Untitled-1
Nowości wydawnicze | 19.03.2018

Makis Tsitas „Bóg mi świadkiem” (fragment)

Makis Tsitas, Bóg mi świadkiem, tłum. Michał Bzinkowski

Książka wydana nakładem wydawnictwa Książkowe Klimaty

[fragment]

 

Oby człowiek mógł okazać skruchę i odnaleźć dawnego dobrego siebie. Jak wiadomo, nie urodziliśmy się upadli, staczamy się podczas drogi. To znaczy, dla mnie człowiek jest jak samochód. Odbierasz go od dilera – lśniący, nowiusieńki, wszystko wspaniałe i piękne, do czasu, aż się rozbije, zacznie krztusić, zardzewieje, schrzani.

Ruchomą trumną, spiżem dźwięczącym staje się człowiek, gdy tylko jego życie zaczyna się psuć.

Miałem trochę oszczędności, wpadłem jednak w pułapkę banków. W potrzask hasła: „Weźcie karty kredytowe i róbcie, co chcecie”. No i wpakowałem się. Wyrobiłem sobie stos kart, a tu nagle Czort ogłosił bankructwo. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że sprawy tak się potoczą i że przez dwa lata będę bezrobotny. Wówczas wszystko zaczęło mi się psuć. Zmieniałem potem pracę trzy razy w ciągu dwóch lat. Jednak wydałem sporo pieniędzy: ubrania, restauracje, lekcje muzyki bizantyńskiej, podróże, całe mieszkanie Eumorfii i jej czynsz przez pół roku. Oczywiście również lekarze i lekarstwa dla ojca i młodszej siostry. To jednak było z długu miłości.

Jak mam teraz spłacić swoje zobowiązania? Jestem zmuszony się ukrywać. Komórka dzwoni, a ja nie odbieram. Czuję, że umykam wymiarowi sprawiedliwości. Jestem zaniepokojony.

Poszukuję pracy jak szalony i jeszcze bardziej się męczę i stresuję. Ale z pracą jak z zającem. Można złapać zająca bez sideł?

Znajomy psychiatra niedawno mi powiedział, że chciałby poznać Czorta i zrobić z nim wywiad – uważa, że jest on wyjątkowo cennym obiektem badań. Rzadkiej postaci schizofrenia, niewielu się nią zajmuje. Pokazałem lekarzowi wszystkie pisma pozasądowe, które mi rzeczony wysyłał, a on mi odpowiedział, że to przypadek szczególny, spotykany niezwykle rzadko.

Przed Czortem trafiłem do DEI. Daleki krewny mojej matki, pan Nikos, aby mnie podnieść na duchu, załatwił mi tam pracę na bardzo dobrym stanowisku. Niezwykły człowiek, rzadkiej prawości i uczciwości. Przy nim czułem się bezpieczny. Fruwałem.

Pewnego dnia zadzwoniłem do jego biura, żeby z nim porozmawiać, a tam powiedzieli mi: „Proszę posłuchać, pan Nikos umarł”. Słuchawka wypadła mi z ręki. Poczułem się jak statek, któremu pękła kotwica. Wyszedłem na ulicę i łaziłem bez celu aż do świtu. Potem poczułem wielkie ciśnienie, żeby szybko znaleźć jakiegoś nowego protektora w urzędzie. Jednak nie znalazłem i w ten sposób, gdy skończył się mój kontrakt, nie przedłużono mi go i ostatecznie straciłem zarówno DEI, jak i moje piękne biuro.

Pełne grzechu moje życie, niczym morskiej burzy wycie. Zastanawiam się, jaki napis powinien znajdować się na płycie nagrobnej po mojej śmierci:

Tutaj spoczywa sługa Boży Chrisowalandis,

zaszczuty przez kobiety,

pracownik drukarni, miłośnik słowa

i wielbiciel piękna.

Nie można pisarzowi powierzać czyszczenia schodów, to niestosowność. W Australii istnieje specjalny urząd, który decyduje: ten, kto studiował to, może iść do takiej i tylko takiej pracy. Tutaj, w Grecji nie ma czegoś takiego. Zdarza się, że ktoś dostał się do sektora publicznego z dyplomem gimnazjum, a ktoś inny został sekretarzem takiego a takiego ministra. Dlaczego? Bo nosi stringi. Ale co studiowałaś, żeby mieć taką pozycję? Co czytałaś, co napisałaś, co badałaś? Ja, nawet gdybym miał dyplom, nie poszedłbym do sektora publicznego, dlatego że podoba mi się praca wymagająca walki. Rynek. Jestem wojownikiem, nie jestem trutniem.

Wszystko wychodzi z naszej głowy, żeby ostatecznie zadowolić ciało. Jednak to nie przyjemność jest problemem, ale przesada. Nadmiar. Co innego wziąć kieliszek białego wina agioritiko i powoli je sączyć, delektując się, a co innego wlać w siebie trzy butelki wina, upijając się w trupa.

Mama mojego taty, babcia Chrisowalandia, była kulawa – ukarali ją Święci Męczennicy. Wzięła kiedyś dwie świece, żeby im zapalić po jednej (za zdrowie mojego ojca, który w owym czasie był wrakiem, bo go zwolnili z wojska) w kościołach Bogurodzicy i Świętych Męczenników. Zapomniało jej się i obie zapaliła w pierwszym kościele. Gdy tylko wyszła na dziedziniec, zrozumiała, co zrobiła, i wróciła, żeby zabrać jedną świecę. Święci jednak ją ukarali: upadła przed ich ikoną i na zawsze pozostała kulawa.

Mieszkała na wsi, ale często przywoziliśmy ją do Koridalos i wiele dni przebywała z nami. Była bardzo dobrą kobietą. Przeszła wszystko: raka, cukrzycę, zawał serca, w końcu umarła po wylewie. Słodka kobieta – przez cały dzień siedziała na łóżku, szyła i śpiewała. Znała wiele patriotycznych i ludowych piosenek. To ona mnie ich nauczyła. Miała melodyjny głos i piękne niebieskie oczy, niestety w tym ostatnim nie jestem do niej podobny. Bardzo mnie kochała. Szyła mi ubranka, dawała mi po kryjomu czekoladę i karmelki – dlatego właśnie byłem gruby od dziecka.

Kobieta bardzo kocha swoje nieślubne dzieci, tak jak złodziej przedmiot swojej kradzieży. Powiadają, że nieślubne dzieci są bardzo bystre. Jak psie bękarty, najlepsze psy łowcze. Tak mówią – nie wiem.

Gdy poszedłem do wojska, mój ojciec zadbał o to, bym służył w Pentagono*. Pani K. powiedziała mi tam, że muszę zagadywać do kobiet, jeśli chcę miło spędzić czas. I trzymałem się tego, zostałem przyjacielem wielu żołnierek. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak moja nieśmiałość chowa się w szafie, i powiedziałem sobie: kobiety, kobiety, kobiety!

Widywałem prawdziwych pułkowników, szychy w obecności kobiet kładące uszy po sobie – nie do wiary! Byleby się nie narazić ulubienicy dowódcy, bo ta jeśli chce, może mu nagadać najgorszych rzeczy i mnie zniszczyć. Wszyscy się mieli na baczności.

Takim przypadkiem była Tatiana, pani kapitan, która rządziła niepodzielnie w biurze ministra. Wszyscy się jej bali – poza tym była prześliczna, kwintesencja kobiecości. Wpadłem jej w oko. Wiedziałem, że mężczyzna jest myśliwym, a kobieta zdobyczą. A jednak była pierwszą kobietą, jaką poznałem w życiu, która miała się okazać kimś zupełnie przeciwnym: ona myśliwym, ja zaś zdobyczą. Ona lat czterdzieści jeden, a ja dziewiętnaście (dopiero co porzuciłem szkołę oficerską; mój ojciec bardzo chciał, żebym ją ukończył).

Początkowo pani kapitan rozegrała to jako przyjaciółka i zostałem jej ordynansem. Wprowadziła mnie do swojego domu, poznałem jej męża (również wojskowego) i ich dwoje dzieci. Później zrozumiałem, że mnie tam zabierała, żeby im zamydlić oczy. Miałem się stać przyjacielem ich wszystkich, jakby starszym synem. W pewnej chwili zaczęła ze mną flirtować w salonie, ale ja, ponieważ miałem szacunek dla jej męża, wycofałem się i uznałem, że najlepiej będzie, jak już tam więcej nie pójdę. Ona zaś, za każdym razem, gdy mnie spotkała w Pentagono, brała mnie na bok i mówiła: „Dlaczego mnie unikasz? Dbam o twoje dobro. Kiedy wpadniesz na kawę?”. Klasyczny typ kobiety, która zrobi dla seksu wszystko. Sprawiała wrażenie bardzo ciepłej.

Zaprzestałem wizyt w jej domu, ale kontynuowaliśmy wspólne wychodzenie, nie robiąc jednak niczego bardzo złego – tylko całuski i pieszczotki. Obawiałem się, że gdybyśmy przypadkiem posunęli się za daleko, mogłaby się jakoś dziwnie zachować wobec moich rodziców. Byłem pewien, że ta kobieta miała jakiś swój cel. Tak robią wszystkie. Nie mówią. Przed pieprzeniem nie powiedzą ci słowa, ale gdy tylko się skończy, zanim jeszcze się na dobre ubiorą, zapytają cię, dlaczego się z nimi przespałeś, i nie będziesz wiedział, co odpowiedzieć. Nie cierpiała moich rodziców. Zrozumiałem to po dwóch, trzech aluzjach, jakie mi rzuciła. Chciała mnie od nich oddalić. Pragnęła mnie zainstalować w swoim rodzinnym domu w Tebach, by mnie trzymać pod kluczem. Być może po to, bym go pilnował, dbał o ogród i tak dalej. Miała możliwości finansowe, by to zrobić – bardzo mi się podobała ta kobieta. Nie chciała wydoić mnie z pieniędzy, wprost przeciwnie, regularnie zapraszała mnie na wytworne obiady i kupowała prezenty. Ubóstwiała spędzać godzinę w tygodniu, robiąc nielegalne rzeczy. Lubiła zbaczać trochę ze swojej marszruty. Strasznie jej się to podobało. Uwielbiała moją świeżość i mój charakter. Lubiła, gdy do niej mówiłem i opowiadałem jej różne historie. Słuchała ich podekscytowana. „Jak ty pięknie opowiadasz”, mówiła, przytulając mnie. Ja opowiadałem i jadłem, a ona mnie przytulała. Byłem wówczas bardziej przebojowy. Mówiłem na przykład: „Boli mnie w piersiach”, a ona zaraz kładła swoją dłoń pod moją koszulą.

Kobieta soczysta i namiętna. Pewnego razu, gdy zaniosłem jej do biura jakieś koperty, rzuciła się na mnie. Zamknęła z trzaskiem drzwi i zanim do mnie dotarło, co się dzieje, dopadła mnie i obdarzyła głębokim pocałunkiem. Nie zdążyłem nawet pisnąć. W owej chwili poczułem, jakbym się oczyścił, jakbym wziął wspaniałą i orzeźwiającą kąpiel. Było to tak, jakbym tkwił w brudzie i plugastwie, a pojawiła się jakaś prawdziwa gąbka z Kalimnos z aromatycznym spienionym mydełkiem i wszystko się oczyściło. Tak.

Mimo to nie posunąłem się z nią dalej, być może dlatego, że czułem, iż we wszystkim miała przewagę, i wcale mi się to nie podobało. Przywłaszczyła mnie sobie całkowicie, zrobiła swoim narzędziem. Mówiła mi, że pojedziemy tu, pojedziemy tam (była bardzo dobrym kierowcą i miała wygodny samochód): do Eretrii na ryby, do Wari na steki i tak dalej. Zazwyczaj mi stawiała, ale ja też miałem pieniądze, ojciec mi dawał. Z jednej strony lubiłem to, z drugiej zaś dusiłem się. Pragnąłem wolności, niezależności i jakiegoś zdrowszego związku, z młodszą i niezamężną dziewczyną.

Wiem, że wciąż mnie kocha i o mnie myśli. Dowodem jest to, że każdego roku na urodziny dostaję przesyłkę, wiązankę czerwonych róż, tyle, ile mam lat. Wiem, że jeśli teraz zadzwonię, w sytuacji, w której jestem, jeśli jej powiem: Tatiano, chodzi o to i o to – stanie na głowie, a być może znajdzie mi nawet jakąś pracę. Teraz ma siedemdziesiąt lat, jej mąż zmarł, dzieci się pożeniły, będzie potrzebować towarzystwa. Jednak rzadko do niej dzwonię, to niemoralne. Sam muszę dźwigać swój krzyż.

Doświadczenie życiowe nauczyło mnie, że w pewnej chwili tak czy inaczej udźwigniemy nasz krzyż. Dlatego też lepiej, byśmy go podnieśli, póki jesteśmy wyprostowani. Lepiej teraz, gdy mam siły i rozum.

Bóg daje człowiekowi kompas, rzecze mu: to jest słuszne, tamto błędne, i dalej daje mu pełną swobodę ruchów, pełną inicjatywę. Zresztą wyraźnie wspomina o tym Ewangelia – narodziliśmy się wolni. Dlatego też widzisz, jak mnich, zdrowiuteńki i szczęśliwy, mówi: „Idę dźwigać swój krzyż”.

I jak to wszystko teraz skojarzyć z Tatianą? Za nic w świecie nie chciała widzieć swojego syna mnichem. „A jeśli będzie nalegał?”, pytałem ją.

„Dopiero po moim trupie”, odpowiadała. Mnie też chciała pozbawić wolnej woli.

Od dłuższego czasu zajmuję się pracami kosztorysowymi, a mój dobry przyjaciel – wszelkiego rodzaju problemami pracowniczymi. Rozmawiamy sobie i mówimy: „Czy to możliwe, żeby w kawiarni na Polu Aresa dwóch na trzech kelnerów było cudzoziemcami? Taką wizytówkę pokażemy na igrzyskach olimpijskich? Przyjedzie francuski sportowiec, szwedzki tłumacz, angielski dziennikarz i będzie obsługiwany przez Rosjanina albo Kurda? Czy to możliwe? Dziennikarz, który wróci do Londynu i zrobi reportaż, co powie o tym? Że Grecy zapomnieli greckiego? Że greccy kelnerzy nie znają ani słowa po angielsku? To powiedzą o nas Europejczycy? Bądźmy poważni”.