komancze
RECENZJE | 22.06.2015

Koszmar tryumfu i podboju na Wielkich Równinach (S.C. Gwynne „Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów”)

Historia Komanczów, potężnego ludu zamieszkującego Wielkie Równiny w Ameryce Północnej, ma wrzucić czytelnika (teraz także polskiego) w samo centrum wydarzeń. Jest początek XIX wieku, europejskie osadnictwo nabiera tempa i coraz dotkliwiej zmienia nie tylko krajobraz, ale także funkcjonowanie rdzennej ludności na tych terenach. Jest początek XIX wieku, lud Komanczów rośnie w siłę, opierając się w każdy możliwy sposób zmianom, które zadecydują o ich przyszłości. Jest początek XIX wieku, nikt nie ma skrupułów.

Imperium księżyca w pełni przedstawia czas, w którym lud Komanczów z potężną siłą i zdeterminowaniem podjął walkę z osadnikami. Nie wszystkie spośród tych działań były chwalebne, znacznej części okrucieństw, których doświadczali ich przeciwnicy, można było pewnie uniknąć. Można było uniknąć – z europejskiej perspektywy. Z perspektywy rdzennej ludności skalpowanie, zabijanie noworodków na oczach matek, długotrwałe tortury, wykorzystywanie seksualne i każdego innego rodzaju mają inne znaczenie. Najazd Komanczów na fort Parkerów w 1836 roku jest wielkim i brzemiennym w skutki wydarzeniem – to od niego swoją opowieść zaczyna autor, to do niego powraca w całej swojej książce. Wynika to nie tylko z tego, że było to wydarzenie prezentujące butę i bezmyślność białych oraz brutalność i gwałtowność ich przeciwników. Przede wszystkim dlatego, że właśnie wtedy rozpoczyna się słynna historia Cynthii Ann – „białej squaw” – której uprowadzenie i późniejsza asymilacja szokowały osadników.

Przez wiele lat dziewczynki szukano na wszelkie sposoby, mając nadzieję, że uda się przywrócić ją – zdziesiątkowanej już – rodzinie. To, co się jednak wydarzyło, nie mieściło się w głowach żądnych władzy i ziemi białych. Kobieta została żoną Pety Nocony, wielkiego wodza Komanczów, urodziła trójkę dzieci i wiodła szczęśliwe życie, niczego nie pragnąc mniej niż powrotu do warunków, w których dorastała. Po wielu latach, kiedy osadnicy siłą przenieśli ją do swojej rzeczywistości, stała się żywą rozpaczą. Losy jej i jej syna – Quanaha Parkera, którego autor postrzega jako największego wodza w historii Komanczów – są właściwie ramą dla całej książki. Uprowadzenia, mordy i znęcanie się nad białymi jeńcami czy wręcz niewolniczkami Gwynne opisuje z pasją i upodobaniem, eksponując cielesny i fizjologiczny wymiar tych działań. Podobnie, choć oczywiście z większym dystansem i podejrzliwością niż biali osadnicy minionych wieków, czerpie ewidentnie przyjemność z wsadzania nosa czytelnika w wydzieliny, rany, rozcięte brzuchy i obcięte genitalia. Opowieści o tych wydarzeniach, a także szczególnych zwyczajach żywieniowych, wykorzystujących właściwie wszystkie części zwierząt, włączając w to krew, mleko z żołądka i tego typu, stanowią na pewno o barwności tej książki. Barwności, ale też dwuznaczności, ponieważ autor kreśli tym samym dość jednoznaczny obraz zwyczajów, gustów czy, jak pisze, „prymitywizmu” Komanczów. Przyznać trzeba bowiem, co podnosi też tłumacz (jego komentarze do tej książki są niezastąpione), że nie jest to opis niekontrowersyjny. Także w świetle innych źródeł i podań, które eksponują także społeczne i kulturowe rytuały Komanczów, nie postrzegając ich przede wszystkim jako lud walki, krwi, najazdu i przemocy. O Rachel Plummer, innej białej dziewczynie uprowadzonej przez Komanczów, Gwynne pisze w charakterystyczny dla siebie sposób: Pod innymi względami Rachel stała się w pełni Komanczką. Ubiór osadniczki zamieniła na noszone przez Indian kozłowe skóry, a także – choć sama o tym nie wspomina – bez wątpienia stała się brudna i zawszona, jak wszyscy Komancze, którzy nawet wśród Indian słynęli z braku higieny. Ścięła swoje długie, śliczne rude włosy. Uwielbiała bizonie mięso, zasmakowała też w mięsie piesków preriowych („tłuste i dobre”), bobrów („tylko ogon”) i niedźwiedzi („bardzo tłuste i pyszne jedzenie”).

Opowieść, którą snuje S.C. Gwynne, ma wiele z powieści przygodowej, ze znanych wielu czytelnikom z dzieciństwa książek o Dzikim Zachodzie, o Apaczach, o Siuksach, o rangerach, saloonach i wielkich – wypaczonych literacko – miłościach. Pocahontas nie ma jednak wiele wspólnego z tym, co dostaniemy w tej książce. Wbrew pozorom nie czekają na nas zaawansowane antropologiczne czy historyczne analizy, moc pytań, na które nie sposób odpowiedzieć. Gwynne proponuje apodyktycznie zaplanowaną opowieść, zafascynowaną literaturą, która trzyma w napięciu, nie szczędzi pełnokrwistych obrazów i nie zawraca sobie głowy etycznymi dylematami. Może to dziwić o tyle, że proponując kompleksowe przedstawienie Komanczów w XXI wieku, autor nie wytacza wielkich dział krytycznych, niejednokrotnie kusi się o sądy, które nawet przy wielkiej dobrej woli postrzegać trzeba jako kontrowersyjne, a zarazem właściwie nie stawia zbyt wielu nowych pytań. Efektem jest książka, która skupia się na przedstawieniu (czasem – wymienieniu) różnych zdarzeń z tego okresu z udziałem Komanczów, nie zaś na docieczeniu przyczyn, próbie zarysowania jakiejś szerszej perspektywy. To jednak nie musiałoby być problemem – rzeczywiście, znaczna część książki napisana jest bardzo efektownym, celowo porywającym językiem, dzięki czemu tekst wciąga w serce zdarzeń. Wspaniałe konie, waleczni Komancze, brutalni osadnicy, tony bizoniego mięsa to elementy krajobrazu, który kreśli Gwynne.

Nie sposób jednak śledzić emocjonujących wydarzeń i jednocześnie nie otwierać coraz szerzej oczu, kiedy czyta się niektóre zdania czy opinie autora. Jakieś sto lat temu może jeszcze udałoby się je przemycić bez wielkich kontrowersji wśród białych Europejczyków (choć i tu sądzę, że entuzjazm miałby swoje granice), ale teraz, nawet w kraju, który z najazdem na rdzenną ludność Ameryki nie miał wiele wspólnego, zdaje się to niedopuszczalne. Kiedy bowiem autor wprowadza do świata Komanczów i zestawia ich z osadnikami, pisze o brutalnym spotkaniu „[…] spadkobierców kultury Arystotelesa, świętego Pawła, Leonarda da Vinci, Lutra i Newtona z konnymi jeźdźcami, autochtonami z równin, doszło jakby w zakrzywionej czasoprzestrzeni, jakby ci pierwsi spoglądali tysiące lat wstecz na nieznające moralności, przedchrześcijańskie, barbarzyńskie wersje samych siebie. Ale na tym nie kończy, brnąc w porównanie do Celtów: Byli – podobnie jak Komancze – dzicy i odrażający, nosili długie włosy i wydawali okropny, przeszywający okrzyk wojenny. Świetnie jeździli konno, uwielbiali nade wszystko alkohol, a ze swoimi wrogami i jeńcami wyprawiali straszne rzeczy, na przykład ścinali im głowy, co budziło przerażenie cywilizowanych Greków i Rzymian.

Pomijając fakt, że naprawdę trudno sobie wyobrazić (znając choć trochę charakter tej, nazwijmy to, emigracji do Ameryki) zastępy osadników, którzy nic tylko rozczytują się w wielkich europejskich filozofach, dziedziczą kulturowe dziedzictwo, a dzieci swoje uczą o da Vincim i Newtonie, jeszcze zanim zaczną chodzić, tego rodzaju skrajnie kolonialne i rasistowskie sądy trudno pozostawić bez krytycznego komentarza. I owszem, wspaniałe historie i dzikie szarże, które opisuje autor, mogą uchodzić za świetną rozrywkę i atrakcję. Mogą, ale pozostaje pytanie, w jakim sosie jest to wszystko umoczone.

Nie oznacza to jednak, że otrzymujemy „białą” historię okrutnego podboju, niezmąconą głosami krytyki czy partiami skupionymi na perspektywie Komanczów. Niektóre interpretacje czy komentarze mogą budzić wątpliwość, ale bez wahania można powiedzieć, że materiały źródłowe dobrane przez autora są znakomite, fascynujące i budzące apetyt na dalsze poszukiwania. Tak jest z pamiętnikami osadników i osadniczek, które Gwynne cytuje, z listami czy raportami, na które się powołuje. Największe wrażenie robią przede wszystkim wypowiedzi oraz mowy Komanczów i przedstawicieli innych ludów, które zajmują sporo miejsca w Imperium księżyca w pełni. Jedna z nich ma szczególny charakter. Dziesięć Niedźwiedzi, wódz Yamparików, w swojej ważnej przemowie mówił o bitwie 1864 roku: […] Dwa lata temu przybyłem tu, idąc śladem bizonów, żeby moje żony i dzieci miały pulchne policzki i ciepłe ciała. Lecz żołnierze zaczęli do nas strzelać. […] Tak było nad Canadian River. Nie tylko ten jeden raz zmuszono nas do płaczu. Ubrani na niebiesko żołnierze i Indianie Ute nadeszli w nocy […] i rozpalili ogniska z naszych domów. Zamiast polować na zwierzęta, wybili mych wojowników, a ci, którzy ocaleli, obcięli swoje włosy na znak żałoby. Tak było w Teksasie. Z ich powodu żal wszedł do naszych obozów, a my wybiegaliśmy z namiotów podobni do bizonów, których samice zostały zaatakowane. Gdy znaleźliśmy tych, którzy na nas napadli, pozabijaliśmy ich, a skalpy ich wiszą w naszych namiotach. Komancze nie są słabi ani ślepi jak siedmiodniowe szczenięta psów. Są silni i dalekowzroczni jak dorosłe konie. Wzięliśmy przykład z naszych wrogów: poszliśmy tą samą drogą. Teraz to białe kobiety płakały, a nasze się śmiały.

Radykalna i brutalna obrona oraz zwrotny atak, jakiego dokonali Komancze w efekcie pojawienia się białych na ich terenie, budzą opór. Nie da się bowiem skutecznie dowodzić, że jakiekolwiek pojawienie się nowego osadnika na kontynencie może być usprawiedliwieniem dla każdego działania i każdej przemocy. To kwestia podstawowa, ale nie znajdująca dotąd skutecznego i jednoznacznego rozliczenia. Podobnie sytuacja wygląda, jeżeli postawimy pytanie o oczekiwania – europejscy osadnicy, zmierzający od pewnego momentu, także pod wodzą rangerów, do eksterminacji rdzennej ludności, nigdy nie chcieli zająć skromnego kawałka amerykańskiej ziemi. Działania, które podejmowali, miały prosty i bezwzględny cel – zająć kontynent. Zająć kontynent i we władczym geście pozwolić rozmaitym ludom i plemionom zająć upokarzająco niewielkie tereny rezerwatów, zmienić ich tryb życia i przemienić w „miłego Indianina”. Dławienie rdzennej ludności i działania odwetowe, przybierające wielokrotnie – po obu stronach – bardzo radykalny kształt, skłaniają do postawienia dziesiątek pytań, na które trudno znaleźć nawet nie ostateczne, ale choćby satysfakcjonujące odpowiedzi. O prawo do ziemi, o prawo do życia, o wolność, o przemoc i język, o gotowość człowieka na wspólnotę, a wreszcie o literaturę o ambicjach historycznych. I o to, czy w przypadku opowieści o innych społecznościach i skrajnie innych kulturach biały człowiek na pewno jest najlepszym narratorem.

 

S.C. Gwynne

Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

Tłum. Bartosz Hlebowicz

Wydawnictwo Czarne, 2015

Liczba stron: 512

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.