nadziendzisiejszy
RECENZJE | 18.02.2013

Lubię, kiedy mężczyzna

Jest Bóg – stwórca kamienia, którego sam nie potrafi unieść – i jest demiurgiczny Batman, od którego rzutu kością zależą losy człowieka. Jest obserwacja współczesnego wcielenia Spinario, tranzytu Wenus, ale jest też sztubackie przeglądanie pornografii w szkolnej ubikacji. Jest mężczyzna i jest kobieta, twórca i muza, w skomplikowany sposób od siebie zależni. Tylko jutra nie ma. Tak w dużym uproszczeniu można by zarysować sytuację liryczną wyłaniającą się z nowego zbioru Jerzego Jarniewicza. Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną to kolejny, co prawda, w literaturze ostatnich lat zapis kryzysu, ale zarazem jedno z ciekawszych – w moim odczuciu – ujęć tematu. Brak tu obezwładniającej beznadziei, pod dostatkiem za to przebłysków normalności, nawet jeśli zaprawianej łyżką dziegciu. Ostatnim bastionem okazuje się erotyka. Lubię, kiedy mężczyzna tak o niej pisze.

Klamrą kompozycyjną zbioru jest wizerunek chłopca siedzącego na murku i manipulującego przy stopie opartej na prawym kolanie. Właściwe dojrzałemu spojrzeniu skojarzenie ze starożytnym posągiem zostaje zdeprecjonowane przez perspektywę dziecięcą: Gdybym patrzył na niego wzrokiem / czterdzieści lat młodszym, chłopiec / miałby mundurek, na ramieniu tarczę (Spinario, s. 9). Motyw powraca w wieńczącym zbiór wierszu Zdanie z Piotra – jako przykład nieprzeniknioności prawdziwych przemian. Nie wiemy nic o losach chłopca, jedynym pewnikiem jest odlany w brązie dzień dzisiejszy, chwila obecna. Tak rodzą się dwie przeciwstawne tendencje – negatywna i pozytywna, których starcia są motorem napędowym wierszy Jarniewicza.

W pierwszej, przejmujące doświadczenie fragmentaryczności świata, nielogiczności i relatywności zdarzeń okazuje się obsesją głosu mówiącego (Na dzień dzisiejszy adresem jest hotel, / noc życiem, językiem «a gdyby». To wszystko / na chwilę obecną […] – Z archiwum kinematografii, s. 11) – bezdomnego w sensie materialnym i duchowym (Imiona naszych dzieci, / które wymyśliliśmy w innym hotelu i na inną mowę, / zapisz na odwrocie biletu […]  – Nie Portos i nie Sobieski, s. 18). Powyższe rozpoznanie determinuje również charakter wierszy, które pozbawione są ambicji spiżowości i uniwersalności. To slajdy z prywatnego życia, zapiski chwili – jak zastygły w bezruchu posąg chłopięcia, jak fotografie (Za ścianą spał mój syn / pod błysk i do trzasku migawek. Ty, potem ja przy stole, / w końcu ty i ja, na niewyraźnym tle, nie żeby / zapamiętać, ale / żaby zamieszkaćZmienne kadry, s. 33). Oprawiony w barwną okładkę, wypełniony rysunkami Pawła Mildnera zbiór da się pomyśleć jak album – lub lepiej: komiks złożony ze statycznych obrazków (graficznych i poetyckich), których dynamika bierze się dopiero z sekwencyjności.

W wizji Jarniewicza człowiek jest (niekoniecznie bożym) igrzyskiem. Mottem poeta uczynił wypis z maila: Panie Jurku, ogląda pan tsunami?, by za moment – w wierszu prezentującym komiksowego superbohatera jako dyspozytora życia i śmierci – odetchnąć: Tam akurat być nie mogliśmy. Oszczędził nas / rachunek prawdopodobieństwa i po chwili zreflektować się: Gdyby, krótko mówiąc, nie oni, a my? (Batman rzuca kością, s. 10). Permanentnemu stanowi zagrożenia towarzyszą upadek i wymieszanie wartości (Na moich oczach rodziła się powieść graficzna, / klasyczniał jazz, a Jagger osiągnął wiek emerytalnyPowrót drachmy, s. 20). Współczesny panteon zamieszkują ikony popkultury, wypierające pokawałkowany i wywożony z miasta posąg bogini zwycięstwa. Pogorzelisko. Ale w jak ciekawej i lekkiej formie podane! Uporczywa autoanaliza, wiodąca prym we współczesnej polskiej poezji, zostaje w Na dzień dzisiejszy… zastąpiona jowialnym opisem rzeczywistości: Bondy, Batmany i Leppery zamieszkują i kształtują świadomość podmiotu w podobnym zakresie co tradycja antyczna, zaś rozparcelowana Nike przewożona na przyczepie przez robotników jest tyle zabawna, co symboliczna. Rekonfigurowanie elementów kultury, żonglerka cytatami i odniesieniami może chwilami budzić skojarzenia z poetyką Sosnowskiego. Jarniewicz jednakowoż, inaczej niż autor Po tęczy, wydaje się ufać językowi oraz posiadać panaceum, a przynajmniej starać się przezwyciężać impas.

Tak dochodzimy do drugiej zasygnalizowanej tendencji napędzającej poetykę Jarniewicza. Dojrzałej optyce, kompetencji kulturowej – będącym w gruncie rzeczy źródłami utrapienia – przeciwstawiona zostaje w niej perspektywa naiwnego, niewinnego obserwatora. I choć Słowa / nie nadążają za fantazją dzieci (W dzień wiatr wykręcił się na północy i dmie, s. 23), poeta robi wiele, by dotrzymać jej kroku. Język tomu nie jest przezroczysty, skupia na sobie uwagę. Skomplikowane frazy opierają się lekkiej, płynnej lekturze, stawiając czytelnika w sytuacji dziecka składającego sens wypowiedzi powoli, z najmniejszych cząstek. Efekt zdumienia światem podbijają liczne peryfrazy, neologizmy i naiwne użycia związków frazeologicznych (W tę bliższą [stronę – przyp. M.M.] / na całe przełożone życie, na skórę / mokrą od przedwstępnych słów / i na to złamanie karkuŚciany były podwójne, obite niedrogim perkalem, s. 34). Język pełni w świecie Jarniewicza funkcję porządkującą, a zależności zachodzące między słowami wydają się odzwierciedlać magiczne, eteryczne związki między ich desygnatami, jak choćby w puencie erotyku Wiersz lotosowy: I zrobi się jasno pomiędzy placami, gdzie pojawiające się we wcześniejszych wersach brzuch i ręka automatycznie konotują dopowiedzenie: palcami, plecami. Nomen omen – stąd już blisko do zabobonu i przesądu, które zwyczajowo mityzując codzienność, są wyrazem dążenia do uzyskania harmonijnego, koherentnego obrazu świata. Zbiór Na dzień dzisiejszy… dedykowany jest szczęśliwym siódemkom – tym, którzy (dziełem przypadku) wciąż utrzymują się przy życiu; w innym miejscu zaś czytamy: tak cię jakoś mocno zachciałem na codzień / – ale to powinno pisać się oddzielnie. Dlatego / że najwrażliwszy punkt twojego ciała jest literą, / siódmą w alfabecie? (Oddzielnie zbieraj całe, oddzielnie potłuczone, s. 47). Przypadek?

Po tej grze przedwstępnych słów dochodzimy do erotyki, która – przełożona na język poezji – staje się największą wartością tego zbioru. Nie ma w niej neurotyczności, egoizmu i zapatrzenia w siebie; brak choćby cienia turpizmu. To erotyka w tetmajerowskim stylu, na dodatek niezwykle skomplikowana. Intymne relacje między kobietą i mężczyzną są siłą porządkującą świat, chwilowym doświadczeniem pełni, pozwalają przezwyciężyć czas, kondensując mnogość zdarzeń w obrębie chwili, a zarazem – w aspekcie płodności – zawierają zapowiedź przyszłości. W sielankowej wizji pojawia się jednak rysa – namiętne praktyki noszą znamię wykroczenia i związanego z nim wykluczenia (To akurat wiedziałaś, / to wiedzieliśmy oboje, ale że / nielegalne są twoje pończochy / i biustonosz, że mój podkoszulek, / […] i notes z datami naszych spotkań na stronie, / że one też są nielegalneJulia w kolonii karnej, s. 29). Mieszkaniem kochanków są hotele, przeciwstawione miłości na wolnym powietrzu. Bilans zysków (osobistych) i strat (zewnętrznych) – w bodaj najpiękniejszym wierszu całego zbioru – prowadzi do postanowienia: Dziś w nocy / złamiemy prawo, żeby odzyskać prawo widzenia (A na widoku to, czego już nie ma za szybą, s. 32). Kobieta jest dla podmiotu jedynym stabilnym punktem orientacyjnym i organizacyjnym – cykliczność procesów zachodzących w jej ciele jest wyznacznikiem czasu (nie linearnego, a kolistego – czasu rytualnego); symbolicznie pozwala narodzić się na nowo, z początkiem cyklu zapomnieć o przeszłości i zacząć od czystej karty. Pociąg erotyczny przechodzi chwilami w toksyczne uzależnienie, po zakończonym akcie na obraz kochanki nakłada się wizerunek matki: […] kiedy przychodzi czas deszczowy / anegdot na poduszkach po udanym seksie / […] jemu się zdaje, / że urodziła go przed chwilą i nadała / imię, Które, co tu kryć, należy tylko do niej / i jej spowiednika (Równo mi, gdy tak patrzę, na którym oczy zatrzymam, s. 45). Nadawanie imienia jest z jednej strony sposobem na oswajanie, porządkowanie świata, z drugiej – metaforą twórczości poetyckiej, której źródłem w przypadku tego zbioru wydaje się właśnie potęga kobiecości. Tym samym odsłania się ciemna strona proklamowanej inicjalnie dziecięcości – świeżemu spojrzeniu na rzeczywistość towarzyszą niedojrzałość, męska uległość, zależność.

Można by stwierdzić, że nowy zbiór wierszy Jerzego Jarniewicza jest kolejną realizacją silnie eksploatowanej na gruncie polskiej literatury współczesnej tematyki. Można. Osobiście wolę jednak powiedzieć, że jest to pierwsze tego typu ujęcie tematu. Aspekt erotyki, wysunięty w mojej lekturze na plan pierwszy, jest tylko jednym z wielu sznureczków, za pomocą których czytelnik może dojść do kłębka. Do spacerów zachęcam. Kończąc, wyrażę jeszcze nadzieję, że Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną nie pozostanie ewenementem, ale że – by tak rzec – będą z tego literackie dzieci.

 

Jerzy Jarniewicz

Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną

Biuro Literackie, 2012

Liczba stron: 56

Malwina Mus

Malwina Mus

(ur. 1987) – doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Zainteresowana związkami literatury z popkulturą – bada działalność Marcina Świetlickiego, chętnie zajmuje się krytyką literacką, okazjonalnie także muzyczną.