiego powoli zanika; nie mówimy już o inteligencji, ale o klasie średniej. To się zmieniło w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Wcześniej dzieliliśmy ludzi ze względu na ich pochodzenie i wykształcenie, a nie stopień zamożności. Obecnie kategoryzujemy ludzi na podstawie tego ostatniego kryterium. Mówimy „niższa klasa średnia”, „wyższa klasa średnia” i tak dalej.

We wnętrzu domu tę klasę określa drogi robot kuchenny postawiony na widoku.

Czasami. W PRL-u mieliśmy inną sytuację: robotnik mógł zarabiać więcej niż inteligent, natomiast w mieszkaniu – po jego stylistyce i funkcjonalności – od razu było wiadomo, do kogo się wchodziło. I to nie miało nic wspólnego z zasobnością portfela. U inteligenta były biblioteczka wypełniona książkami, fotele Kon-tiki, papierowa kula u sufitu zamiast kryształowego żyrandola stylizowanego na neorokoko. Te rzeczy od progu komunikowały, że tu mieszka ktoś, kto chce się w jakiś sposób wyróżniać i komu bliższa jest uproszczona stylistyka.

dom polski 3

Czy te wartości i upodobania przetrwały?

Moim zdaniem tak. Dzieci tego inteligenckiego pokolenia to dzisiaj ci, którzy szanują dizajn, dbają o swoje mieszkania i kreują przestrzeń wokół siebie. Widać ich korzenie. Dzieci, które wyszły z domu o określonej, świadomie kreowanej przez rodziców estetyce i stylistyce, łatwiej akceptują vintage i cenią współczesny dizajn. Jako że szkło prasowane cieszyło się kiedyś popularnością w domach inteligenckich, także i dzisiaj naczynia z tego materiału są łatwo i szybko przejmowane przez kolejne pokolenia. Ale istnieje też duża grupa ludzi, którzy nie wychowywali się w stylistycznie określonych i wykreowanych wnętrzach, a mimo to akceptują i doceniają vintage dizajn. Pokolenie cyfrowe mocno tęskni do świata analogowego. Szuka swoich korzeni, tożsamości – rodzimości właśnie.

Zachłystuje się urodą i konkretem przedmiotu?

Zgadza się. Ale jest jeszcze inna kwestia – to pokolenie nomadyczne, które często się przeprowadza i nie chce inwestować w zabudowę. Dla współczesnego pokolenia dom znajduje się tam, gdzie jest zapamiętane hasło do wi-fi. To są „moje” kawiarnie, bo tu mój smartfon od razu podłącza się do sieci. To jest „moje” mieszkanie, bo mój komputer automatycznie łączy się z internetem. „Moje” jest wtedy, kiedy mogę się połączyć ze światem, kiedy wszystkie moje urządzenia mobilne otulają mnie siecią. Ale czy to będzie ta ściana, czy inna, w tym mieście, czy w innym, to nie ma żadnego znaczenia. Ci ludzie lubią przedmioty vintage, które niosą emocje i kontekst, które są często reuse. Niektórzy podczas zakupów kierują się sentymentem (mieli podobne rzeczy w domu), inni sięgają po tego typu produkty, ponieważ chcą mieć coś kolekcjonerskiego, dobrze zaprojektowanego, co podbudowuje tożsamość kulturową, a jeszcze inni doceniają ciekawy i wartościowy dizajn z minionego czasu. Często mówią: „To jest reuse, trochę tego poużywam, a przed przeprowadzką sprzedam lub odstąpię. Dzisiaj kreuję swoją rzeczywistość i mieszkanie urządzam na lata sześćdziesiąte, ale kiedy będę się przeprowadzał do Wrocławia, to wrzucę wszystko na patyna.pl i następne mieszkanie urządzę w stylu lat siedemdziesiątych. Nie mam poczucia, że zmarnowałem pieniądze, ponieważ te rzeczy z powrotem trafią do obiegu”. Wzornictwo z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pasuje do stylu i filozofii życia współczesnego człowieka.

Nasze babcie dostawały w wianie porcelanowe serwisy, bieliznę stołową, srebra lub platery często warte kilka wsi. Te rzeczy przechodziły z matki na córkę, a potem na wnuczkę i miały dużą wartość zarówno materialną, jak i sentymentalną. Kiedy weszła masowa produkcja przemysłowa i ceny spadły, te precjoza stały się bardziej dostępne. Dzisiaj mamy tak tanią produkcję, że wszystkie te przedmioty mogłyby kosztować po pięć złotych. Do tego dochodzi jednak łańcuszek dystrybutorów i jako że rynek wewnętrzny musi się z czegoś utrzymywać, ceny detaliczne są znacznie wyższe. Mimo to dziś każdy może sobie prędzej czy później pozwolić na zakup porcelanowego serwisu. Kiedyś dostawało się go od rodziców i należało szanować przez całe życie. A dzisiaj jest na jakiś czas, nie na zawsze, ma być modny. Akceptujemy to, że każdy talerzyk będzie inny, ale za to z duszą, z kontekstem. Widzę, że ludzie zaczynają zbierać przedmioty według pewnego klucza kolekcjonerskiego – a to technologia ciekawa, a to estetyka inna, a to funkcja zanikająca, na przykład popielniczki: dzisiaj coraz mniej osób pali, tymczasem kiedyś produkowano milion różnych typów popielniczek. Ludzie nadal je zbierają, ale już nie strzepują do nich popiołu, tylko traktują je bardziej jak naczynia do przechowywania czy dekorację.

Transformacja odebrała nam dom inteligencki?

Nie do końca. Obecnie głównym kryterium podziału na klasy jest zamożność, niemniej istnieją też środowiska domów inteligenckich, w których kultura i estetyka zajmują ważne miejsce i są szanowane. Jeżeli ktoś ma dzisiaj pieniądze, może zatrudnić architekta wnętrz, który zrobi katalogowe, dobrze zaprojektowane wnętrze, eleganckie i prestiżowe. Te realizacje często są dość nudne. Bardziej kreują pewien wizerunek i prestiż właścicieli, niż są ich naturalnym miejscem zamieszkania. Domy inteligenckie z kolei nie są tak wychuchane i wystylizowane. Są bardziej eklektyczne, a przez to autentyczne, bo znajdują się w nich sprzęty i przedmioty właściwe sposobowi życia ludzi otwartych na różnorodność i inność. Jednym z takich sprzętów jest dość duży stół, przy którym odbywa się dzisiaj życie rodzinne. Nie służy on tylko do jedzenia posiłku; tu stoi laptop, tam dziecko odrabia lekcje. Gdy wchodzi się do takiego domu, widać, że to z jednej strony centrum dowodzenia domowego, a z drugiej przyjazna przestrzeń, w której każdy z domowników może poświęcić się swoim zajęciom, nie przeszkadzając innym.

Dom jest zawsze mocno związany z obyczajem, z naszymi zachowaniami, przyzwyczajeniami i wartościami, którym hołdujemy i które kreujemy. Człowiek, dla którego ważny jest przede wszystkim status i prestiż, inaczej będzie kreował swoją przestrzeń – wygląd i podział przestrzenny jego domu będzie inny niż u osoby, dla której ten prestiż nie jest priorytetowy. Może ona żyć w otwartej przestrzeni, w której funkcje mieszkania się na siebie nakładają. Wszystko zależy od modelu życia, jaki wybieramy.

dom polski 1

Co jeszcze wnosi do domu rys inteligenckości?

Na pewno książki, dzieła sztuki i miejsce do rozwoju dla wszystkich domowników w zależności od ich potrzeb. Znam wiele osób, które kiedyś określilibyśmy jako inteligencję. Dobrze zarabiają, głównie w branży IT, mediach społecznościowych, wolnych zawodach – dużo podróżują po całym świecie, a nadal mają bibliotekę z papierowymi książkami. Oczywiście nie zabierają tych książek w podróż, tylko kindle’a z dwoma tysiącami e-booków. Papierowe książki są jednak niezbędnym atrybutem ich domu. Nie może ich zabraknąć, tak jak nie może zabraknąć prądu. Agencje reklamowe albo studia filmowe wynajmują czasami mój dom do kręcenia reklamówek czy filmów i wówczas podstawowym problemem jest obecność książek, bo zasadniczo w polskich domach nie ma ich tak wiele. One komunikują dom inteligencki. Myślę, że jest to pokłosie poprzedniego systemu z wyraźnym podziałem na osoby pracujące fizycznie i te pracujące umysłowo, czyli inteligencję z określonym systemem wartości, która rozwiązywała krzyżówki w „Przekroju”, kupowała prasę i dzieła sztuki. To wykreowało pewne zachowania wokół stołu, w rodzinie, w rozmowie i sposoby spędzania wolnego czasu. I dzisiaj – nawet jeżeli część tej grupy to zamożna klasa średnia, bo potrafi sprzedać swoje umiejętności i zarabiać pieniądze – ten rys inteligencki przetrwał i przejawia się między innymi w wyposażeniu wnętrz. Gdy ludzie, których zaliczylibyśmy do inteligencji, kupują mieszkanie, zaczynają od regałów na książki, wygodnych foteli albo lamp do czytania. Prąd zasila domowe urządzenia, a papierowe książki karmią umysł. Utrata tych książek albo grafik na ścianach (rzadko reprodukcji) odebrałaby tym ludziom pewną tożsamość.

Lata dziewięćdziesiąte, okres transformacji, umeblowały nas na nowo.

Kiedy runął system, Polacy chcieli żyć jak na Zachodzie. Pragnęli zapomnieć o komunizmie, więc wystawiali na śmietnik meble, zasłony i dywany z tego okresu. Zaczęło się wielkie remontowanie i przemeblowywanie, wymiana przedmiotów „źle urodzonych” na „lepsze”. To „lepsze” znaczyło „zagraniczne”, więc polskie firmy, także meblarskie, zaczęły na przykład przyjmować obco brzmiące, przeważnie włoskie nazwy. Byliśmy niezwykle nieufni w stosunku do rodzimej produkcji. Nie umieliśmy stosować kryteriów oceny  produktów – powiedzieć sobie, że ten produkt jest lepszy, a ten gorszy. Kiedy do Polski weszła IKEA i poznaliśmy brand, który opakował swoje produkty we wszelkie możliwe narzędzia sprzedaży, merchandisingu i marketingu, to wydawało nam się to lepsze od wszystkiego, co do tej pory mieliśmy.

[…]

Warszawa, 10 stycznia 2017

 

Beata Bochińska (ur. 1967) – historyczka i krytyczka dizajnu, specjalistka od zarządzania dizajnem i rozwojem produktu, kuratorka wystaw, kolekcjonerka. W latach 2006–2012 prezeska Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Autorka poradnika Zacznij kochać dizajn. Jak kolekcjonować polską sztukę użytkową.

 

W wywiadzie wykorzystano ilustracje autorstwa Joanny Grochockiej.

__

Małgorzata Czyńska

Dom polski. Meblościanka z pikasami

il. Joanna Grochocka

Liczba stron: 208

Wydawnictwo Czarne, 2017