Miljenko Jergović_ Eseje_fot ksiazki (2)
Nowości wydawnicze | 11.12.2017

M. JERGOVIĆ „Dlaczego Marina Abramović jest pierwszą artystką świata” (fragment)

Przed końcem roku specjalistyczne czasopisma, poważne gazety, ale także nieprawdopodobnie tanie brytyjskie brukowce publikują listy najbardziej wpływowych, najpotężniejszych, najlepszych, takich i owakich pisarzy, artystów, twórców obrazu świata. Ponieważ w sztuce nie ma konkursów, nie ma niepodważalnych list ratingowych ani ścisłych wskaźników, kto kogo przewyższył, kto z kim wygrał, kto kogo pokonał – czym poważni artyści nie zajmują się nawet we śnie – takie doroczne listy mogą rozbawić, ale i zwiastować, jak by się sprawy miały, gdyby sztuka była dyscypliną sportową. Ważniejsze jest jednak co innego: owe listy bezbłędnie pokazują, jak poważna jest firma, która je układa.

„ArtReview” na przykład, bardzo poważna firma, pismo, które od lat publikuje arbitralną listę stu najbardziej wpływowych nazwisk w świecie sztuk pięknych i wizualnych. W tym roku na jej czele znalazł się Nicholas Serota, dyrektor wszystkich Tate Gallery, po nim jest David Zwirner, nowojorsko-londyński galerysta, kolejni to Iwan Wirth, także galerysta z wielkiego świata, i Glenn Lowry, dyrektor MoMA. Tak, galeryści i kuratorzy rządzą sztuką i to jest dobre, tak powinno być, choćby nas to nie wiadomo jak irytowało, bo w świecie bez wielkich systemów politycznych, bez państwowego mecenatu i świadomości kontekstu historyczno-kulturowego od tego są właśnie oni, wielcy i nietykalni galeryści i kustosze, tama przed dyletantami.

Piąte miejsce na liście „ArtReview” jako najbardziej wpływowa artystka na świecie zajmuje Marina Abramović. Siódmy jest Jeff Koons, król podobno oświeconego kiczu, a dziesiąta genialna fotograficzka Cindy Sherman, piętnasty Ai Weiwei, szesnasty Gerhard Richter, trzydziesta pierwsza Isa Genzken – jedna z ulubionych artystek tego skromnego widza i czytelnika – w swoim czasie żona Richtera, choć jednak on był tylko mężem Isy Genzken, trzydziesty szósty jest Wolfgang Tillmans, trzydziesty dziewiąty Steve McQueen, czterdziesta siódma Hito Steyerl, sześćdziesiąta trzecia Rosemarie Trockel. Na dziewięćdziesiątym czwartym miejscu znajduje się jeden z najbardziej imponujących artystów dnia dzisiejszego, od którego należałoby zacząć, kiedy chce się powiedzieć coś o sytuacji na Bliskim Wschodzie i o świecie arabskim, Libańczyk Akram Zaatari.

Na liście „ArtReview” zgodnie z obyczajem figurują nazwiska prezesa i dyrektora Centre Pompidou w Paryżu, dyrektora artystycznego documenta, kuratora weneckiego Biennale, dyrektora muzeów katarskich… To potężni, bogaci i naprawdę wpływowi ludzie, ale umieszczeni znacznie poniżej Mariny Abramović. Dlaczego akurat Marina? I co jest w tej kobiecie, że przynajmniej od ćwierćwiecza znajduje się u szczytu takich list, a od czterdziestu lat jej akcje i performance’y wywołują żywe reakcje, przede wszystkim zdumienie, zdziwienie i podziw? Czy nie jest przedstawicielką czegoś, co w sztuce stało się bardzo dawno i w międzyczasie przynajmniej sto razy wyszło z mody, wypadło z trendów, pogrążyło się głęboko w czasie, dlaczego nie ma miejsca na tytułowych stronach czasopism? Tak, racja, wszystko to prawda, i właśnie to jest niepodważalnym znakiem, że Marina Abramović jest wielką artystką naszego wieku.

Kiedyś w Wenecji, przedstawiając cykl prac „Balcan Baroque” (Bałkański barok) pod koniec naszych wojen z lat dziewięćdziesiątych, godzinami myła i szorowała białe kości. Przedstawienie było proste i straszne, najbardziej poruszające pokazanie wojny naznaczonej humanitarnymi przesiedleniami i masowymi grobami. Gdyby trzeba było zredukować wojny do jednej tylko sceny, możliwej metafory wszystkich innych obrazów, byłaby to scena, w której Marina Abramović myje bałkańskie kości. Dlatego jest wielka.

Dwadzieścia lat wcześniej, chyba w Neapolu, podpisała widzom coś w rodzaju oświadczenia, że mogą ją zabić. Cokolwiek i kiedykolwiek robiła, proponowała w zastaw swoje ciało, nazwisko i osobę. W pełni, bez reszty. Marina Abramović tysiące razy umierała i na nowo się rodziła. To jest tajemnica jej wpływu i jej niepowtarzalności. Jeśli chodzi o jej życie i sztukę, jaką uprawia, istnieją tylko dwa nazwiska, które mogą się zmieścić w jednym zdaniu z nią: Braco Dimitrijević, Ilija Šoškić.

Przed kilkoma miesiącami do Chorwacji przyjechał na krótko pewien niezbyt znany niemiecki artysta. Nasze gazety przedstawiły go tak: „Znany w świecie fotografik i artysta konceptualny przyjeżdża do Zagrzebia”. Przed Zagrzebiem odwiedził Motovun. Podczas tamtejszego festiwalu filmowego urządził performance, którego sens i treść nie były dla nas do końca jasne, ale to zapewne skutek bełkotliwego medialnego przekazu. Nie jest przecież łatwo opowiedzieć performance. A w Zagrzebiu, gdzie artysta był potem, głównie wypowiadał się i udzielał wywiadów, w których zajmował się oczernianiem swojej byłej żony. Ów pan ma lat siedemdziesiąt jeden, znowu jest szczęśliwie żonaty, ale za nic nie może przestać mówić o poprzedniej żonie. Twierdzi, że ukradła mu pomysły dzieł artystycznych. Że tak naprawdę nie istnieje, od kiedy się z nim rozstała. On jest skromny, a ona nie. Dlatego jest sławniejsza od niego.

O swoim byłym mężu Marina Abramović publicznie wyrażała się tylko dobrze i nawet trochę romantycznie. Rozstali się, mówiła, w trakcie performance’u na Chińskim Murze. Wiele lat później pojawił się na innym jej performansie, kiedy siedziała naprzeciwko widzów i wzajemnie na siebie patrzyli. Przyszedł i usiadł przed nią. Po jej absolutnie spokojnej twarzy popłynęły łzy. Tego nie zaplanowała. Była to tylko okoliczność towarzysząca dziełu sztuki w fazie powstawania. We wszystkim, co robi, Marina Abramović daje w zastaw swoje ciało, nazwisko i osobę. Cudzym ciałem, nazwiskiem, osobą się nie posługuje. Takie jest morale jej sztuki, powieści, opowiadania, obrazu, performance’u. I w tym tkwi różnica między dobrymi i złymi, prawdziwymi i fałszywymi artystami. Po tym w dziele sztuki poznaje się autorstwo.

Niezbyt znany niemiecki artysta Frank Uwe Laysiepen przybrał pseudonim, bo uważał, że pod takim nazwiskiem nie można uprawiać sztuki. To nazwisko rozczarowuje, przyjął więc inne, znacznie krótsze, które brzmi trochę eskimosko, trochę mongolsko i oczarowuje. Jest pięknym mężczyzną, także teraz, po siedemdziesiątce, potrzebował więc pięknego nazwiska. Marina Abramović natomiast nie przyjęła innego, światowego, choć kiedyś, dawno, jej własne było nie do wymówienia dla kustoszy i kuratorów, którzy mówią jako ojczystym tymi samymi językami co większość wymienionych na liście „ArtReview”. Przyzwyczaiła świat do swojego nazwiska i nauczyła ludzi wymawiać je bez zająknięcia. W nazwisku jest prawda. Nie można go zmieniać ani poprzez zmianę upiększyć sedna. Nie jest dobrze kłamać.

Niezbyt znany niemiecki artysta był mężem wielkiej artystki. I właściwie tylko z tego był znany. Wszystko inne w jego przypadku jest mniej ważne. Talent nie jest i nigdy nie będzie wspólnotą majątkową. Oczywiście mogło być inaczej, gdyby nie oczerniał byłej żony w gazetach i na portalach internetowych pewnego małego kraju, spragnionego i sławnych kawalerów do wzięcia, i rozwodników. Na szczęście niezbyt znany niemiecki artysta jest mężczyzną, możemy więc to o nim powiedzieć, skoro tak głupio szkalował kobietę. Gdyby był kobietą, ludzie uznaliby to za seksizm.

grudzień 2014

 

Tekst pochodzi ze zbioru esejów Miljenka Jergovicia pt. Muszkat, cytryna i kurkuma. Spojrzenie z Zagrzebia wydanego przez Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie w 2017 roku, s. 85-89. Tłumaczenie: Magdalena Petryńska.