popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | „Mała syrenka” w PRL-u („Córki dancingu”)
iluilu2
RECENZJE | 18.01.2016

„Mała syrenka” w PRL-u („Córki dancingu”)

Ich żywiołem jest noc – takim właśnie hasłem dystrybutor zachęca potencjalnych widzów do obejrzenia Córek dancingu. Plakat filmu dopełniają dwa kadry: jeden z Kingą Preis w otoczeniu dwóch młodych dziewcząt, drugi z Magdaleną Cielecką w roli striptizerki. Zwiastun zapowiada kampowy film o polskich dancingach lat 80., który będzie pełen nowych wykonań takich szlagierów jak Daj mi tę noc czy Byłaś serca biciem. Chyba już dawno zapowiedź filmu tak bardzo nie różniła się od niego samego.

 

A na imię miałaś właśnie Beata

Film rozpoczyna się nocną sceną na plaży, gdzie pijani członkowie zespołu Figi i Daktyle: wokalistka (Kinga Preis), perkusista (Andrzej Konopka) oraz basista (Jakub Gierszał) śpiewają Beatę z Albatrosa. Jest polsko i przaśnie, a wszystkiemu przyglądają i przysłuchują się dwie syreny: Złota (Michalina Olszańska) oraz Srebrna (Marta Mazurek). Następnie zostają wyciągnięte na brzeg, a film przenosi się do dancingu – słynnej warszawskiej Adrii, gdzie wokalistka zachwycająco wykonuje I Feel Love. Do tego momentu wszystko jest zgodne zarówno z plakatem, jak i zwiastunem filmu. Dowiadujemy się, że syreny mówią po polsku, bo bywały na plaży w Bułgarii, a podążając za kierownikiem, zapoznajemy się z całym zapleczem Adrii, pełnym sztampowych skojarzeń z komuną. Można spodziewać się półtoragodzinnego zabawnego musicalu. Jednakże w trakcie kilku kolejnych scen okazuje się, że dancing jest jedynie tłem opowieści o syrenach, miłości i latach 80. w PRL-u.

 

Byłaś serca biciem, / Wiosną, zimą, życiem

Debiut Agnieszki Smoczyńskiej to Mała syrenka Andersena osadzona w Polsce lat 80. Filmowi daleko jednak do bajek Disneya; Złota i Srebrna nie są Arielkami. W filmie książę jest tylko basistą, a syreny nie zamieszkały w pięknym pałacu, lecz w M3 z meblościanką. Mimo wszystko, w Córkach dancingu zachowano piękno baśni. To miłość, ta pierwsza i prawdziwa, odgrywa główną rolę. Srebrna wyżej ceni swoje uczucie do basisty od pięknego głosu czy rybiego ogona. Co więcej, jest świadoma, że jeśli jej ukochany ożeni się z inną, to sama zamieni się w morską pianę. Baśń Andersena została przedstawiona niemal punkt po punkcie, dzięki czemu widz ma możliwość ponownego przeżycia historii poznanej w dzieciństwie. Tym razem osadzonej jednak w świecie dorosłych, w którym diabeł spędza czas przy barze i na koncertach punkowych, a ogona nie usuwa się magicznym eliksirem od wiedźmy, tylko zabiegiem chirurgicznym. Warte odnotowania jest zmierzenie się twórców z brutalnością baśni, które również jest sposobem na uczynienie z Małej syrenki bajki dla dorosłych. Film Smoczyńskiej to momentami slasher pełen krwi oraz flaków, a sama reżyserka w trakcie konferencji prasowej na Festiwalu Filmowym w Gdyni powoływała się na estetykę Tarantino.

 

Tylko zmieniają się kolory: zielony, żółty i czerwony

Córki dancingu to przede wszystkim musical, oczywistym więc jest, że muzyka odgrywa olbrzymią rolę. Zarówno dancingi, jak i rewelacyjna scena koncertu punkowego, gdzie wykonane zostają Kolory Post Regimentu, są ilustracją chwilowej wolności, jaką w PRL-u dawały tego typu miejsca i wydarzenia. Gwiazdy estrady po swoich występach nie wsiadają do drogich samochodów, a wracają do szarej prozy życia, która z jednej strony jest wspomnianym M3 z meblościanką, ale z drugiej jest ciągle powiązana z takimi miejscami jak Adria.

Matka reżyserki była kierowniczką dancingów, przez co rodzina Smoczyńskiej składała się również z pań kucharek czy barmanek. Podobnie wygląda życie Srebrnej i Złotej, którymi obsługa lokalu stara się zaopiekować. Szatniarka na złamane serce proponuje papierosy, a zespół przyjmuje syreny do swojego mieszkania. Dzięki temu poznajemy dancingi po godzinach, kiedy nie są wypełnione gośćmi i światłami neonów. Ogromnym atutem filmu Smoczyńskiej jest brak tematów politycznych. Świat dancingów nie musi walczyć z komuną, to nie on wydaje ludzi z marmuru, żelaza czy nawet nadziei. Reżyserka skupia się na tym, co najważniejsze i chwała jej za to.

 

Daj mi tę noc, / Tę jedną noc

Córki dancingu – dzięki swojej nietypowej formie – są jednym z najciekawszych polskich filmów ostatnich lat. Agnieszka Smoczyńska prosi, niczym zespół Bolter, aby dać jej tę noc, a dokładniej dziewięćdziesiąt dwie minuty i zanurzyć się w nietypową interpretację Małej syrenki, osadzoną w latach 80., pełną kiczu, będącą momentami horrorem klasy B, gdzie Złota i Srebrna mają wampirze zęby, rozrywają ludzkie ciała i wyrywają z nich serca. Ostatecznie, jak stwierdziła reżyserka w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”, są pełnokrwistymi polskimi syrenami, a nie jakimiś tam słodkimi syrenkami z amerykańskich kreskówek.

Debiut Smoczyńskiej to połączenie znakomitej gry aktorskiej, kostiumów, scenografii, muzyki, a przede wszystkim reżyserii oraz scenariusza, za który odpowiedzialny był Robert Bolesto. Wymieszanie baśni Andersena z realiami polskich lat 80. okazało się strzałem w dziesiątkę. Mała syrenka ponownie zyskała świeżość i aktualność, rzeczywistość PRL-u natomiast, jak rzadko w polskim kinie, została przedstawiona w daleki od sztampy sposób.

 

Córki dancingu, reż. Agnieszka Smoczyńska, Polska 2015.