radosci
RECENZJE | 04.03.2013

Mała encyklopedia śmierci (G. Kwiatkowski „Radości”)

Wszyscy, którzy mają czasem ochotę zapytać starszego kolegę, rodzica lub wykładowcę o to, czy poezja po Auschwitz jest możliwa, jak i wszyscy przekonani o tym, że odbiorca polskiej poezji dalej jest skazany na wybór pomiędzy intelektualnym hermetyzmem a pseudoświetlicką frazą, powinni odpowiedzieć sobie na dwa ważne pytania. Po pierwsze: co robił(e/a)m przez ostatnie kilkanaście lat życia? Po drugie: dlaczego nie czytał(e/a)m jeszcze Radości Grzegorza Kwiatkowskiego?

O sławnej wątpliwości zasianej przez Adorna przypominam nieprzypadkowo. Wśród komentujących ostatnie wydawnictwo trójmiejskiego poety i muzyka (Kwiatkowski jest wokalistą zespołu Trupa Trupa) pojawiają się głosy podpowiadające, że autor wadzi się na przestrzeni dwudziestu dwóch wierszy z tym właśnie problemem (dobry przykład stanowi choćby dyskusja z Tygodnika kulturalnego TVP Kultura). Tymczasem teza niemieckiego filozofa funkcjonuje już głównie na prawach hasła i stanowi dobry punkt wyjścia dla żartów osób po studiach literaturoznawczych (może też służyć jako chwyt użyteczny przy pisaniu lidu do krytycznoliterackiego tekstu). Można więc powtórzyć: sztuka po Holokauście jest możliwa, bo motywuje ją wrodzony instynkt i impuls stanowiący bastion człowieczeństwa, różnicę ujmującą nam nieco zwierzęcych rysów, to jasne. Tragedia drugiej wojny światowej nie zdołała zamknąć ust i związać rąk twórcom, nie unieważniła wszelkich artystycznych działań. Sprawa komplikuje się jednak, gdy pomyślimy, że inne z zakodowanych w nas impulsów potrafią skłaniać również do zasypywania żywych ludzi cementem, a następnie wypłakiwania oczu przy Schumannie, mrucząc pod nosem kinderszenen, kinderszenen.

Przywoływanie Adorna w kontekście Radości nie jest jednak strzałem obok słupka. Przypominające gwiazdę Dawida „A” oraz „Ś”, zbliżone kształtem do emblematu SS, to nie wynik szalonej fantazji grafików z Biura Literackiego, a bezpośrednie nawiązanie do zawartości tomu. Wśród bohaterów wierszy Kwiatkowskiego znajdziemy Żydów zamordowanych w trakcie drugiej wojny światowej, a aluzja do tragedii, jaka wydarzyła się w Jedwabnem, jest bardzo wyraźna. Mimo to powiedzieć o Radościach, że to zbiór poezji o Holokauście i jego konsekwencjach, to nie powiedzieć nic. Mamy tu również Ernsta Beckera-Lee, skoczka zmarłego w wypadku w 1940 roku, Catherine Blake (żonę Williama Blake’a) i Sylvię Umubyeyi, rwandzką pracownicę socjalną. Barwny i różnorodny katalog postaci układa się w coś w rodzaju zwięzłej i intensywnej „małej encyklopedii śmierci”, w której prywatne historie i zdawkowe notki biograficzne zawsze prowadzą do tego, co ponadjednostkowe, uniwersalne.

Zaciskam zęby, kiedy przychodzi mi napisać te słowa, miejmy to jednak już za sobą (bardziej wrażliwe osoby proszę o przeskoczenie następnego zdania). Radości to przede wszystkim tomik o dobru i złu. Na szczęście Kwiatkowski nie jest samozwańczym mentorem, który w tani, dydaktyczny sposób wskaże czytelnikowi wyraźnie wytyczoną granicę pomiędzy powyższymi. Żadnego definiowania, określania pryncypiów i moralizatorstwa. To ostatnie nie jest do niczego potrzebne, gdyż autor posiada zdolność intensywnego obrazowania i prowokowania do dialogu, mimo że przybiera czasem maskę beznamiętnego sprawozdawcy. Tak jest choćby w wierszu bezpieczna, w którym wychodzący z burdelu mężczyzna, zapytany o przyczynę korzystania z usług poniżanych i bitych kobiet, odpowiada:

ja muszę

inaczej nie mogę

dzięki wizytom mogę brać na kolana

dwunastoletnią córkę

i wiem że nic jej nie zrobię

że jest ze mną bezpieczna

Trudno określić, w którym momencie bohaterowie Radości przestają reprezentować daną orientację moralną i opowiadają się po stronie jej pozornego przeciwieństwa. Zupełnie jak w przypadku farmera, który o swoim dziecku z zespołem Downa mówi […] dobry Bóg zabrał je z tego świata / nim ukończyło czternaście lat. Egotyczne poczucie ulgi czy wiara w prawomocność boskich wyroków? U Kwiatkowskiego nic nie jest pewne, a bezpośredniość i chłód bijący z kreowanych obrazów raczej piętrzą kolejne pytania, niż przybliżają do odpowiedzi.

Wszystkich, którzy powyżej przeskakiwali o jedno zdanie, proszę o powtórzenie tego zabiegu. Radości są bowiem również książką o śmierci. Albo lepiej: o śmierciach. Nie wiadomo przecież, czy między poszczególnymi wydarzeniami, o których pisze Kwiatkowski, jesteśmy w stanie znaleźć wspólny mianownik. Jest nim być może to, że śmierć należy do zupełnie innego porządku niż życie i trudno mówić o jakiejkolwiek strefie buforowej, która spajałaby oba pojęcia. W tytułowym wierszu chłopcy grzebią martwe sarny i czują radość z powodu wykonanego obowiązku. Śmierci można się wyłącznie dziwić, jedyne, co jesteśmy w stanie wobec niej zrobić, to posprzątać. Bohaterami Kwiatkowskiego steruje jednak żywioł życia. Życia potrzebującego silnego adwersarza – w wierszu dekret mowa jest o prezydencie, który drogą legislacyjną unieważnił umieranie. Istnienie pozbawione oponenta w postaci nieistnienia zdaje się czcze i nieznośne, na pobliskim murze ktoś napisał / niegroźne zachody słońca, nie ma w tym jednak poczucia triumfu, to raczej niezgoda na lekkość bytu.

Nie zawsze jednak potrzeba śmierci podszyta jest w Radościach perwersyjną przyjemnością. Brakuje języka, aby opisać moment, w którym umieranie wdziera się do świata żyjących, autor zdobywa się więc na gest podszyty podwójnością: eksponuje bezsilność poetyckich mechanizmów, a zarazem skutecznie posługuje się językową materią. W pozornej beznamiętności Kwiatkowskiego uwidaczniają się jego precyzja i warsztatowa samoświadomość, historia Dory Drogoj, której odcięto głowę piłą, robi wrażenie wielokrotnie większe, niż gdyby została ona opisana w konwencjonalnie dramatycznym tonie, przy użyciu całego poetyckiego sztafażu. To nawet nie maskowanie literackości, a zamierzona aliterackość, która przez umiejętny dobór środków nieuchronnie skutkuje literackością. Do utworów zamieszczonych w tomiku najmocniej przylega przymiotnik „liminalny”. Przedstawiony świat, intuicje etyczne oraz sam język funkcjonują tu bowiem w zawieszeniu między odrębnymi sferami. Ani na moment nie mamy okazji przyjrzeć się im w stanie czystym, autor skazuje czytelnika na balans, który zarazem intryguje i powoduje dyskomfort.

Paradoksalnie najgorzej w całym zestawie wypadają wiersze skoncentrowane na problematyce antysemickiej, m.in. wydarł (budzący skojarzenia z żałobnym lamentem) i sklepy. Nie można oprzeć się wrażeniu, że ten sposób ujęcia tematu, próba „kontaminacji” prywatnych losów przedstawicieli żydowskiej i polskiej społeczności z makabrą i absurdem tragedii (w tym wypadku mordu dokonanego przez Polaków na Żydach), nie jest konceptem zbyt świeżym i nie wnosi nic ponad to, co proponował choćby (by nie szukać zbyt daleko) Słobodzianek w Naszej klasie. W kontekście udanego zabiegu, jakiego dokonał w Radościach Kwiatkowski, zręcznie omijając sentymentalizm i dydaktyzm, o jaki łatwo w przypadku mierzenia się z tak „dużymi” tematami, trochę dziwi pretensjonalność wspomnianych utworów. Mimo to rzadko ma się do czynienia ze zbiorem tak spójnym i przemyślanym (dotyczy to nie tylko ascetycznej formy i treści zawartych w tomie, ale i oprawy graficznej). Trywializując pojęcie liminalności: nie wiem, czy już odczuwam radość po przeczytaniu dobrej poezji, czy też jeszcze jestem przytłoczony jej ciężarem gatunkowym. W każdym razie, Kwiatkowski wie, co robi.

___

Grzegorz Kwiatkowski

Radości

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 36

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.