xx02
RECENZJE | 28.04.2014

Knausgård is coming (K.O. Knausgård „Moja walka”)

Pierwszy tom powieściowego cyklu Karla Ovego Knausgårda, którego oryginalny, norweski tytuł, Min Kamp, budzi jednoznaczne skojarzenia, rozszedł się w nakładzie niespełna 600 tysięcy egzemplarzy. W przypadku 5-milionowego kraju oznacza to wydawniczy sukces na rzadko spotykaną skalę. Statystycznie co dziesiąty Norweg kupił Moją walkę, której kolejne tomy ukazywały się w niesłabnącej atmosferze obyczajowego skandalu. Problemy, jakich autorowi przysporzyła publikacja powieści – przede wszystkim spięcia rodzinne: niektórzy krewni grozili sądowymi procesami, inni zrywali kontakt – wzmagały kontrowersje wokół niej i jednocześnie napędzały sprzedaż. Książka bardzo szybko stała się emblematem i zaistniała w przestrzeni społecznej jako istotny dla dyskusji o mentalności Norwegów fakt kulturowy.

Mamy zatem do czynienia z uwikłanym w mechanizmy rynkowe i świetnie się w nie wpisującym bestsellerem. Co więcej – powieść, tu i ówdzie z emfazą określana jako arcydzieło i przyrównywana do przedsięwzięcia na miarę cyklu Prousta, lansowana jest jako literatura z najwyższej półki. Wobec tych informacji trudno myśleć o Mojej walce jako o niewinnej historii autorstwa przewrażliwionego neurotyka, który nagle, ot tak, szczerą i neutralną opowieścią zawojował rynek. Tym bardziej, że wcześniejsze powieści Knausgårda były już w Norwegii nagradzane.

Sprawa dodatkowo komplikuje się w trakcie lektury tej powieści, która strona po stronie nabiera osobliwego rozpędu. Specyficzna narracja rozciąga jej finał na ostatnich dwieście stron w tak ożywczy i charakterystyczny sposób, że opatrzenie książki etykietką medialnego produktu byłoby uproszczeniem. Z drugiej strony mówić o Mojej walce w przekonujący sposób i nie redukować jej do poziomu sentymentalnego dziełka także nie jest łatwo.

Wątpliwości rodzi już sam temat, który stanowi idealne pole do popisu dla egotycznej i rozbuchanej grafomanii. Niewielu prozaikom udało się mówić o trudnej relacji ojciec–syn, nie uciekając przy tym w karkołomne mitologizacje i jałowe hiperbole. Już w samych próbach opisu zagadnienia jest coś nieprzystojnego. Stworzyć świeżą, dobrą literaturę na tym grząskim gruncie, nie popadając w nostalgiczne banały – taki cel prawdopodobnie przyświecał Knausgårdowi.

I mimo że pierwsza część powieści momentami balansuje na granicy pretensjonalności (np. w powtarzanym kilkakrotnie i traktowanym całkiem serio przekonaniu, że trudno bardziej zbliżyć się do duszy drugiego człowieka niż poprzez zapisaną w ludzkich oczach prawdę…), stawiałbym na nią bez wahania. Ta ambiwalencja prawdopodobnie bierze się z rosnących względem lektury oczekiwań. W naszej najnowszej literaturze podobnie jest z prozą Kobierskiego – krytycy wstrzymują oddech, zapewniają o zaufaniu do autora, doceniają warsztat i… czekają.

Poczucie niedosytu ustępuje wraz z częścią drugą, która – momentami silnie zdyskursywizowana i przeplatana partiami eseistycznymi – zdradza metaliteracką świadomość Knausgårda. I odtąd jest już tylko lepiej; opis przygotowań do pogrzebu ojca, będący praktyczną egzemplifikacją tej świadomości, to literatura pierwszego sortu.

W wywiadzie dla „Książek” autor pytany o paralele z W poszukiwaniu straconego czasu stwierdza, że jego cykl jest właściwie antyproustowski. Na płaszczyźnie językowej – jak najbardziej. Precyzyjny, chirurgiczny styl Knausgårda stoi na antypodach wielopoziomowych, zmetaforyzowanych konstrukcji. Łączy go natomiast z Proustem punkt dojścia i jest nim oczywiście literatura.

W jednym z eseizowanych fragmentów norweski prozaik, Karl Ove Knausgård, który zaszył się w suterenie w centrum Sztokholmu, nie może się przemóc i sklecić choćby kilku dobrych zdań. Przygotowuje więc kawę i z filiżanką w dłoni w mroźny poranek wychodzi z pracowni, siada na ławce i obserwuje miejską rutynę. Momentów, w których narracja, tak jak tutaj, jest mocno zapośredniczona, odnajdziemy w powieści jeszcze kilka. Knausgård, znajdujący się w swoim domu na południu Szwecji (od tego zaczyna wątek), rekonstruuje pobyt w Sztokholmie, gdzie miał dokończyć powieść. Odtwarza detale i umieszcza swojego protagonistę w konkretnej przestrzeni, przypisując mu sprecyzowane myśli i działania. Ta strategia zapośredniczenia, obserwowania przy pełnej świadomości bycia obserwowanym, jest jednym z kluczy do powieści.

W przywołanym passusie bohater nie wpada na pomysł na książkę, ale otaczającą przestrzeń ubiera w zgrabny myślowy esej i tłumaczy, dlaczego język dotychczasowej literatury pozwalał na ujmowanie świata tylko i wyłącznie sfingowanego. Ta krytyka, podparta Nietzschem, otwiera drogę nowemu konceptowi. Istota literatury zasadza się na rekonstrukcji konkretu rzeczywistości, ujętego w zdyscyplinowaną formę, prymarną względem stylu i tematu. Tylko w ten sposób możliwe jest zrozumienie, dotychczas jedynie fałszowane przez literaturę. Moja walka jawi się wówczas jako realizacja autorskich założeń, będąca próbą przełamania niemożności (nostalgia jest chorobą) reprezentowanej przez gros modernistycznej literatury.

Przy czym Knausgård zdaje sobie sprawę, że wpada w koleiny tak wykoncypowanego, modelowego projektu. Jest świadomy faktu, że rzeczywistość w jego powieści nie jest rejestrowana, ale konstruowana. Swoją metodę trafnie określa jako próbę zwalczania fikcji fikcją. Jednym ze sposobów dojścia do konkretu w Mojej walce – pomijając oczywiste pamięciowe luki i ich następstwa – jest odtwarzanie poszczególnych ruchów i gestów, które pozwalają na podglądanie i śledzenie protagonisty-autora (co w pewien sposób tłumaczyłoby także rynkowy sukces powieści). Niczym w popularnych przygodówkach, w zależności od przyjętej perspektywy, przyglądamy się działaniom Knausgårda zza jego pleców lub z nieco oddalonej pozycji. Przestrzeń – czy to własny pokój, czy kostnica – zazwyczaj opisywana jest jako pole manewru bohatera, rzadziej – jeśli dana jest w szerszym, „mapowym” rzucie – ogranicza ją jego wzrok.

Wątek sztokholmski ujęty jest w klamrę. Patronuje mu zdanie wypowiedziane na początku: Oglądałem życie, a myślałem o śmierci; kończy natomiast krzyk dobiegający z pobliskiego domu starców. Kilka akapitów dalej Knausgård tłumaczy, za co niekiedy zdarza mu się cenić sztuki wizualne (szczególnie autoportret Rembrandta, który ten namalował w ostatnim roku życia) i zbliża się do realizmu traumatycznego Fostera. Figurą, która sugerowałaby lacanowską interpretację powieści, jest postać ojca, którego śmierć, nawet w trakcie przygotowań do pogrzebu, wydaje się nie do pojęcia: Cholera, wrócił. Odwróciłem się i poszedłem do salonu, aż pod drzwi na taras, gotów wyjść, przebiec przez trawnik, uciec z tego miasta i nigdy więcej tu nie wrócić. Zmusiłem się, żeby stać w miejscu. Słyszałem, jak kroki skręcają, dochodząc do podestu, jeszcze ostatnie stopnie i będzie w salonie.

Dlatego też Moją walkę określiłbym jako literaturę metakrytyczną, a do wszystkiego, od czego już teraz, kilka dni po premierze, na temat powieści roi się w internecie, radziłbym podejść z dużą rezerwą. Zapewnienia recenzentów o skrajnym autobiografizmie (najradykalniejsza powieść autobiograficzna), poświęceniu wszystkiego w imię literatury czy przerażającej wizji rzeczywistości, jaka wyłania się z powieści, są mocno przesadzone.

Po pierwsze, to tylko literatura, o której ten sam ekshibicjonista, który ją stworzył, mówi wprost, że jest projektem utopijnym, wobec czego skazanym na porażkę. Po drugie, sławiony ekshibicjonizm, wokół którego napędza się machinę promocyjną, jeśli pytać o niego z perspektywy łamania społeczno-obyczajowych tabu, jest narzędziem krytyki mentalnego porządku Skandynawów. Dla nas ciekawsze będzie chyba to, na jakich zasadach od drugiej połowy XX wieku to myślenie się budowało. Po trzecie, …no właśnie.

Trzeba też oddać Knausgårdowi sprawiedliwość. Każdy z peanów na cześć Mojej walki – a do tej pory napisano ich w naszym języku już kilka – na swój sposób trafia w sedno. Że to proza o silnej, indywidualnej sygnaturze, która uwodzi chłodem i precyzją, to wszystko racja. Że stanowi asumpt do dyskusji nad rolą i znaczeniem autobiografizmu i realizmu w po- lub postnowoczesnej powieści, ok. Dodać można jeszcze wiele i jeśli tak sporządzona lista ma przekonać do zabrania się za pierwszorzędne studium o – akcentuję to bez cienia zażenowania – śmierci, nie mam nic przeciwko.

A, i plus dla autora za słuchanie 16 Horsepower.

 

Moja walka

Karl Ove Knausgård

Wydawnictwo Literackie, 2014

Liczba stron: 552