perec
RECENZJE | 26.03.2012

Krypto-sny Georges’a Pereca („Człowiek, który śpi”)

Dwudziestopięcioletni mężczyzna pewnego dnia decyduje się nie iść na egzamin. Przez rok wycofuje się z dotychczasowego życia, ogranicza ruchy do niezbędnego minimum, niemal zanika. Narrator mówi do niego: To nie jest gest premedytacji, to w ogóle nie jest żaden gest, lecz brak gestu, to gest, którego nie robisz, to gesty, których robienia unikasz. To on, Człowiek, który śpi. Drugie wydanie.

Niewielką powieść Georges’a Pereca pierwszy raz wydano we Francji niemal pół wieku temu. Bardzo trudny przekład (chapeau bas przed Anną Wasilewską) polski czytelnik otrzymał dopiero przed kilkoma laty. Tymczasem Wydawnictwo Lokator, idąc za ciosem po Gabinecie kolekcjonera i Teatrze I tego samego autora, zdecydowało się wznowić Człowieka, który śpi. Ponowne wydanie – we właściwej, jak sądzę, oprawie – ma zwrócić uwagę polskiej publiczności literackiej na nie dość chyba znaną, a jedną z kluczowych postaci grupy OuLiPo. Staranne, ascetyczne opracowanie graficzne PIOtra Kalińskiego świetnie współgra z Perekiem. Czarno-biała kolorystyka, charakterystyczna typografia i dużo światła na stronach – Linia Potencjalna, której trzeci tom stanowi omawiana pozycja, także w ten sposób wyróżnia się spośród bieżących propozycji wydawniczych. Lokator, cierpliwie i konsekwentnie przypomina o OuLiPo i jej może najciekawszym członku. Powodów wciąż żywego (czy raczej – wciąż wzniecanego) zainteresowanie tą literaturą można wymienić pewnie wiele. Artystyczna atrakcyjność jednej z niewielu aktualnych awangard, a w końcu sama specyfika ich twórczości to może najważniejsze przyczyny – skomplikowanie reguł i rygory są siłą napędową tekstu. Czytać go można zresztą w co najmniej dwóch rejestrach, ale to przecież żadna nowość w literaturze współczesnej. Perec wciąż żywy? Perec wciąż aktualny? Spójrzmy na Człowieka….

Narrator, którego wypowiedź skierowana jest do mężczyzny tkwiącego w depresji, nie mówi swoim głosem. A właściwie mówi nie tylko swoim głosem. Jego wypowiedzi, chwilami niemal hipnotyczne strumienie zdań, utkane są z cytatów, kryptocytatów i odwołań. Głos gra zresztą często na najwyższej nucie modernizmu. W kolejnych zdaniach, konsekwentnie wypowiadanych w nadzwyczaj rzadko wykorzystywanej narracji drugoosobowej, słyszymy Kafkę, Apollinaire’a, Joyce’a czy Sartre’a, by wymienić tylko kilku spośród tych bardzo dobrze rozpoznawalnych. Nie sposób jednak nadążyć za wszystkim zapożyczeniami i intertekstami Człowieka…, trudno (w przypadku przekładu jest to pewnie jeszcze trudniejsze) określić źródła może nawet większości spośród nich.

Prosto, może naiwnie postawione pytanie, które powraca, gdy czytamy tę powieść to, mówiąc najprościej, kto mówi i dlaczego? Czytamy na przykład: Nie masz zwyczaju ani ochoty stawiać diagnozy. Tym, co cię dręczy, co cię niepokoi, co cię przeraża, ale czasami wprawia także w podniecenie, nie jest nagłość twojej przemiany, lecz przeciwnie, uczucie niejasne i męczące, że do niczego nie doszło, że nic się nie zmieniło, że ty zawsze byłeś taki, chociaż dowiadujesz się o tym dopiero teraz: w pękniętym lustrze nie widzisz swojej nowej twarzy, widzisz maski, które opadły, stopił je upał panujący w pokoju, odkleiło je twoje odrętwienie. To wskazania, może scenariusz, a może relacja własnej kondycji i zanikających niemal działań, której nie można wypowiedzieć w – pozornie najprostszej, pozornie najbardziej autentycznej – pierwszej osobie, własnymi słowami. Bohater Pereca właściwie nie mówi, nie ma własnych słów, nigdy nie słyszymy go w dialogu, a nawet (jeśli przywiązać się do interpretacji, w której to nie on jest mówiącym w tekście) w monologu. Mężczyzna tak radykalnie skupia swoje życie na sobie samym, że niemal przestaje zwracać na siebie uwagę. Robi to, co musi, a właściwie to, co sam uznał za konieczne – je ściśle określone posiłki, czyta niepokojąco skrupulatnie gazety, „zanurza się w czasie”, który mimo że nieobecny (bohater często nie wie, która jest godzina), staje się wszechogarniający, wchłania, stapia go ze sobą. Jedyne, co robi to, właściwie, tkw przez nieprawdopodobną ilość czasu w niewielkim pomieszczeniu – na wąskiej ławce, z miską, w której moczy skarpetki. Narzuca sobie żelazną dyscyplinę trzymającą jego zredukowaną egzystencję w ryzach, jego celem nie jest doprowadzenie się do stanu agonalnego (inna rzecz, czy można tu zaryzykować rozpoznanie istnienia wyrazistego celu bohatera).

Mężczyzna spaceruje po Paryżu, często wytyczając sobie skomplikowane ścieżki, lecz nie chce pozostawić po sobie śladów. Perfekcyjna obojętność, jaką stara się osiągnąć (choć to chyba nie najlepsze w tym kontekście słowo), z czasem okazuje się iluzją, niesatysfakcjonującą i obezwładniającą formą życia. Nic się nie zdarza, nic nie zakłóca jego misternie skonstruowanego pozoru życia na marginesach, nikt nie zaburza jego planu, nikt nie nadwyręża jego cierpliwości. Pojawiające się postaci, a może ich cienie i głosy, które odnotowuje mężczyzna, mają nic dla niego nie znaczyć, mimo że na jakiś czas zajmują uwagę.

Historia wciąga podwójnie – tak specyficznie ukształtowana narracja może jednak drażnić, może wydawać się wręcz pretensjonalna, sięgająca najprostszych reakcji utożsamienia czy raczej współodczuwania. Grozi to rzecz jasna prostym odrzuceniem ze strony czytelnika. Niełatwo przyzwyczaić się do tego sposobu mówienia – gdy dotyczy on w dodatku człowieka, który tkwi w trudnym do określenia stanie, gdy dotyczy człowieka, który śpi. Wizje senne, o jakich czytamy (tu literackie nawiązania absolutnie nie są wstrzymane) nie odbiegają daleko od kondycji, w której nieustannie się znajduje: Ale często, jakże często, na tym polega końcowa pułapka. Następuje to, co najgorsze. Narasta powoli, niepostrzeżenie. Z początku jest spokojnie, nazbyt spokojnie, zwyczajnie, nazbyt zwyczajnie. Jest tak, jakby nic nie miało się już poruszyć. Potem jednak wiesz, zaczynasz wiedzieć z jasnością coraz bardziej nieubłaganą, że utraciłeś swoje ciało; albo nie, ty je widzisz, jest niedaleko, ale nigdy go nie dosięgniesz. Centralnym doświadczeniem dwudziestopięciolatka jest, co brzmi nieznośnie pompatycznie, on sam. W dużej mierze oznacza to jego własne ciało oraz to, do czego je zmusza, jak je w tej klaustrofobicznej przestrzeni postrzega. Tkwiący u podstaw tego doświadczenia „brak” staje się stałością, być może strach przed nim to jednocześnie strach przed ostateczną nieobecnością i zaniknięciem. W niekończących się wyliczeniach, katalogach przedmiotów i obserwacji Perec próbuje opowiedzieć historię, która z autobiografią ma wiele wspólnego. Przetwarza i odtwarza w swoim (mówiącego) języku inne teksty, nie tworząc iluzji autentycznego języka serca, jak chętnie określał to Rousseau. Na bohatera, którego pewnie niejeden czytelnik – całkiem słusznie – i dziś określi mianem kolejnej wersji flâneura, spoglądamy często z kosmicznej perspektywy, kiedy walczy z iluzjami, jak już się nie miota, jak śpi, jak rozwiązuje krzyżówki, jak niczego nie chce i jak słyszy: Nie umarłeś. Nie oszalałeś.


Georges Perec, Człowiek, który śpi

Wydawnictwo Lokator, 2011

Liczba stron: 108

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, a wcześniej także „Polisemii”. Autorka książki „Korespondent Witkacy” Publikowała artykuły i recenzje w licznych czasopismach oraz portalach. Zajmuje się podmiotowością w literaturze i kulturze współczesnej oraz kulturą amerykańską. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w najnowszej kulturze. Pisze biografię Marii Kownackiej.