• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 05.03.2018
[Krótko] Bob Dylan kontra Dylan.pl
Artykuły | 05.03.2018

[Krótko] Bob Dylan kontra Dylan.pl

Wszelkie kuluarowo-kawiarniane dyskusje dotyczące tego, czy Bob Dylan powinien był zostać, decyzją komisji Noblowskiej, wpuszczony do warownego zamku o nazwie „wielka literatura”, wydają się dziś historią. A skoro emocje opadły, to najwyższa pora… wrócić do tematu.

Mimo powyższej deklaracji, nie chciałbym wikłać się w jałowe dywagacje o słuszności wspomnianej decyzji i o tym, jakie warunki należy spełnić, aby zostać uznanym(-ą) za wielkiego pisarza/pisarkę. Powtórzę tylko (za co uprzejmie przepraszam), że moim zdaniem Dylan w swoich piosenkach od samego początku pisze jedną wielką „Great American Novel”, a Kerouaca wraz z jego W drodze zjada na śniadanie. Można się tym pisarstwem zachwycać lub nie, nie sposób jednak nie zauważyć, że większość głosów sprzeciwu wynikała z elitarystycznego nastawienia, które każe o facecie z harmonijką myśleć jako o kimś podrzędnym wobec Maria Vargasa Llosy.

Nie sposób też nie zauważyć, że Dylan był w ostatnich miesiącach na polskim gruncie obecny literacko. W styczniu nakładem Biura Literackiego ukazał się przekład Tarantuli, która w oficjalnym obiegu pojawiła się po raz pierwszy trzydzieści siedem lat temu. Brawa należą się Filipowi Łobodzińskiemu, który wykonał kawał translatorskiej roboty. Dylanowski poemat, inspirowany zarówno twórczością Joyce’a, jak i eksperymentami surrealistów czy Sezonem w piekle Rimbauda, naszpikowany grami słów i odwołaniami do amerykańskiej popkultury, doskonale „siedzi” w polszczyźnie. Nawet pobieżna lektura oryginału upewnia w przekonaniu, że w wypadku polskiego przekładu mamy do czynienia z kongenialnością, co się zowie. Idzie to na przykład tak:

Marcellus, który w chwili ataku szaleństwa ubrany był w khaki, momentalnie wytoczył proces bękartowi należącemu do kogoś innego – Josie mówiła, że na rozprawę wszyscy przyszli ze świstułkami… Tom Tom sprowokował Melodiusa do nienawiści, po czym wyskoczył przez okno – wszyscy jesteśmy podobni & układamy porządnie skorpiony w naszych wnętrzach (…) zimą czarnolicy muzykant oznajmia, że jest z Dwóch Kobiet – wolny czas spędza na próbach obrania księżyca & zjawił się tu po odbiór swojego znaczka za osiem centów – dilerka Marguerita, wtaczając wózek pełen Czwartków uliczką Damaena i drąc się „ostrygi & draby”, zabija go, bo stanął na drodze jej apetytowi… niewiele jest nagród na Wyspie Chemicznej – dziewczynki ukrywają perfumy w krewetkach & nie ma tam olbrzymów (…)

Łobodziński udowadnia polskim czytelnikom, że Dylan-pisarz to zawodnik wagi ciężkiej, który w okresie bitnikowskiej gorączki śmiało mógłby siłować się z samym Allenem Ginsbergiem z okolic Skowytu. Wszyscy, którzy – aby przyznać komuś zaszczytne miano pisarza – potrzebują woluminu z numerem ISBN, a nie jakiejś tam książeczki z tekstami dołączonej do płyty, mogą spokojnie odetchnąć. Co prawda Tarantula nie jest transparentną stylistycznie powieścią o sprawach wzniosłych i uniwersalnych, więc gdzie jej tam do Nobla, ale zawsze coś. Można by więc zaryzykować stwierdzenie, że Filip Łobodziński pomógł Dylanowi pod względem wizerunkowym.

Jednocześnie jest też dokładnie przeciwnie. Tłumacz i dziennikarz stoi na czele projektu muzyczno-literackiego Dylan.pl. Głównym założeniem całego przedsięwzięcia jest reinterpretacja twórczości Dylana przy użyciu polskojęzycznych tekstów (znajdziemy je również w wydanym około rok temu zbiorze Duszny kraj). Amerykanin bowiem do dziś nie został zdaniem Łobodzińskiego przez naszą publiczność skonsumowany – inaczej niż, dajmy na to, Cohen, który miał swojego ambasadora w postaci Macieja Zembatego. Zaskakujące jest to, że ta sama osoba, która wykazała się tak doskonałym wyczuciem Dylanowskiej poetyki, w nieco innych okolicznościach umacnia „gębę”, jaką ma w naszym kraju autor Freewheelin’.

Może chodzi o tembr głosu Łobodzińskiego i zbyt silne skojarzenie z jego macierzystym Zespołem Reprezentacyjnym. A może o nie do końca zrozumiałe decyzje aranżacyjne, takie jak zmiana harmonii wieńczącej refren utworu Czasy nadchodzą nowe (cover słynnego The Times They Are a Changin’), co odbiera smak życia. Twórczość Dylana to raczej nocleg w wagonie rozpędzonego pociągu towarowego niż przedłużająca się dyskusja w krakowskiej kawiarni, podczas której znudzeni interlokutorzy zaczynają z braku lepszego zajęcia bawić się zapałkami. Tymczasem Dylan w tej interpretacji traci swoją niewymuszoną szorstkość, wpada w koleiny inteligenckiej poezji śpiewanej, czego najlepszym dowodem jest Tęskny jazz o podziemiu (patrz: Subterranean Homesick Blues) wykonany razem z Pablopavo.

No właśnie: zamiast bluesa mamy jazz, ale ten rozwodniony – jak z empikowej składanki. Trudno odmówić Łobodzińskiemu tekściarskiej zręczności, ale jego piosenkowy Dylan po prostu nie działa.

Sytuacja, w której tłumacz równolegle oddaje drugiemu artyście imponujący hołd oraz robi mu niedźwiedzią przysługę na innym polu, wydaje się bezprecedensowa. Może wyjdę na „szowinistę” podobnego do tych, których oburzył literacki Nobel przyznany muzykowi, powiem jednak: czytajcie Dylana (w przekładzie). I słuchajcie (w oryginale).

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.