magibon
ARTYKUŁY | 16.04.2012

Magibon, czyli globalizacja popkultury

Przy okazji Expo 2010 w Szanghaju Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, organizator udziału naszego kraju w tym wydarzeniu, zleciła Tomaszowi Bagińskiemu nakręcenie trwającego osiem i pół minuty animowanego filmu przedstawiającego historię Polski. Reżyser z zadania wywiązał się świetnie – tym, którzy animacji jeszcze nie widzieli, szczerze ją polecam. Na YouTubie film Bagińskiego wyświetlono ponad 1,5 miliona razy. To sukces, ale liczba ta stanowi zarazem tylko 1,4% widzów niejakiej Magibon.

Magibon alias MRirian nazywa się Margaret Lillian Adams, pochodzi z Florydy i mieszka w Pensylwanii. Ma 25 lat, a jej wielka kariera zaczęła się pięć lat temu. Mówiąc „kariera” mam tu na myśli właśnie popularność na YT, nie jakiekolwiek inne osiągnięcia artystyczne. Działalność Magibon opiera się bowiem na kręceniu trwających około minutę filmów – w roli głównej występuje wyłącznie ona sama. Co robi? Patrzy w kamerę, czasem rozgląda się. Mruga. Przedstawia się, wita i żegna. Czasem „mówi” po japońsku – nie zna tego języka, mówi tylko na przykład „uczę się japońskiego” lub „pizza jest pyszna”. W ciągu czterech lat „działalności artystycznej” wrzuciła na YT ponad 100 takich filmów. Wspięła się na 75. miejsce w rankingu najbardziej subskrybowanych użytkowników portalu. Dostrzegły ją japońskie media – pojawiała się w radiu i telewizji, czterokrotnie pisał o niej magazyn dla mężczyzn „Weekly Playboy” (nieerotyczne pismo bez związków z amerykańskim „Playboyem”), wreszcie w 2008 roku została zaproszona na tokijski Międzynarodowy Festiwal Filmowy, gdzie pozowała do zdjęć wraz z czołówką aktorów i reżyserów kraju kwitnącej wiśni.

Fanami Magibon są przede wszystkim Japończycy (głównie mężczyźni) w średnim wieku, tak przynajmniej wynika z YouTube’owych statystyk. Zachwyca ich jej dziecięca twarz – efekt podkreślają starannie dobrana fryzura, makijaż, soczewki kontaktowe, nieprzypadkowy jest też kąt ustawienia kamery. Dla Japończyków ponoć urocze są też jej niezbyt proste zęby – dla nas raczej zniechęcające, lecz dla Japończyków nie, czego dowodzi yaeba, czyli trend celowego wykrzywiania uzębienia. Wracając do największych fanów – wspomniani już panowie odpowiedzialni są za sporą część 101 milionów wyświetleń, oni też stanowią większość subskrybentów jej kanału. Większość, ale nie wszystkich.

Japonka z USA stała się sławna także na zachodzie. Dlaczego? Można by w tym miejscu odwołać się do licznych badań preferencji i fantazji seksualnych (np. raport Leitenberga i Henninga z 1995r.), z których najczęściej wynika, że bardziej od Azjatek podnieca mężczyzn chyba tylko seks z dwiema partnerkami. Można by potwierdzić powyższą teorię (poza przytaczaniem tysiącami tytułów filmów porno) popularnością w ostatnich miesiącach dziewczyny o nieco egzotycznych rysach, za pomocą makijażu i peruk znanych upodabniającą się do znanych postaci od Madonny po Drake’a. Można by wreszcie sprawdzić, co wyskakuje w grafice Google po wpisaniu „asian” i jak to się ma do wyników wyszukiwania haseł „american” czy „african”.

Ale źródła popularności MRirian upatrywałbym gdzie indziej. Gdy zaczynały pisać o niej polskie portale (od blogów i Joemonstera po Pudelki i Kozaczki), miała już kilkadziesiąt milionów odsłon. Tu czas na małą dygresję, dotyczącą specyfiki YouTube’a. Gdy pojawia się nowy film, płyta czy książka, zwykle przed wyprawą do kina lub księgarni sięgamy po recenzję; abstrahując od kosztów, szkoda stracić kilka godzin na obejrzenie, przeczytanie, przesłuchanie tandety. Tymczasem spędzenie na YT 30 sekund raczej nie sprawi nam problemu. Dlatego o Magibon rzadko się czyta, lepiej obejrzeć i zobaczyć, kto zacz. Wypowiedzi bohaterki nie są zbyt skomplikowane, problem językowy właściwie znika. Oczywiście żadna statystyka nie wskaże nam „motywów” wyświetlenia filmiku, ale już oceny mogą co nieco podpowiedzieć – przy dziełach MRirian głosy na „nie” stanowią około 60%!

 

 

I tu dochodzimy chyba do sedna problemu – fenomenu internetowych filmików (i nie tylko). Jeszcze bowiem kilkadziesiąt lat temu nasz kontakt z kulturą inną niż europejska i amerykańska  miał miejsce tylko wtedy, gdy wielkie wytwórnie lub stacje telewizyjne decydowały się kupić prawa do emisji danego filmu lub albumu (podobny problem dotyczył tłumaczenia książek) . Najczęściej zresztą taka decyzja musiała zostać poprzedzona Oscarem („Ziemia niczyja”), Noblem (Orhan Pamuk) lub inną prestiżową nagrodą. Czynnikiem motywującym bywał też kasowy sukces dzieła w bliższych nam krajach (np. „import” meksykańskiej kinematografii po odkryciu jej w Hiszpanii). Częściowo jest tak do dziś, jak widać choćby na przykładzie  cieszącego się dużą popularnością japońskiego rocka, który  w polskich sklepach jest niemal nie do zdobycia. W tej sytuacji pozostał internet, dzięki któremu można ściągnąć wymarzony album, znaleźć angielskie tłumaczenie najnowszego tomu mojego ulubionego poety z Mozambiku albo obejrzeć boliwijski thriller o wampirach. Innymi słowy – internet dał globalizacji kultury drugi oddech, likwidując granice przepływu informacji. Wraz z każdą nowinką technologiczną (najpierw format mp3, potem livestreaming video) ten przepływ jest – wybaczcie pleonazm – płynniejszy. I choć legalność powyższego procederu jest co najmniej wątpliwa, to wreszcie konsument – a nie wydawca – decyduje, czy popularność mniej lub bardziej wzniosłego dzieła na drugim końcu świata jest wystarczającym powodem, aby po nie sięgnąć. Niestety często skutkuje to bezmyślnym importem kulturowej papki, zwłaszcza z USA.

Zjawisko Magibon, bo o nim możemy bez wątpienia mówić, wpisuje się w szerszy nurt szybkiego przepływu popkulturowych zjawisk.. Więcej przykładów? „Zszokowane” zdjęcie Keanu Reevesa doczekało się polskiego mema już kilka godzin po amerykańskim pierwowzorze. Z kolei niemieccy internauci namiętnie pytali: „What does »Co ja pacze?« mean”? Żart w dużej mierze językowy nie jest już przeszkodą w internacjonalizacji memu, obrazka czy filmu. A na koniec pytanie: jak do dziecięcej słodyczy Magibon odnosi się projekt magibon.com?