nightcrawler
RECENZJE | 19.01.2015

Mądrość psychopatów („Wolny strzelec”)

Czuję swobodną, niefrasobliwą pewność siebie. Transcendentalne zwolnienie zahamowań. Rodzące się we mnie subiektywne poczucie moralności – pisze w swojej książce Mądrość psychopatów Kevin Dutton, u którego na czas eksperymentu stymulowano ciało migdałowate, kontrolujące emocje i obszar odpowiedzialny za decyzje moralne. Dzięki temu stały się one mniej wrażliwe na bodźce, a tym samym Dutton na kilka chwil sam stał się psychopatą, a właściwie „funkcjonalnym psychopatą”. Wyrafinowanie, wizjonerstwo, urok, odporność psychiczna, charyzma, koncentracja na celu, uważność, egocentryzm – to cechy, które łączą Patricka Batemana z American Psycho, Dextera Morgana z serialu Dexter, Francisa Underwooda z House of Cards, Amy Dunne z Zaginionej dziewczyny i Lou Blooma z Wolnego Strzelca.

Lou Bloom, w którego wcielił się rewelacyjny Jake Gyllenhaal, lubi powtarzać, że by wygrać na loterii, trzeba najpierw zarobić na los. Choć chętnie mówi o pieniądzach, to zdaje się, że nie stanowią one jego głównego celu, a jedynie element układanki, którą nazywa się „sukcesem”, „American dream”. Lou jest mistrzem autoprezentacji, jestem pracowity i szybko się uczę – powtarza przy każdej okazji, brzmiąc jak człowiek z oferty pracy w korporacji. Jest staranny, skupiony na celu, dba o każdy szczegół i świetnie rozumie ludzi. Badacze z Bostonu wykazali ostatnio, że psychopaci są lepsi w odczytywaniu emocji niż większość z nas – za ich „empatię” odpowiada jednak obszar mózgu odpowiedzialny za recepcję i rozumienie, a nie za emocje. Gdyby nie umiejętność chłodnego rozpoznawania lęków i pragnień innych ludzi, Lou nie osiągałby swoich celów tak sprawnie. Wierzę, że dobre rzeczy przychodzą do tych, którzy ciężko pracują – deklaruje i trudno mu odmówić zaangażowania. Wyposażony w radio-nasłuch na częstotliwości policji, stażystę z GPS-em w telefonie oraz kamerę wideo penetruje nocami ulice Los Angeles w poszukiwaniu sensacji, którą potem mógłby sprzedać lokalnej telewizji. Lou Bloom to ideał z amerykańskich poradników motywacyjnych, niezrealizowane marzenie nowoczesnego pracodawcy – człowiek, który świadomie zarządza swoją karierą, stawia cele i je osiąga, z odwagą przekracza swoją strefę komfortu, uczy nas, by sięgać trochę wyżej, jak mówi o nim Nina Romina (Rene Russo), producentka wiadomości telewizyjnych.

Mniej lub bardziej psychopatyczni ludzie sukcesu coraz częściej, mam wrażenie, inspirują filmowców do tworzenia ni to pamfletów, ni to panegiryków, takich jak The Social Network o Marku Zuckerbergu, Piąta władza o Julianie Assange’u czy wreszcie Wilk z Wall Street o Jordanie Belforcie. Ustawienie Wolnego strzelca w tym szeregu (choć nie jest to film biograficzny) zmusza mnie do poczynienia kolejnej obserwacji – wszystkie te postacie, prawdziwe i nie, są do tego stopnia charyzmatyczne i przerażające zarazem, tak obce i wyalienowane, że choć akcja skupia się na nich, to nie ich oczami ją obserwuję. Zawsze jest w ich otoczeniu ten raczej bezbarwny, mniej lub bardziej lojalny pomocnik, jak Eduardo Saverin czy Daniel Domscheit-Berg, a nawet w jakiś sposób Donnie Azoff. W Wolnym strzelcu niezbędną perspektywę wnosi zatrudniony przez Lou stażysta Rick (Riz Ahmed). Rick w kontraście do Lou zdaje się mieć całkiem czyste intencje: to nieświadomy pionek w rękach psychopaty, a zarazem jedyna postać, która nie ulega jego niewątpliwemu urokowi. Lou i Rick reprezentują dwa zupełnie różne podejścia do pracy i życia w ogóle – i dlatego rozmawiając ze sobą, zupełnie się nie rozumieją. W jakimś sensie Lou uosabia ideały pokolenia X, ludzi urodzonych między 1960 a 1980 rokiem, którzy jako dzieci byli świadkami wielkich wydarzeń, jak wojna w Wietnamie czy upadek muru berlińskiego. Pokolenie to pragnie zaszczytów, nagród, rozpoznawalności, chce się czymś zasłużyć, coś po sobie zostawić, piąć się w górę po szczeblach kariery. Pokolenie Y to z kolei ludzie urodzeni w latach 1980–2000, których ukształtowała rewolucja technologiczna. Rick podziela ich sceptycyzm, po prostu chce trochę zarobić, nie interesuje go kariera, a jedyną zaletę awansu stanowi dla niego podwyżka. Tak zarysowany kontrast to z pewnością temat nienowy, ale wciąż aktualny, nawet jeśli naukowcy już obwieścili nadejście pokolenia Z, urodzonego po roku 2000, które w pracy ma poszukiwać przede wszystkim sensu.

Wolny strzelec nie wydaje się zresztą pretendować do miana filmu rewolucyjnego. Także podejmowana przez niego krytyka mediów, choć nie straciła na aktualności, tylko przypomina wszystkie znane już argumenty. Zepsucie mediów reprezentuje w całej swojej kliszowości wspomniana postać Niny. Nina wykonuje swoją pracę w ciągłej obawie przez zwolnieniem – lata doświadczeń nie tylko nie mają znaczenia, ale nawet stają się przeszkodą. Nie udaje, że ma jakiekolwiek dziennikarskie ambicje poza wzrostem oglądalności, aspekt etyczny ogranicza się u niej do pytania, czy dane zachowanie jest legalne. Od Lou oczekuje, że da jej to, co według niej obiecał – coś, od czego ludzie nie będą potrafili się oderwać. Nina dobrze wie, co to znaczy, i w służbie konkurencyjności swojej stacji jest gotowa dać ludziom to, czego chcą – krew, tragedię i skandal. Nieistotne, czy materiału dostarczy jej profesjonalny reporter czy przypadkowy człowiek z ulicy (dziennikarz obywatelski?), byle tylko być pierwszym. Nad pozyskiwaniem nagrań nie tylko nie sprawuje kontroli, ale nie wykazuje w tej sprawie nawet specjalnego zainteresowania. Liczy się finalny efekt i to, czy można lub warto go pokazać, a nie środki, jakimi go osiągnięto, ani skutki, jakie wywoła.

Wolny strzelec to kolejna „satyra na nasze czasy”, którą widzieliśmy już wiele razy, i to chyba znak, że te czasy już odchodzą, że dzieje się jakaś zmiana, którą dopiero przyjdzie nam krytykować. Przy tym jest to film bardzo zgrabny, dobrze napisany, z błyskotliwą rolą Jake’a Gyllenhaala, ale przede wszystkim niemal wizualny majstersztyk. W swoim reżyserskim debiucie Dan Gilroy serwuje nam paranoiczny obraz wielkiego miasta nocą z jego pustymi, oświetlonymi ulicami. Ostatecznie najbardziej ekscentryczną postacią Wolnego strzelca okazuje się Los Angeles. I to dla Los Angeles warto ten film zobaczyć.

Wolny Strzelec (Nightcrawler), reż. Dan Gilroy, USA 2014