koniecmistrzostw
ARTYKUŁY | 02.07.2012

O coraz mniej futbolowym futbolu

Zaczyna się od nieporadnego kopnięcia piłki przez niemowlę. Potem piłkę – już coraz sprawniej – prowadzą więksi chłopcy. W pełnym biegu pokonują podwórka, place i ulice miast. Największe wrażenie robi scena dryblingu w wąskim zaułku. Nastolatek, perfekcyjnie balansując ciałem, omija kolejne przeszkody, zostawia za plecami zdezorientowanych pieszych. To już nie jest zwykły drybling – to taniec! Na koniec futbolówka ląduje w rękawicach Ikera Casillasa – gwiazdora Realu Madryt i reprezentacji Hiszpanii. Ukazuje się studyjne zdjęcie ustawionych w rządku samochodów. Logo znanego koncernu, promocyjna cena…

Jeśli komuś zdarzyło się obejrzeć mecz podczas turnieju Euro 2012, mógł natrafić na taki spot reklamowy. Odwołując się do mitu emancypacyjnego, wskazuje on na dwa źródła ogromnej na tle innych dyscyplin popularności piłki nożnej: 1. wywodzenie się z żywiołu społecznego, z klimatu brudnych podwórek i emigranckich przedmieść; 2. (łączącą się z punktem pierwszym) zdolność do opowiadania „pięknych” historii o bohaterach, którzy dzięki swojemu talentowi i ciężkiej pracy potrafili wspiąć się po szczeblach drabiny społecznej. Niestety, reklama ta uświadamia jeszcze jedną prawdę o futbolu: we współczesnym świecie ten pierwotny bunt został wprzężony w machinę kapitalizmu; to, co wydaje się instynktowne i spontaniczne – jest wyreżyserowane; emancypacja – odgrywana.  Co doprowadziło do takiego stanu? Co przeoczyliśmy?

Od karnawałowego żywiołu do pełnej kontroli

Sięgające XVIII-wiecznej Anglii początki nowoczesnego futbolu są zaskakujące. Pierwsze mecze piłkarskie, o ile w ogóle tak można je nazwać, rozgrywały się między całymi miasteczkami, dzielnicami – na placach i podmiejskich polach, niemal bez żadnych zasad. Liczba kontuzji odnoszonych podczas tego bezładnego przetaczania piłki z jednego końca klepiska na drugi była tak duża, że władze szybko zaczęły zakazywać tej praktyki, która miała być sposobem odreagowywania „efektów ubocznych” rewolucji przemysłowej – przymusowych migracji, bezrobocia, niepewności materialnej . Piłka nożna – w znaczeniu zbliżonym do współczesnego – powstała z inicjatywy środowiska uniwersyteckiego, które uregulowało tę plebejską proto-grę.

Wraz ze standaryzacją przepisów i powstaniem pierwszych zawodowych klubów dyscyplina nie przestała być domeną nizin społecznych. Kusząc perspektywą wyrwania się trybów zindustrializowanych i zmilitaryzowanych społeczeństw „ciężkiej nowoczesności”, rozkwitała w regionach przemysłowych. (Dziś trudno sobie wyobrazić, że jeszcze w latach 30. istniały na Śląsku kluby piłkarskie bez trenera, powstałe z oddolnej chęci gry, którym udawało się sięgnąć po mistrzostwo kraju.) Obiecując – jakże skromne póki co – korzyści, często wynikające z samej możliwości bezinteresownego kopania w piłkę, futbol szybko zakorzenił się także na peryferiach zachodniego świata, w robotniczych dzielnicach Ameryki Łacińskiej i na Bałkanach. Dla pierwszych adeptów piłkarskiego rzemiosła był jak obietnica nieprzewidywalnego – w świecie zdeterminowanym, z góry ustalonym. Dawał szansę na opowiedzenie swojego życia na nowo.

Jak ma się do tego współczesny futbol ze swoimi szkółkami-hodowlami piłkarzy, łowcami talentów, sztabami szkoleniowców i ekspertów, centrami badawczymi, statystykami i technologicznym panoptyzmem? Ze swoim dążeniem do maksymalizacji zysków poprzez maksymalizację kontroli? Czy jest w stanie zaoferować młodym zawodnikom nieprzewidywalną przygodę, czy raczej szczegółowy kontrakt? Kluby piłkarskie mają już niewiele wspólnego z dawnymi towarzystwami sportowymi, których wspomnienie czasami przebrzmiewa wyłącznie w ich nazwie. Tajemnicą poliszynela jest, że stały się firmami dążącymi do kumulacji kapitału poprzez kumulację piłkarskich talentów, które albo się „wyławia”, albo „hoduje”, albo czasami wręcz „tworzy”, jak w przypadku małego Leo Messiego, któremu wielka FC Barcelona zafundowała terapię hormonalną zapewniającą prawidłowy wzrost– wzruszający gest czy zwykła inwestycja?

Ta kontrola żywiołu gry przez kapitał musiała odbić się na samej grze, która stała się coraz bardziej przewidywalna. Od dobrych dwóch dekad w europejskim futbolu karty rozdaje elitarne grono klubów.  W sytuacji, kiedy poziom ich gry (i budżety) stają się coraz bardziej do siebie podobne, jedynie wynik ich starć jest nie do przewidzenia. Niestety, kosztem upodobniania się do przypadkowego wyniku rzutu kośćmi. Kibice chcą jednak wierzyć, że Real wygrywa z Barceloną, bo Ronaldo jest lepszy od Messiego, i na odwrót. Nie jest to zresztą jedyna rzecz, w którą chcą wierzyć.

Od lokalności do eksterytorialności

Kibice nadal – choć coraz rzadziej – bywają przywiązani do miejsc, w których mieszkają. Kapitał natomiast nie znosi granic terytorialnych, nie przepada za przestrzenią, którą musi wyłącznie pokonywać. Zdecydowanie lepiej wpływa na niego czas. Z kolei kapitał w futbolu zwyczajnie potrzebuje kibiców (konsumentów). I tu rodzi się problem – oczywiście problem z perspektywy tych, którzy na piłce chcą zarabiać.

Piłka nożna u swych początków była nierozerwalnie związana ze społecznościami lokalnymi, których swoistą reprezentację stanowić miała właśnie drużyna piłkarska. Odzwierciedleniem dawnych podziałów społecznych jest istnienie w wielu miastach więcej niż jednego klubu – „rojalistycznego” Espanyolu i „katalońskiego” FC w Barcelonie; „katolickiego” Celticu i „protestanckiego” Rangers w Glasgow; „prawicowego” AC i „lewicowego” Interu w Mediolanie. Dynamika konfliktu niegdyś dodawała smaczku ich rywalizacji – dziś wydaje się przede wszystkim przeszkodą na drodze do „swobodnego przepływu osób i usług”.

Kapitał omija przeszkody w postaci tego anachronicznego lokalizmu na dwa sposoby: omija ją,  udając przy tym, że tego nie robi albo omija ją jawnie. Strategia pierwsza – bardziej wymagająca, konieczna do zaaplikowania tam, gdzie środowisko kibicowskie przejawia silniejszą tożsamość lokalną, w ligach peryferyjnych takich jak polska polega na symulowaniu lokalności, na udawaniu, że to pieniądze służą klubowi, a nie na odwrót. Zgodnie z tą strategią nazwa sponsora pod żadnym pozorem nie może stać się nazwą klubu; szefowie drużyny powinni zatrudnić kilku piłkarzy „stąd” (żeby publiczność miała z kim się identyfikować); wskazane jest także, żeby nie kupować zawodników od „tradycyjnie” wrogich zespołów; z kolei sami piłkarze pod żadnym pozorem nie mogą dawać do zrozumienia, że grają przede wszystkim dla pieniędzy. Trzeba przy tym stwierdzić, że „środki” te coraz rzadziej muszą być stosowane. Wynika to z coraz mniejszego oporu środowiska wobec mechanizmów wolnorynkowych. Stawiają  go jedynie romantycy futbolu: bezgłośni kibice starej daty; ze wszech stron pacyfikowani kibole; i (to już całkowita rzadkość) młodzi, nieopierzeni jeszcze, piłkarze, tacy jak Patryk Małecki z Wisły Kraków, który oskarżał obcokrajowych kolegów z zespołu o to, że za mało serca wkładają w grę dla „Wisełki”. (Z tego co wiem, Małecki przymierza się obecnie do transferu do ligi tureckiej.)

Strategia druga polega na niemal całkowitym odcięciu drużyny od jej lokalnego podłoża, które zostaje zredukowane do paru klubowych symboli. Nawet one – nazwa, barwy, godło (które w nowych warunkach wypadałoby określać mianem logo) – powielane w nieskończoność przez media, zmieniają swój sens, stając się emblematami eksterytorialnych marek. Identyfikacja z nimi coraz częściej odbywa się na zasadach wolnorynkowego wyboru. Zamiast kibicować lokalnej, słabej drużynie, można oddać swój kibicowski głos na giganta pokroju Chelsea czy Realu. Swoisty fundamentalizm domagający się wierności „na dobre i na złe” przeocza albo nie chce dostrzec faktu, że ten rodzimy klub – chociaż mały i kulejący – jako firma sam przestał jej dotrzymywać, licząc raczej na zyski płynące z lojalności innych.

Kibicowanie w takich skomercjalizowanych warunkach coraz rzadziej wiąże się ze zdzieraniem gardła na trybunach – coraz częściej natomiast przejawia się w symbolicznych gestach: zakupie gadżetu, wykupieniu abonamentu telewizyjnego, pielgrzymce na stadion wybranej drużyny. Jakkolwiek silna byłaby pogarda ze strony wspomnianych romantyków futbolu wobec takiego „niedzielnego kibicowania”, nie zmieni to faktu, że kryje się za nim ogromny potencjał rynkowy. Świadomi są tego football-lordowie – zabiegający o promocję, dostosowujący do wymagań telewizji stadiony, które stają się naszpikowane kamerami i, co ciekawe, coraz mniejsze (czyżby możliwość oglądania meczu na ekranie przyćmiła perspektywę bezpośredniego uczestnictwa w widowisku?). Taka praktyka zdobywa piłkarskim markom zwolenników ponad granicami. Może i mało lojalnych zwolenników, ale dochodowych i pozwalających właścicielom klubów na zmienianie trenerów i piłkarzy zgodnie z własnym widzimisię. Ta zmienność na pewno nie ułatwia kibicom identyfikacji z zespołem, jednak w zamian oferuje sukcesy. Smak tych sukcesów nie wynika już, jak dawniej,  z radości z osiągnięć „naszych chłopców”, obywateli naszego polis, ale z tego, że nasz klub – albo, żeby być precyzyjnym, wybrany przez nas klub – stać na zakup gladiatorów, którzy dla nas walczą. Czy taki sukces może smakować długo? Czy może dawać satysfakcję hipotetyczne zwycięstwo nad drużyną X odniesione przez drużynę Y, która wcześniej wykupiła cały skład tej pierwszej?

Nadzieję na ratunek przed dyktatem rynku wydaje się przynosić futbol reprezentacyjny, w którym  pieniądze są mniejsze, a przeszkody na drodze ku ich wszechwładzy większe. Choć tutaj rzeczywiście zdecydowanie łatwiej o sukces – pojmowany minimalistycznie jako występ ponad miarę oczekiwań, a nie jako zwycięstwo w turnieju lub miejsce na podium – biedniejszej drużyny, to nie dajmy się zwieść pozorom. Pieniądze, wbrew oficjalnej retoryce organizacji piłkarskich, także w tym przypadku odgrywają ogromną, jeśli nie dominującą rolę. Nie mam tu nawet na myśli faktu, że takie wydarzenie jak mistrzostwa Europy to dla zawodników świetna okazja, żeby zaprezentować się w piłkarskim światku i wywalczyć jakiś lukratywny kontrakt. We współczesnej piłce, w której zdecydowanie ważniejsze od „serca do gry” jest zaplecze szkoleniowe i infrastrukturalne, kapitał przyczynia się także do wyłonienia zwycięzcy, nawet w rozgrywkach międzynarodowych. Czy przypadkiem jest, że granice świata odnoszącego sukcesy w futbolu zaczynają pokrywać się z granicami świata rozwiniętego gospodarczo, a największy postęp w piłkarskim przemyśle zrobiły w ostatnich latach te państwa, które było na to stać (USA, Japonia, Korea Płd.), albo te, które się na to wykosztowały (Turcja)? Sukces na międzynarodowej imprezie piłkarskiej stał się miernikiem potencjału gospodarczego państwa, formą promocyjnego gadżetu. „Serce do gry” Afrykańczyków jak na razie wystarczyło im na dojście do ćwierćfinału mistrzostw świata. Mimo to, kibice chcą jednak wierzyć, że to właśnie „serce”, „duch drużyny” decydują o zwycięstwie. Dlatego też wolą, żeby ich reprezentanci nosili na koszulkach godło narodowe, a nie logo związku piłkarskiego, choć to drugie może i byłoby bardziej adekwatne, jeśli wziąć pod uwagę to, kto w futbolu podejmuje decyzje, i kto na nim zarabia.

Piłkarz: od amatora do celebryty

W nowych warunkach musiał zmienić się sam piłkarz oraz jego pozycja i rola w społeczeństwie. Po okresie amatorskiego uprawiania dyscypliny, wraz z nastaniem zawodowego futbolu, piłkarz nie cieszył się od razu dobrodziejstwami, których doświadcza dzisiaj. Zarabiał mało, zostawał futbolistą nie dlatego, że była to oczywista droga do sławy (sukces dyscypliny jeszcze nie był wtedy przesądzony), ale dlatego, żeby „się wyrwać”, żeby nie musieć robić czegoś innego – harować w fabryce, służyć w wojsku, oddawać się przestępczości. Było w tej decyzji dużo ryzyka. Gdy okazywała się słuszna – musiał pokochać kopanie piłki ostatecznie. Jego sława (oczywiście mowa tu o najwybitniejszych zawodnikach) miała początkowo ograniczony – lokalny, ewentualnie narodowy – zasięg. Środki, przy pomocy których się rozprzestrzeniała, wydają się prymitywne w porównaniu z dzisiejszymi – radio, widowisko stadionowe, w mniejszym stopniu prasa. Zdecydowanie za mało, żeby stworzyć ikonę popkultury – wystarczająco, żeby ukuć legendę oddziałującą na wyobraźnię kibiców, z którymi wiązała go jeszcze silna emocjonalna więź. Niech za jej patologiczny przykład posłuży reakcja kibiców Brazylii na porażkę w finale mistrzostw świata w 1950 – dziesiątki z nich popełniło samobójstwo na stadionie lub przy radioodbiornikach. Daleki jestem tutaj od przedstawiania jakiegoś mitycznego, dziewiczego stanu dawnego futbolu, splamionego dopiero potem przez „zgniły kapitalizm”. Relacje między władzą a piłką nożną od samego początku wydawały się ambiwalentne. Już w samym zezwoleniu na organizację masowych wydarzeń sportowych ta pierwsza musiała mieć jakiś interes – mogło jej zależeć m.in. na skanalizowaniu tą drogą negatywnych nastrojów społecznych, na ugruntowaniu tożsamości narodowej. Pomimo tego instytucjonalnego podporządkowania, piłka nożna potrafiła dostarczyć masom narzędzia ekspresji, umożliwiła im mityczną w gruncie rzeczy narrację – o walecznych bohaterach, o mądrych trenerach i ich drużynach.

Niewątpliwą zmianę w społecznej sytuacji piłkarza przyniosła rewolucja telewizyjna przełomu lat 60. i 70. Na przestrzeni kilki lat najwybitniejsi zawodnicy stali się gwiazdami  popularnością dorównującymi muzykom rockowym. Nie wszyscy dobrze radzili sobie z szybko zdobytą sławą i bogactwem. Pierwsze dekady rozwoju przemysłu piłkarskiego obfitują w biografie niedostosowanych do nowych realiów bad boys (Best, Maradona, Cantona). Towarzyszyły temu skandale obyczajowe i niejasne deklaracje piłkarzy wyrażających swój „bunt” przeciwko komercjalizacji sportu, której, paradoksalnie, zawdzięczali sławę. Ich życiorysy, dodające nowego kolorytu opowieści o piłkarskich bohaterach, zostawały szybko podejmowane przez media i popkulturę.

Dzisiaj wzorzec bad boy’a znajduje się w odwrocie. Nieuchronnie musiał okazać się zbyt niewygodny, zbyt nieprzewidywalny dla władców piłkarskiego świata, a z drugiej strony nieopłacalny dla samych piłkarzy. Ekscesy i ekscesiki dzisiejszych futbolowych „czarnych owiec” zasługują co najwyżej na miejsce w tabloidzie – na salwę śmiechu i społeczną pogardę. Dziś każdy piłkarski adept zdaje sobie sprawę z tego, do czego aspiruje – sława i pieniądze go nie zaskoczą. Zamiast buntować się przeciwko podporządkowaniu futbolu mechanizmom rynkowym, dokładnie czyta umowę z klubem, która poprzez swoją skrupulatność także przyczynia się do ograniczenia dawnej nieprzewidywalności futbolu. Stamtąd dowiaduje  się, ile czasu ma spędzać przed kamerą, o czym powinien, a o czym nie powinien rozmawiać z dziennikarzami, jakich gestów nie może wykonywać, jakie ubrania ma nosić. Wymagania są co prawda szczegółowe, ale i korzyści kuszące: sława, bogactwo, samochody, piękne kobiety i dożywotnie miejsce VIP na wszystkich stadionach świata. Dlatego najlepiej, jeżeli będzie  się po prostu dobrze bawił swoją nową rolą: udzielaniem wywiadów, występami w telewizji, prowadzeniem konta na twitterze – oczywiście nie zapominając przy tym, jak dobrze kopać piłkę. Idealnym przykładem takiego piłkarza jest bramkarz Wojciech Szczęsny. W spotach promocyjnych swojego klubu często wciela się w rolę urwisa, trickstera. W jednym z nich widzimy go wykopującego piłkę prosto na dach samochodu trenera Arsene Wengera, na co możemy zareagować wyłącznie z jeszcze większą sympatią dla uroczego rozrabiaki i dla drużyny, którą reprezentuje. Nie zapominajmy jednak, że psoty Wojtka zostały wyreżyserowane. Nawet jeśli wydaje się autentyczny w swojej roli, to jest tak, ponieważ mimowolnie spełnia oczekiwania swoich szefów, którym zależy już nie tylko na sukcesach, ale także na atrakcyjnym wizerunku klubu

Na skutek rozwiniętego systemu regulacji, zakazów i nakazów dochodzi to samozwrotnego „efektu FIFA 2012”: piłkarz – poprzez swoją sterowność, poprzez pozbawienie tożsamości, której eksponowanie jest coraz bardziej ukrócane – zaczyna upodabniać się do swojego sztucznie wygenerowanego sobowtóra z gry komputerowej. Jego głównym zadaniem jest bycie cielistą powłoką wykonującą efektowne ruchy, zwielokrotnioną w tysiącach obrazów puszczonych na przyspieszeniu. Nie ma już mowy o legendzie, o narracji, którą można by nazwać mityczną. Ta staje się coraz bardziej migawkowa, rozpada się na kryształki trafiające do telewizyjnych spotów i na billboardy, lub na odpady lądujące w brukowcach i na portalach plotkarskich. Futbol współczesny – coraz bardziej eksterytorialny i zdepersonalizowany,  obostrzony zakazami, odcięty od swojego afektywnego podłoża i społecznych namiętności – staje się coraz mniej zdolny do opowiadania ciekawych historii. Być może dlatego, na zasadach freudowskiego zaprzeczenia, tak bardzo wielbi historię minioną – poprzez fetyszyzację statystyk, kult piłkarskich legend, muzea, pomniki. Czy coraz dokładniejsze spisywanie swoich coraz mniej dynamicznych dziejów wystarczy mu do podtrzymania iluzji ciągłości? Jeśli okaże się to daremne, pozostanie mu wiara w zmysłowy urok gry, który jest jednak zakładnikiem inwencji – na jak długo wystarczającej, nie wiadomo – „wirtuozów piłki nożnej”, jak mawiają komentatorzy pokroju Messiego, Pirlo czy Ibrahimovića.

Paweł Pijanowski

Paweł Pijanowski

(ur. 1987) – absolwent filologii polskiej i europeistyki, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Naukowo i pozanaukowo interesuje się tożsamościami Europy Środkowej i Bałkanów, pograniczem kulturowym i pisaniem o podróżach. Lubi włóczyć się po miastach i bezproduktywnie gapić się na google maps. Pracuje w Księgarni Młodej.