• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Nowości wydawnicze | 10.06.2019
Kevin Bales, „Jednorazowi ludzie. Nowe niewolnictwo w gospodarce światowej” (fragment)
Nowości wydawnicze | 10.06.2019

Kevin Bales, „Jednorazowi ludzie. Nowe niewolnictwo w gospodarce światowej” (fragment)

Fragment rozdziału IV:  Brazylia. Życie na krawędzi

Nowe niewolnictwo rozkwita tam, gdzie załamują się dawne zasady, dawne sposoby życia. Szeroko nagłaśniane w mediach niszczenie lasów deszczowych i reszty przyrody brazylijskiego interioru powoduje chaos, także w życiu ludzi mieszkających i pracujących na tych obszarach. Niewolnictwo w Brazylii wyrasta przede wszystkim z tego społecznego chaosu. Wyobraźmy sobie wielką powódź lub trzęsienie ziemi, które niszczy kanalizację i powoduje rozprzestrzenianie się chorób. Nawet w najbardziej nowoczesnych państwach, jeśli z przyczyn naturalnych lub w wyniku ludzkiego działania jakaś katastrofa zrujnuje miejski system dostarczania wody i odprowadzania ścieków, mogą wybuchnąć zabójcze choroby, takie jak dyzenteria lub cholera, dziesiątkujące ludność. W podobny sposób niszczenie środowiska i katastrofa gospodarcza prowadzą do upadku istniejącego społeczeństwa – a na ruinach rozpleni się zaraza niewolnictwa.

Zniszczenie jednak nigdy nie jest czymś stałym: żadne miejsce ani żaden lud nie osuwa się w chaos, by pozostać w takim stanie na zawsze. Zniszczenia spowodowane przez system gospodarczy rozlewają się po całej Brazylii niczym fala przypływu. Na jej drodze znajdują się sawanny obszaru cerrado czy amazońskie lasy deszczowe. Po jej przejściu pozostają plantacje eukaliptusów i nowe rancza z hodowlami bydła, obsadzone obcymi trawami, oczyszczone z rodzimych zwierząt, zaopatrujące miejskie rynki w mięso. Tam, gdzie znajduje się akurat sama fala, panuje zamęt. Przestrzeń pomiędzy starymi lasami a „cywilizacją” stanowi strefę walki, w której dawne zasady są już martwe, a nowe dopiero mają wejść w życie. Tam, gdzie wykorzeniony zostaje rdzenny ekosystem – a wraz z nim rdzenne ludy – wysiedleni robotnicy, a nawet bezrobotni z miast, stają się podatni na zniewolenie. Ludzie, których porwano i zmuszono do pracy przy niszczeniu lasów, żyją bez elektryczności, bieżącej wody czy komunikacji ze światem zewnętrznym. Poddani są całkowitej kontroli swoich panów. Niszczycielska fala niesie z sobą niewolnictwo. Ziemia, która rozciąga się przed nią, wciąż nadaje się do eksploatacji, ziemia za nią jest już pusta, a kiedy ziemia zostanie odarta z tego, czym była, niewolnicy zostaną porzuceni.

Zwykle, kiedy wyobrażamy sobie niszczenie środowiska, widzimy oczyma wyobraźni ogromne buldożery wycinające sobie drogę przez pierwotne lasy, miażdżące wszelkie życie stalowymi gąsienicami, wydzierające rośliny, pozostawiające nagą ziemię, którą następnie zalewa się betonem. W rzeczywistości tego typu proces jest znacznie bardziej podstępny. W wypadku Brazylii do niszczenia lasów zwykle zmusza się ludzi, którzy w lesie i z lasu żyją. Ręce niewolników wyrywają, drzewo po drzewie, życie z ich własnej ziemi, przygotowując ją na nowe rodzaje wyzysku. Niewolnictwo w Brazylii ma charakter tymczasowy, ponieważ tymczasowy jest również sam proces niszczenia środowiska: las można zniszczyć tylko raz, i nie zajmuje to zbyt wiele czasu.

Niekiedy las niszczy się po to, by wydobyć zeń coś cennego, czasami jednak jego destrukcja nie przynosi żadnej wartości. W Mato Grosso do Sul wydarzyło się jedno i drugie. Przed 25 laty, kiedy oczyszczano sawanny, by zrobić miejsce dla eukaliptusów, drewno po prostu zrzucano w wielkie stosy i palono. Dziś, gdy ostateczna fala zniszczenia przelewa się przez Mato Grosso, sawanny, a teraz także eukaliptusy, znów płoną – tym razem jednak zamienia się je na pieniądze. Z drewna wytwarza się węgiel drzewny, dokładnie taki, jakiego używamy w naszych grillach. Ten rodzaj węgla drzewnego okazuje się szczególny – produkowany jest ręcznie, przez niewolników. A jednak niczym szczególnym się nie wyróżnia – niewolnictwo w Brazylii ma przecież długą historię. […]

„Pierś z żelaza…”

Widzieliśmy już wcześniej, że korupcja władz i niewolnictwo idą ręka w rękę. W Brazylii towarzyszy im ponadto niszczenie środowiska naturalnego. Pojawienie się plantacji eukaliptusowych, wspomniane na początku niniejszego rozdziału, stanowiło element rozbudowanego planu unikania podatków, wypracowanego w latach siedemdziesiątych przez juntę i międzynarodowe firmy. Nie jest do końca jasne, jak ten plan powstał, jednak istota sprawy wydaje się dość oczywista: rząd zezwolił wielkim firmom i międzynarodowym korporacjom na skupywanie państwowej ziemi po bardzo niskich cenach, w blokach składających się z setek tysięcy akrów. Jeśli następnie firmy „oczyszczały” ziemię z pierwotnych lasów i sadziły tam eukaliptusy, rząd zezwalał na odpisanie od podatków kosztu ziemi i nasadzenia nowych roślin. Ostatecznie eukaliptusy miały zostać ścięte, by zasilić papiernię, którą rząd obiecywał wybudować. Przyjmując podane im na tacy ogromne połacie ziemi, wielkie firmy – w tym takie międzynarodowe giganty jak Nestlé czy Volkswagen – otrzymały ponad 175 milionów dolarów w postaci ulg podatkowych. Do lat dziewięćdziesiątych papierni nadal nie udało się zbudować, a wielu właścicieli ziemi zaczęło wynajmować miejscowe firmy, żeby oczyścić tereny i zacząć wypalać węgiel drzewny.

Kiedy na początku XIX wieku pewien podróżnik-geolog przemierzał ziemię na północ od Rio de Janeiro, stwierdził, że kraina ta ma „pierś z żelaza i serce ze złota”. Ten obszar bogatych złóż mineralnych stał się później stanem Minas Gerais („Ogólne kopalnie”). Dziś ów stan jest zagłębiem górniczym i przemysłowym i produkuje się tu wielkie ilości żelaza i stali. Do wyrobu stali potrzeba węgla drzewnego. Współczesny brazylijski przemysł, niezależnie od tego, czy chodzi o produkcję samochodów czy mebli, używa stali uzyskanej dzięki niewolnikom. Fabryki i huty są często nowoczesne i wydajne, nadal jednak potrzebują węgla drzewnego, a dla jego pozyskania ogałaca się lasy i wykorzystuje pracę niewolniczą.

Kiedy wycięto już lasy w Minas Gerais i w sąsiednim stanie Bahía, konieczne stało się znalezienie nowych źródeł węgla drzewnego. Tak oto powracamy do stanu Mato Grosso do Sul, ponad 1600 kilometrów od stalowni Minas Gerais. W miarę jak granica uprzemysłowienia przesuwała się na zachód, drogi wdzierały się w cerrado, otwierając możliwość transportu węgla drzewnego. Ponieważ naturalne lasy lub eukaliptusy porastają tu miliony akrów, wyrób węgla drzewnego okazał się prostym sposobem na to, aby wycisnąć z tej ziemi więcej pieniędzy, a jednocześnie oczyścić ją i umożliwić zakładanie wielkich farm bydła. Jedynym składnikiem, którego na tych odległych obszarach brakuje, są robotnicy.

Wytwarzanie węgla drzewnego jest sztuką; to umiejętność, której trzeba się nauczyć, a uzyskanie węgla dobrej jakości wymaga ćwiczeń i praktyki. Kiedy w ich macierzystych stanach zabrakło już lasów, węglarze zaczęli gromadzić się w miastach, w nadziei, że znajdą tam jakąś pracę. Podobnie jak miliony innych wysiedlonych robotników w Brazylii, odkryli jednak, że pracy nie ma. W miastach na wschodzie całe rodziny balansują na krawędzi głodu: niektórzy żyją na publicznych wysypiskach śmieci, zbierając kawałki metalu nadające się na sprzedaż, inni żebrzą, jeszcze inni zaczynają handlować narkotykami. Te rodziny znalazły się w pułapce i gotowe są na wszystko, żeby nakarmić swoje dzieci. Kiedy do miast w Minas Gerais przyjeżdżają rekruterzy, obiecując dobrą pracę i godziwą zapłatę, ludzie rzucają się, by wykorzystać tę szansę.

„Przychodzą, mówiąc wszystkie te piękne słowa…”

Od początku lat osiemdziesiątych, kiedy fala rozwoju przelewała się przez Mato Grosso do Sul, rekruterzy zaczęli pojawiać się w fawelach Minas Gerais, poszukując robotników mających doświadczenie w produkcji węgla drzewnego. Rekruterzy ci, zwani gatos (koty), są w procesie zniewalania kluczowymi graczami. Kiedy wjeżdżają do faweli ciężarówkami do przewozu bydła i oznajmiają, że wynajmą mężczyzn, a niekiedy nawet całe rodziny, zdesperowani mieszkańcy reagują natychmiast. Gatos jeżdżą od drzwi do drzwi albo szczekaczkami wywołują ludzi na ulice. Czasami lokalni politycy, a nawet kościoły, pozwalają im użyć budynków publicznych i pomagają pozyskiwać robotników. Gatos tłumaczą, że poszukują robotników do pracy na ranczach i w lasach Mato Grosso. Z wprawą doświadczonych sprzedawców odmalowują korzyści płynące ze stałej pracy w dobrych warunkach. Oferują transport do Mato Grosso, dobre wyżywienie na miejscu, regularne pensje, narzędzia i darmowe wycieczki do domu, w odwiedziny. Dla głodujących rodzin brzmi to jak cudowna obietnica nowego początku. W obozie węglarzy w Mato Grosso rozmawiałem z pewnym mężczyzną, Renaldo, który opisywał, jak został zwerbowany:

Moi rodzicie mieszkali na wsi, gdzie było bardzo sucho, i kiedy dorosłem, nie było tam pracy, w ogóle żadnej pracy. Więc postanowiłem wyjechać do miasta. Pojechałem do São Paulo, ale tam było jeszcze gorzej: żadnej pracy, wszystko było bardzo drogie, a miejsce niebezpieczne – tyle przestępstw! Więc pojechałem do Minas Gerais, bo słyszałem, że tam jest praca. Jeśli była, to ja jej nie znalazłem, ale któregoś dnia przyszedł gato i zaczął zbierać ludzi do pracy tutaj, w Mato Grosso. Powiedział, że będziemy dostawać codziennie dobre jedzenie i poza tym jeszcze dobre pensje. Obiecał, że co miesiąc jego ciężarówka zawiezie ludzi z powrotem do Minas Gerais, żeby mogli się spotkać z rodzinami i zawieźć im wypłatę. Dał nawet kilku mężczyznom pieniądze, żeby mogli je zostawić rodzinom przed odjazdem i kupić sobie jedzenie na drogę. Bardzo łatwo zdołał wypełnić ciężarówkę robotnikami i ruszyliśmy w drogę na zachód. Po drodze, kiedy zatrzymywaliśmy się po benzynę, gato mówił: „idźcie do baru i jedzcie ile chcecie, ja za wszystko zapłacę”. Od dawna byliśmy głodni, więc możesz sobie wyobrazić, jak jedliśmy! Dotarliśmy do Mato Grosso i jechaliśmy coraz dalej i dalej w głąb kraju. Ten obóz leży prawie 80 kilometrów od czegokolwiek, po prostu samo cerrado, ciągnące się przez 80 kilometrów, zanim dotrzesz choćby do rancza, i tylko jedna droga. Kiedy dotarliśmy do obozu, zobaczyliśmy, że jest straszny: warunki nie nadawały się nawet dla zwierząt. Dookoła obozu stali mężczyźni z bronią. I wtedy gato mówi: „Każdy z was jest mi winien dużo pieniędzy – koszt podróży, koszt wszystkiego, co zjedliście, pieniądze, które dałem wam dla waszych rodzin – więc lepiej nawet nie myślcie o tym, żeby odejść”.

Renaldo znalazł się w pułapce. Podobnie jak inni robotnicy, odkrył, że nie może opuścić obozu ani odmówić wykonywania pracy, do której został przydzielony. Po dwóch miesiącach, kiedy robotnicy zaczęli pytać, czy mogą pojechać z wizytą do domu, powiedziano im, że nadal są zbyt zadłużeni, żeby wolno im było wyjechać.

Jedna z kobiet, matka trzech synów, która później uciekła z pracy przymusowej, wyjaśniała: „Kiedy tu [w slumsach] sytuacja jest zła, można pomyśleć, że gatos są w stanie odgadnąć, jak jest fatalnie, i natychmiast przyjeżdżają, by oszukiwać biednych […]. Przychodzą, mówiąc wszystkie te piękne słowa i obiecują ci całą rękę, a kiedy już tam trafisz, nie dadzą ci nawet koniuszka palca”.

Kiedy robotnicy ruszają w podróż, gatos proszą ich o dwa dokumenty: dowód tożsamości i książeczkę pracowniczą. Obydwa mają w Brazylii fundamentalne znaczenie. Dowód tożsamości jest niezbędny, ilekroć ma się do czynienia z policją lub rządem, i stanowi potwierdzenie obywatelstwa; książeczka pracownicza to klucz do legalnego zatrudnienia. Podpisując się na odwrocie czyjejś książeczki, pracodawca tym samym zawiera wiążącą umowę, dzięki czemu pracę danej osoby chronią od tej pory krajowe przepisy, takie jak choćby regulacje dotyczące płacy minimalnej. Bez książeczki robotnikom trudno jest wyegzekwować swoje prawa. Gatos twierdzą, że potrzebują dowodów tożsamości i książeczek tylko po to, by spisać z nich dane; tymczasem może się okazać, że robotnicy widzą wówczas swoje dokumenty po raz ostatni. Zatrzymując je, gato zyskuje potężne narzędzie kontroli nad robotnikami. Niezależnie od tego, jak fatalna jest sytuacja, robotnik nie zechce odejść bez dokumentów. Równocześnie, ponieważ książeczki robotnicze nie zostały podpisane, robotnicy nie mają żadnego dowodu zatrudnienia i prawie żadnej ochrony prawnej. Jeden z brazylijskich badaczy ujmuje to następująco: „W tym momencie robotnik staje się martwy jako obywatel i rodzi się jako niewolnik”.

Metoda rekrutowania ludzi w odległych miejscach przynosi gatos wielkie korzyści. Wywiezieni z dala od domu, robotnicy nie znają otoczenia, w którym się znaleźli, a odcięci od rodziny i przyjaciół, nie mogą liczyć na ich pomoc. Nawet jeśli zdołają uciec, pozostają bez grosza i obciążeni długiem. Nie mają jak zapłacić za podróż powrotną do własnego stanu. Często więc zostają, pracując w najbardziej przerażających warunkach, w nadziei, że zdobędą trochę gotówki, którą będą mogli wykorzystać, żeby wrócić do domu. A kiedy już uciekną z obozów węglarzy, spotykają się z niechęcią i strachem ze strony miejscowej ludności, która traktuje ich jak obcych. Bez dowodów tożsamości automatycznie stają się podejrzani, a policja może ich zatrzymać za włóczęgostwo. Bez książeczek pracowniczych nie mogą pracować, co więcej, jeśli znajdą jakieś zatrudnienie, w nowym miejscu pracy pozostaną niezarejestrowani, a więc ani rządowa inspekcja pracy, ani działacze związkowi nie będą mieli pojęcia o ich istnieniu.

W obozach węglarzy robotnicy żyją w izolacji, podobnie jak młode kobiety, gwałcone i przetrzymywane w tajskich burdelach: Brazylię możemy potraktować jako jeszcze jeden przykład niewolnictwa w modelu „obozu koncentracyjnego”. Obóz wypalaczy węgla staje się światem samym w sobie. Gato i jego najemne zbiry sprawują nad nim pełną kontrolę i mogą dowolnie używać przemocy. Chcą robotników, którzy się poddali, którzy zrobią wszystko, czego się od nich zażąda. Równocześnie chcą, żeby ich ludzie ciężko pracowali, nieustannie zatem obiecują zapłatę, więcej jedzenia i lepsze traktowanie. Wykorzystując w równym stopniu nadzieję i terror, przykuwają swoich nowych niewolników do pracy. Podobnie jak młode kobiety zmuszane do prostytucji, robotnicy wytwarzający węgiel drzewny nie stają się niewolnikami na zawsze: ich pobyt w obozach bywa zazwyczaj krótszy niż czas, jaki Tajki spędzają w burdelach. Gatos i ich szefowie nie chcą bynajmniej posiadać robotników na własność, chcą jedynie wycisnąć z nich tyle pracy, ile się da. Robotnicy, z którymi rozmawiałem, przebywali w niewoli za długi od trzech miesięcy do dwóch lat, rzadko dłużej. Istnieje kilka powodów, dla których czas ich „zatrudnienia” jest dość krótki. Obóz wypalaczy węgla działa na danym obszarze tylko dwa–trzy lata, do momentu gdy wszystkie okoliczne lasy zostaną zniszczone; robotnicy rzadko kiedy przenoszeni są z jednego obozu do następnego. Poza tym już po kilku miesiącach pracy przy piecach zaczynają chorować i tracą siły. Pozbycie się ich i zrekrutowanie nowych opłaca się finansowo bardziej niż utrzymywanie tych, którzy nie mogą już pracować z całych sił. Ponieważ robotników wyrzuca się z obozów zazwyczaj bez grosza przy duszy, wielu z nich nigdy nie zdoła wrócić do domu w Minas Gerais. Na ogół zostają gdzieś w okolicznych miastach Mato Grosso, a wielu ostatecznie wraca do obozów węglarskich (tak zwanych batterias).

Obóz węglarzy nazywany jest batteria, ponieważ znajduje się w nim bateria pieców do wypalania węgla (tak zwanych fornos). Bateria ta może liczyć od 20 do ponad 100 pieców, a obsługa od 8 do 40 robotników. Żar, dym i lokalizacja baterii z dala od ludzkich siedzib sprawiają, że każda z nich przypomina kawałek piekła przeniesiony do lasu. Piece są kopułami z cegieł i gliny, mają około dwóch metrów wysokości i trzech metrów szerokości. Stawia się je w długich, prostych szeregach, 20–30 pieców obok siebie, jeden oddalony od drugiego o nieco ponad metr. Trójkątny otwór wysokości około metra to jedyne wejście do środka pieca. Przez ten otwór robotnicy pakują drewno, do pełna. Drewno musi zostać poukładane od podłogi pieca po okrągły dach, starannie i bardzo ciasno, tak żeby odpowiednio się wypaliło, zamieniając w węgiel. Kiedy drewno zostaje naładowane, drzwi zastawia się szczelnie cegłami i gliną, po czym rozpala ogień. Węgiel drzewny powstaje poprzez wypalanie drewna przy minimalnym dostępie tlenu. Jeśli do pieca dostanie się zbyt dużo powietrza, drewno spłonie i zostanie jedynie popiół. Jeśli powietrza będzie za mało, powstaną bezużyteczne, na wpół wypalone kawały drewna. Aby kontrolować dopływ powietrza, tworzy się z boku pieca niewielkie otwory wentylacyjne, które otwiera się i zamyka, odpowiednio wiercąc dziury w ściankach pieca i zatykając je potem gliną. Proces wypalania trwa około dwóch dni, a robotnicy muszą w tym czasie nieustannie monitorować piec, dzień i noc, dbając o to, by zachował właściwą temperaturę. Kiedy wypalanie się zakończy, piec pozostawia się do ostygnięcia, a następnie wyjmuje z niego węgiel drzewny.

Wszędzie wokół obozu, w promieniu dwóch–trzech kilometrów, ziemia zostaje ogołocona i odarta z drzew. Naga gleba jest czerwona i zniszczona erozją. Kikuty drzew, wielkie łaty wypalonej trawy i drewna, wykopy i dziury, a wreszcie wszechobecne chmury dymu nadają krajobrazowi wygląd pola bitwy. Wszędzie widać szczątki lasu. Robotnicy, pokryci czarną sadzą i szarym popiołem, wyłaniają się niczym duchy z kłębów dymu otaczających piece i ponownie w nich znikają. Ciała wszystkich robotników, jakich spotkałem, składały się wyłącznie z kości, mięśni i blizn: każda cząstka tłuszczu została wypalona przez żar i ciężką pracę. Wszechpotężny, duszący dym zabarwia wszystko i na wszystkim zostawia swój posmak. Dym z drewna eukaliptusów, pełen ostrego olejku, jest drażniący, parzy oczy, nos i gardło. Wszyscy robotnicy pracujący przy wypalaniu węgla drzewnego nieustannie kaszlą, chrząkając i spluwając, i starając się oczyścić płuca, wiecznie wypełnione dymem, popiołem, gorącym powietrzem i węglowym pyłem. Jeśli pożyją dostatecznie długo, prawdopodobnie  zachorują na pylicę węglową.

Większość pieców jest nieszczelnych i bucha z nich potworny dym i żar. Wystarczy zbliżyć się do baterii, żeby poczuć jego uderzenie. Ta część Brazylii jest generalnie gorąca i wilgotna; jeśli zabierze się ochronę przed słońcem, jaką oferują drzewa, a doda 30 nagrzanych pieców, powstanie rozpalone piekło. Robotnicy, zmuszeni wchodzić do wciąż jeszcze płonących pieców, aby opróżnić je z węgla, pracują w niewyobrażalnym żarze. Kiedy znalazłem się wewnątrz takiego pieca wraz z człowiekiem, który wygarniał łopatą węgiel drzewny, nacisk gorącego powietrza sprawił, że w ciągu kilku minut miałem mokrą głowę, ubranie całkowicie nasiąknięte potem, a gorący węgiel palił mi stopy mimo grubych butów. Żar koncentruje się pod spiczastym sklepieniem pieca; w ciągu kilku chwil byłem już więc oszołomiony, wpadłem w panikę i osłabłem. Robotnicy stale balansują na granicy udaru i odwodnienia. Czasem podczas rozmowy byli splątani, jak gdyby ich mózgi się przegrzewały. Opróżniając piece, wchodzą do nich niemal nago, co z kolei naraża ich na oparzenia. Czasem ktoś potknie się, stojąc na stosie węgla, lub węgiel się osunie, a wtedy człowiek przewraca się, wpadając między rozżarzone węgle. Wszyscy węglarze, których spotkałem, mieli dłonie, ramiona i nogi poprzecinane paskudnymi bliznami od oparzeń, niekiedy wciąż spuchniętymi i ropiejącymi.

Przed piecami leżą wielkie sterty drewna, pociętego na ponadmetrowe bele, gotowe do załadunku. Z kolei z tyłu pieców piętrzą się stosy węgla drzewnego, czekającego na załadunek do wielkich worów, w których zostaną przewiezione do hut. Szereg pieców to ostatni krok w procesie niszczenia lasów, które znikają, w miarę jak rozszerzają się kręgi pustej ziemi wokół baterii. Na dalekim skraju zrujnowanych obszarów otaczających piece robotnicy wypalają poszycie i ścinają kolejne drzewa, odpychając granicę lasu coraz dalej i dalej. Ścięte drzewa, przewożone pod piece na przyczepach ciągniętych przez traktory, wkrótce zamienią się w węgiel.

Przekład: Anna Dzierzgowska

Wydawnictwo w Podwórku, 2019