VARGA
RECENZJE | 20.04.2015

Koszmar o Warszawie (Krzysztof Varga „Masakra”)

Masakra Krzysztofa Vargi to powieść o pokoleniu współczesnych czterdziestolatków i pięćdziesięciolatków, którzy w czasach transformacji ustrojowej robili karierę. I tak jak lata dziewięćdziesiąte w wizji pisarza są okresem prosperity i szansy dla muzyków, tak XXI wiek – z chomikowaniem, uploadowaniem i wszechobecnym piractwem (vel wolną kulturą) – jawi się jako ekonomiczne piekło dla artystów. Stąd w powieści sporo żółci wylanej na współczesne życie kulturalne i polityczne, a także gorycz głównego bohatera, który cierpi na chroniczne poczucie bezcelowości życia.

Fabułę najnowszej powieści Vargi można streścić w kilku zdaniach. Emerytowana gwiazda punka, Stefan, budzi się w swoim mieszkaniu po kilku dniach picia. Bez portfela, bez telefonu. Dom jest pusty, żona i dzieci zniknęły. Zwalczywszy najbardziej sromotne objawy kaca, muzyk wyrusza na miasto w poszukiwaniu bliskich. Klucząc po Warszawie, spotyka kolejnych znajomych, z którymi ponownie upija się i prowadzi długie dysputy, niepostrzeżenie pogrążając się w kolejnym alkoholowym ciągu.

Pijaństwo jako temat literacki było przez dekady intensywnie eksploatowane. Nie można powiedzieć, że jest to zagadnienie wyczerpane i nic już nie zostało do dodania w kwestii alkoholizmu, jednak ogromna ilość utworów poruszających ten problem sprawia, że ciężko o jakąkolwiek oryginalność. Owszem, opisy Vargi – głównie dzięki swojej nachalnej obrzydliwości i czarnemu humorowi – świetnie oddają stan, w jakim znajduje się główny bohater, ale z drugiej strony nie jest to nic, co w innych lekturach wcześniej by się nie pojawiło. Bo też nie o nowatorstwo tematu tu chodzi. Ciąg alkoholowy Stefana nadaje fabule spójność, ale obok picia i egzystencjalnych rozterek głównego bohatera funkcjonują w powieści inne problemy, które autor podaje czytelnikowi pod rozwagę. Są to: dzisiejsza Warszawa oraz komunikacja we współczesnej Polsce.

Warszawa to przestrzeń nijaka, pozbawiona szczególnych cech i nieszczera. Jej największą umiejętnością jest sztuka mimikry – udaje prawdziwą europejską stolicę, atrakcyjne miejsce do inwestowania, wymarzone i doskonałe centrum kultury, sportu, epicentrum nowych możliwości, a zarazem miasto nieugięte, bohaterskie, dumne i szlachetne. Stefan dostrzega blichtr i fałsz tego miasta. Pod fasadą komercji kryje się licha treść, a za usilnymi dążeniami do uczynienia z Warszawy środkowoeuropejskiej metropolii stoją polskie kompleksy. Spełnił się sen Żeromskiego o szklanych domach, okazuje się jednak, że w ścianach wielkich biurowców tym łatwiej jest dostrzec własną słabość. Stolicy, a także mieszkającym w niej ludziom, brakuje autentyczności. Wszystko jest tu projekcją mód, wynikiem fluktuacji trendów. To miasto nowoczesne, które nowoczesnością upiło się do nieprzytomności i teraz ma kaca.

Jest jeszcze inny powód, dla którego Warszawa okazuje się dla Stefana najbardziej wkurwiającym miastem na świecie. To historia. A raczej jej nadmiar. Nieuporządkowane dzieje, nieprzepracowane traumy, bloki postawione na grobach. Warszawa nie jest – by użyć tej wyświechtanej metafory – palimpsestem, ale śmietnikiem historycznym. Pełno tu nieposegregowanych odpadów przeszłości, śladów, które zostawili jej mieszkańcy i imigranci, obrońcy i agresorzy. Chodząc po jej ulicach, bohater ma wrażenie stąpania po trupach. Dzieje Warszawy są poszatkowane, a z elementów, które ciążą nad tą przestrzenią, nie ułożono żadnej spójnej narracji. Co więcej, taka opowieść spajająca dzieje miasta, a więc i oswajająca je za pomocą języka, jest niemożliwa:

Jak dobrze byłoby zapomnieć te daty, te lata, te rocznice, wszystkie te straszliwe zestawienia cyfr oznaczających wojny, powstania, katastrofy, układających się w krwawy, mięsny, kościany i ściegienny kalendarz, który cuchnie rozkładającymi się zwłokami, myślał Stefan, próbując – któryż to już raz w życiu – uporządkować chaos wspomnień, przypisać daty do wydarzeń, imiona i nazwiska ludzi do ich twarzy. Sklasyfikować, skatalogować, ułożyć jak w klaserze całą przeszłość w chronologicznym porządku – lecz wylewało mu się to wszystko jak owe wymiociny, którymi po przebudzeniu szafował bez umiaru.

Wymiociny są odrzuceniem nadmiaru, aktem obrony „ja” przed tym, co obce i czego nie da się zasymilować. Nie wszystko da się jednak odrzucić, z Warszawą (a w szerszym planie – z całą Polską) wiąże się pewien niemożliwy do przezwyciężenia determinizm, który kształtuje tożsamość, wpływa na los, nie pozwala na bycie obojętnym wobec zamieszkiwanej przestrzeni:

Historia gwałciła tu bowiem ludzi od urodzenia, molestowała od dziecka, historia w tym kraju uprawiała pedofilię, zostawiała po sobie całe zrujnowane pokolenia skrzywionych dzieci, które już jako dorośli wciąż nie mogły się pozbyć traumy, nieustannie drapały się po swędzącej skórze i zrywały strupy, by rany się nie zagoiły.

Osobisty stosunek do historii, pamięć, która nie jest wynikiem autopsji, ale jest zapośredniczona przez wyobraźnię napędzaną opowieściami poprzednich pokoleń – to wszystko wskazuje na Warszawę jako miejsce zdominowane przez postpamięć. Historia, której nie sposób ogarnąć, która wylewa się z miasta jak trunek ze źle zaszpuntowanej beczki to tytułowa masakra. Może dlatego jest to jedno ze słów używanych przez Polaków najczęściej?

Ale „masakra” może odnosić się również do innego zagadnienia, czyli komunikacji. W swojej powieści Varga poddał krytyce dialog społeczny. Zderzył różne typy myślenia, różne języki, wyjaskrawił ich przywary do skrajności, obnażył konwencjonalność i ograniczenia. W Polsce każdy czuje się lepszy, każde ugrupowanie sądzi, że ma rację, wszyscy mówią, ale nikt nie słucha. Światopoglądowy pluralizm – który przecież miał być elementem społeczeństwa demokratycznego – okazuje się dyktaturą hałasu. Celem rozmówców nie jest bowiem osiągnięcie zgody, ale udowodnienie swojej racji, a co za tym idzie – zdobycie uwagi i zaistnienie w mediach (ergo, jak zauważa złośliwie narrator, zaistnienie w ogóle). Życie społeczne trwa w klinczu, bo jego uczestnicy zamiast walczyć o coś, walczą o swoje prawo do uczestnictwa w tym życiu. Zamiast narzucać mu swoje zasady, dostosowują się do wymagań mody i aktualnie panującego dyskursu:

Grzechem największym stała się konsekwencja w działaniu i poglądach, nie ma nic nudniejszego w płynnym świecie niż konsekwencja, myślał Stefan. Konsekwencja wyrzuca cię na margines świata. Jeśli się nie zmieniasz w swych strojach i poglądach, to stoisz w miejscu, jeśli stoisz w miejscu, to się cofasz, a jeśli się cofasz, to umierasz poniekąd, gdyż tylko poprzez częste konwersje zatrzymać jeszcze jesteś w stanie uwagę świata, a przynajmniej uwagę tego miasta, przede wszystkim zaś uwagę placu Zbawiciela.

Dlatego Stefan został zapomniany. Ze swoim anachronicznym „image” rockmana zachował ten obraz siebie, który był najbliższy jego sercu. W konsekwencji stał się dinozaurem, o którym słyszy się tylko przy okazji jakiejś upokarzającej wpadki odnotowanej przez plotkarskie serwisy internetowe. Wpadł w alkoholizm, wypalił się twórczo, nie potrafi znaleźć celu w życiu i jest w tym wszystkim podobny do protagonisty Nagrobka z lastryko. Stefan cały czas przeskakuje od stanu czystości do stanu skrajnego upodlenia. Nie zna umiaru, obce są mu pojęcia wstrzemięźliwości i opanowania zarówno w przypadku pijaństwa, jak i w prowadzeniu zdrowego trybu życia. W swoich zmianach jest niezwykle konsekwentny. Gdy postanawia poświęcić się swojej rodzinie i nie tykać więcej alkoholu, przystępuje do działania równie łapczywie, co do kolejnej butelki. To neurotyk działający pod wpływem impulsów i pod tym względem nie różni się wiele od społeczeństwa, które wyśmiewa w wyżej przywołanym fragmencie.

Najnowsza powieść Vargi zakreśla kilka problemów współczesności, ale nie podaje żadnego rozwiązania. Satyra i humor – chwyty tak chętnie używane przez autora – nie są w stanie niczego naprawić, mogą ledwie posłużyć za szalupę ratunkową na morzu komunikacyjnych sztormów. Zresztą książce momentami bliżej do publicystki niż powieści – wędrówka pijanego Stefana po Warszawie zbyt często spełnia rolę podrzędną wobec licznych dygresji o felietonowym charakterze. Łatwo też zarzucić Masakrze przegadanie i pojawiającą się raz po raz monotonię, co prowadzi do zakwalifikowania jej jako książki nierównej, zabawnej i ciekawej, ale też fragmentami nudnej i dłużącej się. Można – ale nie trzeba – przeczytać.

 

 

Krzysztof Varga

Masakra

Wielka Litera, 2015

Liczba stron: 544

Paweł Micnas

Paweł Micnas

(ur. 1992) zamieszkały w Poznaniu flâneur, cyklista i student filologii polskiej oraz wschodoznawstwa na UAM. W wolnych chwilach czytuje akmeistów, marnotrawi czas na football, a także mierzy się z wszelką prozą, która wpadnie mu w ręce. Najchętniej wszystkie zimy spędzałby w Dubrovniku, a lata w Petersburgu