morrissey2
ARTYKUŁY | 16.10.2017

[KRÓTKO] MORRISSEY SYPIA ZE ŚWIETLICKIM

Są różne pasje i fetysze. Jedni zbierają znaczki, inni szukają seksualnego spełnienia, ocierając się o drzewa. Jeszcze inni, mimo osiągnięcia już wieku, delikatnie mówiąc, średniego, chętnie stroją się w chłopięce portki i na złość pani od polskiego stroją brzydkie miny, wystawiają język. I choć pielęgnuję w sobie życzliwość wobec rozmaitych dziwactw, ostatnie ze wspomnianych hobby wydaje mi się kompletnie niezrozumiałe.

Od początku jednak: Morrissey wydał około miesiąc temu singiel promujący jego najnowszy album Low in High School. Cóż, piosenka jak piosenka. Trochę klawiszy jak z Roxy Music, nieco bardziej pomysłowy niż do tej pory miks. Nie ma to specjalnego znaczenia – Mozza już od dawna świeci światłem odbitym od swojej wcześniejszej twórczości, chyba nikt nie spodziewał się więc rewolucji. Jeśli chodzi o tekst, tu również po staremu: parę abnegackich póz, nieco obrażanek i manifestacyjnej niechęci wobec świata. Wokalista zachęca, aby spędzić dzień w łóżku, zamiast wieść żywot niewolnika, użerając się z pracodawcami. No bus, no boss, no rain, no train – śpiewa. Zawsze niech będzie słońce, zawsze niech będzie niebo, w porządku. Chociaż: nie do końca.

W refrenie były frontman The Smiths raczy nas następującą mądrością:

Przestań oglądać wiadomości,

chcą cię nimi nastraszyć.

Sprawić, żebyś czuł się mały i samotny.

Żebyś czuł, że twój umysł nie należy już do ciebie.

Można by odnieść wrażenie, że Morrissey regularnie włamywał się przez ostatnie lata do pokoi wszystkich nastoletnich wokalistów punkowych na Ziemi, a potem w zapale wertował ich notatniczki ze szkicami tekstów piosenek. Nie chodzi jednak nawet o głębię refrenicznej myśli. Jeśli połączymy zwrotkę zachęcającą do pozostania w pieleszach i refren namawiający do unikania kanałów informacyjnych, załapiemy już, w czym rzecz. Jedyną receptę na koszmar współczesności stanowi emigracja wewnętrzna, wycofanie, kapitulacja. Well done, Moz.

„No i co z tego?” – zapytają chłopczyk i dziewczynka w koszulkach z okładką The Queen Is Dead. „Przecież zawsze taki był!” Taki, to jest: wycofany i niechętny wobec świata zewnętrznego, a zarazem prowokacyjny i arogancki. Deklaratywnie aseksualny i apolityczny (pomijając regularne ataki na Windsorów). Przez trzydzieści parę lat nieco zmienił się jednak kontekst. Gdy dwudziestoparoletni Stephen Patrick Morrissey, bezrobotny marzący o karierze gwiazdy pop, pisał słowa: Nigdy nie miałem pracy, bo jestem zbyt wstydliwy (…). Nigdy nie miałem pracy, bo nie chciałem jej mieć, znaczyło to prawdopodobnie coś innego niż dziś, gdy pławi się we względnym luksusie w swojej kalifornijskiej willi.

Nieco inny wydźwięk mają też w aktualnej sytuacji słowa zachęcające do wycofania, rzucenia pracy i machnięcia na wszystko ręką. Podawane przez sytego, bogatego i – co by nie mówić – utalentowanego Brytyjczyka pachną zwykłym humbugiem. Niektórzy artyści jednak na tyle zaprzyjaźniają się ze swoim emploi, że umyka im moment, w którym cień Piotrusia Pana gubi się gdzieś w pokoju i za nic nie da się go przyszyć.

Błyskotliwym tezom ze Spend the Day in Bed towarzyszy co gorsza również parapublicystyczna działalność Mozzy. W tym lekkomyślne wypowiedzi na temat przyjezdnych, zgarniające do jednego wora terroryzm i imigrantów zarobkowych. Dodajmy: robi to w momencie, gdy na naszych oczach ścierają się rozmaite fronty i narracje, z czego jeden z nich, ten o określonym kolorze (jest taki niedźwiedź, który ma go w nazwie), zyskuje coraz bardziej dogodny grunt.

Ogólnie: pozdrowienia dla Nigela Farage’a, choć nasz artysta do żadnej konkretnej opcji politycznej i ideologii (poza radykalnym antymonarchizmem) się nie przyzna. Wszak stoi z boku, uprawia swój ogródek, chce zawsze być obcy i własny. Drażni go po prostu poprawność polityczna, która tak ciemięży artystów i godzi w ich wolność. Chętnie wchodzi w rolę tego, który rzuci parę niewygodnych zdań. Prawda i tak leży przecież pośrodku, nieprawdaż?

A skoro o niechęci do poprawności politycznej i groteskowej minoderii mowa: przypomina mi się wywiad, który przeprowadził w zeszłym roku z Marcinem Świetlickim dla Wirtualnej Polski Grzegorz Wysocki. Autor Zimnych krajów, z pewnością siebie godną nastoletnich libertarian występujących w programie Młodzież kontra, co i rusz rzucał wówczas śmiałymi i (he, he) niegrzecznymi tezami na temat stronnictw politycznych, dotowania literatury przez państwo (co bardzo bawi w wypadku poety będącego – słusznie – beneficjentem tegoż) i bycia „niewygodnym”.

Pojawiło się też osobiste credo: (…) jak widzę kogoś poprawnego politycznie, to mnie tak korci, oj, korci, żeby zaszeptać, wysyczeć coś bardzo niepoprawnego… Były też rojenia dotyczące jakiejś panoptykalnej policji poprawności politycznej, która rzekomo czeka na niepokornego artystę na każdym kroku.

Świetlicki dał wówczas jasno do zrozumienia, że nie do końca załapał, iż ta mityczna „poprawność polityczna” nie polega wcale na kneblowaniu ust podstarzałym zawadiakom. Jest formą kompensacji, niwelowania strat i naprawiania krzywd dokonanych na słabszych, mniejszych, wykluczanych. Poeta nie zauważył, że poza nim istnieje jakieś tam społeczeństwo ze swoimi problemami i niedostatkami.

Woli skupić się na co bardziej radykalnych przedstawicielach różnych opcji politycznych i na tej to kanwie wysnuwać wnioski na temat rzekomego zaczadzenia ideologią. Staje z szelmowską miną na środku piaskownicy, robi siusiu na zbudowany wcześniej zamek i mówi: ot, całe moje zadanie. (Poza tym, naprawdę: mnie też nie przekonuje Jaś Kapela, ale nie planuję z tego powodu uciec z kraju lub na złość mamie wstąpić do Ku Klux Klanu). Tyle tylko, że ten konsekwentnie pielęgnowany prawdopośrodkizm zawsze gra na melodię tej z opcji światopoglądowej, która ma grubsze kontury i jest łatwiejsza do wyrażenia – sami sobie odpowiedzcie, o której opcji mowa.

Wygląda więc na to, że obaj ci niemający ze sobą wiele wspólnego (choć wywodzący się obaj z nowofalowo-postpunkowych kręgów kontrkultury) artyści wpadli w tę samą pułapkę. Ukochali sobie romantyczny wzorzec poety w jego najbardziej zbanalizowanej formie. Być zawsze poza zasięgiem, w kontrze, nie dając odbiorcy nic w zamian poza swoimi indywidualnymi lękami, uprzedzeniami i wsobnością. Być wyspą – w obu wypadkach: wyspą luksusową, na której nie brakuje niczego, ale i na którą nikt nie ma wstępu.

Wystarczy jednak, że poziom wody dostatecznie się podniesie i już umyka naszej uwadze, że istnieją jeszcze inne wysepki oraz całe archipelagi, na których nie jest już niestety tak sympatycznie. Łóżko, w którym chcą przesiedzieć życie Morrissey i Świetlicki, może natomiast łatwo zmienić się w nieprzyjemny barłóg.

*

PS Jest taki wiersz Gałczyńskiego pod tytułem Nieporozumienia. Idzie to tak:

Jedni mówią: – On jest nasz!

Drudzy mówią: – On jest nasz!

A ja jestem tylko twój, jedyna.

I dalej:

(…) a ja wolę, po wypłacie, z tobą iść do kina.

Jednych mi i drugich żal,

na film Leni Riefenstahl

ileż milej niż do czyśćca lub do piekła!

Tak tylko mówię.

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.