bondy
RECENZJE | 21.01.2013

Literatura wywrot(k)owa (E. Bondy „Szaman”)

Powieść Egona Bondy’ego jest jedną wielką wywrotką. Wejście w świat tej książki to jak przejażdżka na diabelskim młynie – nigdy nie wiadomo, czy wyląduje się do góry głową, czy nogami.

W osadzie nowy dzień trwa już w najlepsze. Tylko jeden namiot, postawiony trochę na uboczu, wciąż pozostaje szczelnie zamknięty. Dopiero gdy padają nań pierwsze promienie wczesnowiosennego słońca, uchyla się zasłona wejściowa i ukazuje się głowa szamana. Twarz gęsto pokryta zmarszczkami, zdradzająca oznaki zmęczenia i upojenia alkoholem, zmierzwiona czupryna oprószona siwizną. Wioskowe zamieszanie zdaje się go nie wzruszać. Powoli, nie spiesząc się, wychodzi z namiotu. Sylwetkę ma przygarbioną, na grzbiecie wyliniałe zwierzęce skóry, stopami brodzi w błocie. Rozgląda się za swoim pomocnikiem, niezbyt rozgarniętym Kukułką-Piętaszkiem, z którego – prawdę mówiąc – niewiele ma pożytku. Zapasy żywnościowe całkowicie się wyczerpały, dlatego, chcąc nie chcąc, szaman musi udać się do osady, aby wyżebrać dla nich choćby po żołądku renifera.

Bajki Ezopa

Tak w dużym skrócie rozpoczyna się Szaman Egona Bondy’ego, w taki świat wrzuca nas powieść „papieża czeskiej awangardy”, którą – wolną od ingerencji cenzury – świat poznał dopiero niespełna sześć lat temu. Krajobraz jest archaiczny; widzimy społeczność o prostej strukturze oraz szamana w roli jej duchowego przywódcy. Na pozór wydawać się może, że – wzorem innych autorów – Bondy przenosi po prostu swoją opowieść w realia prehistoryczne, gdzie w środowisku prostych relacji międzyludzkich łatwiej jest sprzedać własną tezę. Jednak nic takiego nie robi: jego parabola pozbawiona jest morału – a przynajmniej takiego, który narzucałby się nachalnie.

Fakt umieszczenia przez Bondy’ego akcji powieści w scenerii innej niż współczesne mu Czechy, bardzo zresztą malownicze, od razu przywołuje na myśl hasła takie jak „cenzura” czy „język ezopowy”. Dekodowanie zaszyfrowanych przez Bondy’ego odniesień do ówczesnej rzeczywistości zostawię jednak pasjonatom. Pomijając fakt, że książka całkiem nieźle broni się przed upływem czasu, odnoszę wrażenie, że z Bondy’ego Ezop był nie za dobry. Szaman nie jest opowieścią, którą łatwo przełożyć na czechosłowackie realia i za pomocą kilku chwytów odsłonić jej zaszyfrowany sens.

Mistrzostwo Bondy’ego w zaciemnianiu, zamazywaniu granic, żonglowaniu kontekstami ujawnia się na wielu płaszczyznach powieści. Należy od razu powiedzieć, że akcja Szamana dzieje się nie w czasach prehistorycznych, ale w bliżej nieokreślonym „bezczasie”, składającym się z elementów przeszłości i współczesności, wymieszanych ze sobą jak w dobrym koktajlu. Bo jak inaczej wytłumaczyć obecność Urzędu Bezpieczeństwa, kontrolującego życie codzienne okolicznych osad (o których zresztą nic nie wiemy) czy postaci Wielkiego Naczelnika i Wielkiego Szamana, za którymi kryją się zapewne autorytarni przywódcy komunistycznej Czechosłowacji? Niech nas nie dziwi więc fakt, że zasadniczy konflikt w opisywanej społeczności przebiega na linii starzy kontra młodzi – i dotyczy zakazanych obrzędów, które młodzież odprawia pod kierownictwem szamana. Czy nie brzmi to znajomo?

Filozofia parujących odchodów

Po krótkim rekonesansie i rozpoznaniu terenu wróćmy do obrazu z początku tekstu, który jak w pigułce zawiera w sobie najważniejsze dla powieści Bondy’ego – i jej centralnej postaci – wątki. Namiot szamana jest zlokalizowany na obrzeżach osady, co stanowi symbol jego wyłączenia z grupy i odmienności, która jest wypadkową pełnionej przez niego funkcji oraz cech osobowości. Dolą każdego szamana jest bowiem nieustanne „bycie obok”, życie na przecięciu dwóch światów, bez przynależenia do żadnego z nich. Szaman w tradycyjnym modelu społeczności to postać wyłączona z biegu życia codziennego, związana z sytuacjami wyjątkowymi, rytuałami przejścia, obrządkami świątecznymi. Dystans społeczności wobec szamana pogłębia się dodatkowo przez jego obcowanie z duchami oraz fakt, że to właśnie przez nie powołany jest do pełnienia swojej funkcji. Szamani w transie budzili lęk, a jednocześnie emanowała z nich pewnego rodzaju sakralność, niczym archaiczna forma misterium tremendum. Bondy zapewne nieprzypadkowo wybiera na swojego bohatera postać już niejako z urzędu naznaczoną fundamentalnym pęknięciem. I tę rysę pogłębia, przydając jej cechy, których prawdopodobnie każdy szaman by się powstydził.

Szaman jest stary i – pomimo jego nadprzyrodzonych mocy – żadne z niedogodności starczego wieku nie zostały mu oszczędzone. Posiada wszelkie właściwości przywódcy odchodzącego w cień, rozkładającego się za życia na oczach tych, którzy dotąd bili przed nim pokłony. Przypomina trochę „jesiennego patriarchę” Márqueza. Różnica polega na tym, że tam, gdzie magiczny realista degradację ciała opisuje w sposób epicki, Bondy zwraca uwagę raczej na fizjologię i przykrą somatyczność bohatera.

Wstał, naciągnął suknię i w zamyśleniu spoglądał na parujące odchody, jakby zastanawiał się, czy ta nowo stworzona rzecz nie komplikuje zanadto i tak już nieprzejrzyście złożonego świata.

Ten krótki fragment dobrze oddaje jedną z cech znamiennych dla prozy Bondy’ego – nieustanne przeplatanie się refleksji filozoficznych ze smutnymi uwagami na temat ludzkiej cielesności. Rzeczywistość odmalowana przez Bondy’ego jest pełnokrwista, intensywnie sensualna, naznaczona piętnem fizjologii. Nie wystarczy powiedzieć, że jego postaci zbudowane są z krwi, kości, limfy, żółci, spermy i uryny. Są ponadto po uszy utaplane w błocie.

Jesień patriarchy à rebours

Gdy przekroczył próg, poczuł, że po raz kolejny opuściły go wszystkie moce. Znowu był tylko pijakiem i cudzołożnikiem, który musi chodzić na żebry. Do dupy. Ale w ostatnich latach przeżył tę przemianę już tyle razy, że nawet się tym nie przejął.

Szaman jest patriarchą à rebours, a jego światem rządzi opaczność (nie mylić z opatrznością). W praktyce wygląda to tak: kiedy już, drogi czytelniku, wyrobisz sobie zdanie odnośnie podziału sił w tym zakręconym świecie, Bondy znowu zrobi użytek ze swoich przewrotnych, nomen omen, talentów – i znów stracisz równowagę. Pytania będą się mnożyć: dlaczego szaman, który władny jest wejść w wielki trans, podróżować po przed- i zaświatach (opcjonalnie nad- i pod-), ucieka się do tanich sztuczek niczym iluzjonista z objazdowego cyrku? Dlaczego filozof, który nie wierzy w śmierć, a uznaje jedynie wieczne trwanie rzeczy w zmiennych postaciach, tworzy cykl zatytułowany Pieśni ostatniego roku? I skąd do cholery szarlatan hordy jaskiniowców w samym sercu stepu wytrzasnął mokasyny?!

Poświęcam szamanowi tyle uwagi, bo – moim zdaniem – w niejednoznaczności tej postaci tkwi cała wartość książki. Powiedzmy sobie szczerze, Bondy nie był wybitnym pisarzem. W wywiadach sam przyznawał, że nie jest narratorem-naturszczykiem, że jego proza nie wypływa gładko, ale powstaje pod dużym ciśnieniem. Bajkopisarz z niego też kiepski, w Szamanie widać wyraźnie, że nad chęcią stworzenia zaszyfrowanego przekazu zwycięża wrodzona mu skłonność do błazeństwa i bufonady. Co mu się jednak udało, to stworzenie wielowymiarowej postaci, której działania są nieprzewidywalne. Losy tego półmocarza, półżebraka, jego zmagania ze społecznym napiętnowaniem i pogardą, wciągają jak dobry serial.

W opinii krytyków postać szamana ma pewne rysy właściwe samemu Bondy’emu. Trudno się z tym nie zgodzić, zarówno kult oddawany mu przez młodych, posądzenia o „odchylenia ideologiczne”, jak i swoista życiowa swawola były istotnymi elementami biografii tego lidera praskiego podziemia. Skończyli tylko inaczej. Cóż, palenie w łóżku dobrze wypada tylko w filmach francuskiej Nowej Fali.

http://popmoderna.pl/memy-egon-bondy/

Egon Bondy

Szaman

Przekład: Arkadiusz Wierzba

Korporacja Ha!art, 2012

Liczba stron: 221