krododyle_lzy_i_radosci_s
RECENZJE | 10.11.2014

Krokodyle łzy i radości (L. Maurer „Miller & Pynchon”)

Czytanie komiksów ze stajni Centrali od dłuższego czasu sprawia mi pewien kłopot – jak dotąd nie trafiłem na kiepski tom. Może to zadziwiająco dobra passa, może unikam nieudanych wydawnictw lub jestem wyposzczony po latach rozczarowań rozpaczliwym chwytaniem za wszystko, co nie było banalną rozrywką lub wydumanym eksperymentem formalnym. Nieważne. Dopóki utrzymują markę, można brać w ciemno.

Miller & Pynchon to surrealistyczna historia pióra (i piórka) austriackiego rysownika Leopolda Maurera. Na pierwszy rzut oka to nic ciekawego. Ot, jeszcze jeden wariant bajkowej opowieści, której realizacją jest choćby rodzima seria Fido i Mel Śledzia. Ale tę formułę Austriakowi udało się zrealizować w sposób o wiele bardziej atrakcyjny. Dwóch mierniczych, astronom i „pracownik cywilny” realizują równie abstrakcyjne co podejrzane zlecenie – wytyczają demarkacyjną linię pomiędzy południem i północą. Tak się zapamiętują w praktyce „szkiełka i oka”, że postanawiają wyznaczyć punkt kulminacji Wenus, by na jego podstawie wymierzyć odległość od Ziemi do Słońca. W międzyczasie przeżywają wiele przygód natury erotycznej (kochliwy ekskleryk Miller), metafizycznej (oddany pracy, na wpół oszalały z nieszczęścia Pynchon, któremu przy rozmaitych okazjach ukazuje się nieżyjąca żona) lub egzystencjalnej (obaj). Spotykają po drodze galerię barwnych postaci, z których na pierwszy plan wybija się (nie tylko na tle innych zauropsydów) ich współtowarzysz Hoffman – zbiegły krokodyl kanałowy o niezwykłych umiejętnościach krasomówczych, przywódca Związku Zawodowego Najświętszej Marii Panny od Drewna. Są też dwie bezimienne trzpiotki, blondynka i brunetka, które choć sprawiają nieco kłopotów i narażają mierniczych na nieobyczajność, okazują się pomocne w trudnym momencie, a jedna z nich odgrywa także istotną rolę w epilogu.

W tego rodzaju opowieściach wszystko zależy od scenariusza. Śledziowi zależało na szybkim, absurdalnym dowcipie i wyrazistych, choć dość grubo ciosanych bohaterach. Maurer postawił na psychologię, budowę relacji pomiędzy skomplikowanymi, trochę poobijanymi życiowo osobami dramatu. Bo choć Miller & Pynchon sprawia przyjemność dzięki warstwie cienkiego humoru, to jednak nie sposób nie zwrócić uwagi na niezbyt radosną diagnozę ludzkiej (zwłaszcza męskiej) kondycji, która przebija z kart tego komiksu. Miller jest nie tylko niedoszłym księdzem, ale i wilkołakiem. W czasie pomiarów odnajduje go kobieta, z którą przed piętnastu laty począł syna. Chłopiec odziedziczył po nim lykantropię. Na nieszczęście, zmienia się w wilkołaka za dnia, odwrotnie niż ojciec. Jedyną formą kontaktu i budowania więzi okazuje się więc wspólne wycie do księżyca. Gdy przyjrzeć się przygodom bohaterów, komiks Maurera okazuje się opowieścią o męskim dorastaniu, o ranach i nieprzyjemnościach, które są nieodłączną częścią życia, o dojrzewaniu i godzeniu się z własnym losem. To wątki znane z amerykańskich powieści drogi i brytyjskiej lad lit. W austriackiej wersji zawierają mniej męskiej ckliwości (tak, ona istnieje! dowodem popularność stylu AOR), a więcej lekkości w środkowoeuropejskim, haškowskim sosie.

Wiele dobrego dał tej historii oszczędny styl rysunków. Warstwa wizualna nie przeszkadza opowieści, nastroje, konflikty i wydarzenia ukazano za pomocą prostych środków, pozwalając czytelnikowi na swobodną grę wyobraźni. To rodzaj elegancji, który trudno spotkać wśród współczesnych wytworów popkultury.

Centrala jak dotąd nie sprawiła mi czytelniczego zawodu. Jestem wdzięczny, że pozostawili choć kilka niedoskonałości językowych w tłumaczeniu, bym miał co wytknąć. Niniejszym spełniam obowiązek i uroczyście przyczepiam się do urody sformułowań typu mamy ściśle zabronione, które padają w kilku pierwszych rozdziałach. Dobrze skrojone dialogi, które w polskim tłumaczeniu oddają urok oryginału, obyłyby się bez tych niewielkich zakłóceń, choć łatwo puścić je mimo uszu, a i w ustach służbisty Pynchona brzmią dość wiarygodnie.

Gdyby przyszło mi publikować noty o książkach w lajfstajlowych magazynach dla mężczyzn, napisałbym: to książka dla ciebie, kumplu-druhu. Nieważne, czy leczysz wewnętrzną pustkę poprzez mierzenie wszystkiego, co popadnie, zatruwasz się obsesją po stracie i zatracasz w pracy. Przeczytaj, nawet jeśli masz widoki na objęcie urzędu prezydenta krokodyli kanałowych. Pisząc do Popmoderny, mam trudniejsze zadanie – muszę znaleźć więcej walorów w tej lekkiej, choć partiami przygnębiającej lekturze. W szerszej perspektywie przygody dwóch mężczyzn okazują się przypowieścią o tym, że niektórych rzeczy nie da się przełożyć na wykresy, jak napisano w blurbie. Sensu egzystencji nie wyznacza poświęcenie się wielkiej misji ani zatapianie w rozkoszy, ale zdolność do wchodzenia w porozumienie ze światem i przyjmowania wyroków losu. Brzmi banalnie, ale do tego wniosku dochodzi się na bazie przyjemnego materiału.

Trudno też zmierzyć i skatalogować przyjemność wynikającą z lektury Millera & Pynchona. Warto dać się porwać tej słodko-gorzkiej, bezpretensjonalnej opowieści. Zalecam jednak, by uważać na ser.

 

Miller & Pynchon

Scenariusz i rysunki: Leopold Maurer

Tłum. Anna Biskupska

Centrala, 2014

Liczba stron: 172

Jan Bińczycki

Jan Bińczycki

(ur.1982) – doktorant na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek zespołu Korporacji Ha! Art. Publikuje, gdzie się da. Z zawodu bibliotekarka.