ORBITOWSKI (1)
RECENZJE | 06.07.2015

Kat rozbrojony (Ł. Orbitowski „Inna dusza”)

Jeśli ktoś nie był po Szczęśliwej ziemi przekonany co do nowego kierunku, który dla swojej twórczości obrał Łukasz Orbitowski, to Inna dusza wszelkie wątpliwości rozwieje. Bodaj trzynasta już książka autora Widm to propozycja nowej serii „Na F/Aktach”, w której polscy pisarze mierzą się z historiami prawdziwych zbrodni. Ta, którą zajął się Orbitowski, w latach 90. wstrząsnęła Bydgoszczą. Autor nie przyjął jednak roli reportażysty, ani nie stworzył dokumentu. I dobrze się stało, bo w zamian otrzymaliśmy ponad 400 stron porządnie zaprojektowanej powieści obyczajowej o dojrzewaniu trójki chłopaków pod kloszem silnej figury ojca, a wszystko to osadzone w pamiętnych i wciąż jeszcze modnych latach po przełomie.

Ależ to jest dobrze napisane! Choć Orbitowski na rzecz realizmu rozstaje się z fantastyką i grozą, trudno nie zauważyć, w jakich konwencjach doskonalił swój warsztat. Czyta się jak thriller, a jednak to studium dojrzewania w biedzie nietrzeźwej Polski. Boimy się jak przy horrorze, a przecież to przede wszystkim opowieść o wychowaniu wiecznych chłopców. Niedowierzamy, tymczasem ta historia wydarzyła się naprawdę. Powieściowy Jędrek to w rzeczywistości Jacek B., który odsiaduje teraz wyrok dożywotniego pozbawienia wolności za dwa niezwykle brutalne morderstwa na swoim czternastoletnim kuzynie i szesnastoletniej sąsiadce. O przedwczesne zwolnienie będzie mógł się ubiegać w 2026 roku. Obie wersje, ta Orbitowskiego i ta z bydgoskich kronik, przekonują, by nie wypuścić go nawet, gdy stuknie mu osiemdziesiątka.

Piszę o Jędrku, bo kryminalny motyw tej powieści szokuje najbardziej, ale nie on jest najważniejszy. Najciekawsza jest raczej inicjacyjna opowieść o męskiej sztamie i przyjaźni dorastających chłopców w trochę smutnej i zapomnianej ówcześnie Bydgoszczy. Czuć w tych niezbyt dziecięcych opowieściach przygnębiającą empirię, ale być może dzięki temu książkę czytamy, jakbyśmy obcowali z czymś niezwykle autentycznym, swojskim i znajomym. Pochylałem się nad Inną duszą z wypiekami na twarzy, ale nie ze względu na okazjonalną, sporadyczną grozę dokonywanych morderstw, ale raczej stałą i nieustępliwą grozę toksycznej, polskiej rodziny. Horror wielu nam znany, a co gorsze, nadal bez większych przeszkód praktykowany, powszechnie akceptowany i utrzymywany w tajemnicy. Inna dusza to jedna z tych powieści, które nas – nasze społeczeństwo – dekonspirują, bez pardonu wyciągając wszystkie zamiecione pod dywan brudy i pochowane po szafach trupy.

Wspomniany Jędrek to przypadek o tyle szczególny, że pochodzi z rodziny pozornie udanej. Takiej, co to do posiłków siada ubrana apelowo, w której matka zawsze służy ciepłym i gotowym na czas obiadem, a ponad miarę kulturalny ojciec rozsiada się w fotelu i zarządza, o zgrozo, wspólne czytanie. W takich rodzinach wszystko jest ustalone, wiadome, pewne i oficjalne. Studia dawno wybrane, przyszłość zaplanowana, kandydaci na mężów i żony skrupulatnie sprawdzeni. Tylko w tych wszystkich planach ktoś zapomniał o uczuciach i dom Jędrka jest wykutą w lodowcu jaskinią, w której nie sposób schronić się przed wiatrem. Chłopak jest wystawiony na nieustanną prorodzinność nie tak znowu bliskich domowników, a podstawową funkcją takiego tworu jest jego autoteliczność, samoutwierdzające się przekonanie, że oto jest się (piękną i zdrową) rodziną. To swoją drogą chyba najbliższa mi definicja słowa prorodzinność, którego używa się obecnie w celach dalekich od troski i miłości.

Druga rodzina należy do Krzysztofa Hoppe, narratora powieści. I tu właśnie Orbitowski skupił cały swój talent, tworząc niezwykle skomplikowaną, niejednoznaczną i toksyczną relację chłopaka z jego ojcem alkoholikiem. Tatko, jak nazywa go Krzysztof, jest pijakiem nie tak znowu oczywistym. Przynajmniej początkowo raczej tylko użala się nad sobą niż epatuje agresją. Popada w chwilowy obłęd i cierpi na ataki paniki, ale przy tym próbuje zachować rolę dobrego ojca i męża. W niekoniecznie trzeźwych przebłyskach zabiera syna do kina, kupuje lody, składa z nim modele, ale to wszystko są momenty, które jeszcze bardziej mieszają w życiu chłopaka, bo to przez nie tak trudno uznać tatka za potwora. Bogdan, ojciec Krzysztofa, to jedna z najciekawszych postaci, jakie dane mi było ostatnio poznać, a relacje z jego rodziną, choć przerażające i wzbudzające odrazę, jednocześnie najbardziej pobudzają do myślenia. Ewidentnie połamany życiem tatko początkowo wzbudza litość, zwłaszcza, gdy cierpi z powodu bezsenności i, wypalając miliony papierosów, pożera w kuchni dziesiątki książek (Mój ojciec to wszystkie książki świata, zmielone i strawione – powie w pewnym momencie Krzysztof). Wkrótce jednak otwiera w nas, czytelnikach, nowe, być może dotąd nieznane pokłady pogardy, gniewu i czystego pragnienia wyrządzenia mu krzywdy. Bogdan to figura zamiecionego pod dywan wstydu polskiej rodziny w jego najczystszej, najbardziej rażącej i śmiertelnej postaci.

W obydwu tych modelach brakuje różnych rzeczy, ale jeden element jest wspólny. (Nie)obecna matka widmo, cicha, wystraszona i wytresowana, służy jedynie jako wykonawca woli wielkiego patriarchy. W przypadku rodziny Jędrka będzie to podporządkowana władczemu ojcu kobieta, która przed wstaniem od stołu oczekuje na skinienie męża. W przypadku Krzysztofa, to strażniczka domowej pożogi, która przed wścibskim spojrzeniem sąsiadów ukryje pijaństwo męża i oddeleguje syna do obmycia zafajdanego ojca. Orbitowski grzecznie zostawia tu miejsce na rozochocone interpretacje lewej strony krytyki literackiej, ale dość powiedzieć, że żadna z tych kobiet nie wzbudzi w nas większej sympatii, bo nawet pod nieobecność katów, nie zmieniają podejścia do swoich synów, a już na pewno nie otaczają ich opieką. Pozostają doskonale komplementarną częścią upodlającego dziecko systemu, a to, czy jest to system patriarchalny, czy jakikolwiek inny, to (jak podejrzewam) dziecko najmniej wówczas obchodzi.

Trzecią rodzinę Orbitowski ukazuje znacznie oszczędniej, choć pochodzący z niej Darek jest kluczową dla fabuły postacią oraz punktem, do którego stale będziemy powracali, interpretując zachowanie Jędrka. Szerszy opis pominę tu jednak celowo, by nie zdradzić tych momentów, które zagotują w czytelniku krew.

Orbitowski na figurze ojca nie pozostawia suchej nitki, odmawiając mu choćby cienia sympatii. Ojcowie, tatkowie, tatuśkowie to boże sieroty i zapatrzeni w swój żal durnie niezdolni do niczego, co wynikałoby z empatii. Wyniesieni na połamane trony, rządzą rozkradzionym skarbcem rodziny i głodującym królestwem, nieustannie produkując słowa, argumenty i powody, dla których jest tak, a nie inaczej. Te ojcowskie mądrości dotyczące tego, kto jest zły i dlaczego nas okrada, dlaczego się nie powiodło i jak zrobić, żeby było lepiej, ten chorobliwy egoizm i pretensja do całego świata o to, że jest się pijakiem lub niekochaną kukłą pozbawioną uczuć, Orbitowski przedstawił tak dobrze, że niemal czujemy ich odrażającą bliskość i czosnkowy oddech.

Autor Widm poświęcił tyle miejsca i czasu na misterną budowę tych rodzinnych, robaczywych szałasów, że jeśli, czytelniku, zdarzyło ci się być częścią ledwo tlącego się domowego ogniska, w pierwszej reakcji chwycisz za widły i będziesz chciał iść wymierzać sprawiedliwość. To, co teraz napiszę, może się wydać przesadzone, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Orbitowski zachęca nas do rytualnego ojcobójstwa. Bo równowaga psychiczna w tych rodzinach to przykład zmęczonego materiału, który przyjmując potężny ciężar ojcowskiej ręki, w końcu dociera do granic swojej wytrzymałości. Tyle tylko, że po pęknięciu i załamaniu dochodzi do desperackiej kontrofensywy. Myślę, że to, co pokazuje Orbitowski, choć smutne, służy także pokrzepieniu serc. Autor przypomina, że polskie społeczeństwo dysfunkcyjne jest także społeczeństwem przebranej miarki i istnieje punkt, po którego przekroczeniu nie ma już powrotu, następuje detronizacja i rozbrojenie kata.

Czytając, wręcz oczekiwałem, że wściekłe dzieci w końcu powiedzą dość, zbiorą się i wymierzą sprawiedliwość. Przyjdą po ojców i wywloką ich z mieszkań, zbywając protesty współuzależnionych matek szybkim gestem. Odbiorą im pieniądze i wyleją alkohol. Wyprowadzą ich nagich w ciemności smutnych miast, stając się czystą, świetlaną, karmiczną furią.

Serhij Żadan nazwał kiedyś swoją książkę Hymnem demokratycznej młodzieży. Łukasz Orbitowski, gdyby był niepoprawnym kawalarzem, mógłby nazwać swoją Hymnem młodzieży dysfunkcyjnej. Jest taki ważny moment, w którym Jędrek zwraca się przeciwko ojcu, a cała jego – tj. ojca – potęga i majestat okazuje się zaledwie wątłą makietą utrzymywaną jedynie przez zwyczaje bogobojnego, tradycyjnego polskiego społeczeństwa: (…) pan Ryszard trzęsie się, dociśnięty do ściany. Próbuje coś powiedzieć, lecz nie może, bo dłonie Jędrka ściskają mu gardło. (…) Jędrek wypełnia sobą cały przedpokój, a światło ubikacji układa się na jego plecach w skrzydła. Tak musiało właśnie być, ten blask i aureola opromieniające najsilniejszych. Syn wymierzający sprawiedliwość. Za Jędrkiem piętrzą się cienie zaszczutych chłopców, którym zabrakło odwagi: główki o postrzępionych włosach, utkane z cieni. Przyciskają do ust czarne piąstki. Wśród nich jestem też ja i widzę to wszystko: głowę pana Ryszarda czerwoną jak wrzód, wyrastającą z kołnierza zaciśniętych dłoni.

Oczywiście przesadzam i radykalizuję. Sam Orbitowski pozostawia znacznie więcej przestrzeni na rozmaite interpretacje, analizy i syntezy, tym bardziej, że w książce znajdzie się jeszcze z tuzin ciekawych, pogłębiających sens powieści motywów, jak chociażby nieśmiało zasugerowany homoseksualizm Darka. Chciałbym jednak podkreślić fakt, który w zderzeniu z kryminalnym motywem powieści może nam umknąć. Ta książka to cześć oddana poniżonym, bitym i zaszczutym. To obrazoburczy gest ojcobójstwa, ale gest piękny i potrzebny. Orbitowski daje świadectwo nieśmiertelności pogardzanego ludzkiego życia: Jędrek zatacza się i rozprostowuje ramiona, jakby tańczył w ciepłym deszczu. Jest niezwyciężony i nieśmiertelny. Jest jak skała wędrująca przez kosmos, obojętny świadek wypalania się gwiazd i konania galaktyk.

Książkę przeczytałem, nie wiedząc o tym, że główny motyw morderstwa oparty jest na faktach. Ot, po prostu, pominąłem blurby i rzuciłem się na żywioł. Po lekturze odetchnąłem, podziwiając wyobraźnię autora Szczęśliwej ziemi. Cieszyłem się, że to tylko powieść, literacka fikcja i nikt nikogo nie okładał po głowie tłuczkiem do mięsa. Potem spojrzałem na okładkę i zamarłem, bo Jędrek, którego w jednej chwili się boimy, a innym razem chcemy wyściskać, istnieje naprawdę. Choć przecież wydaje się, że może być postacią tylko z porządku literatury i kina grozy, a już na pewno nie prozy życia. Oczywiście to wynik mojej pragmatycznej naiwności: by stany lękowe zachować pod jakąkolwiek kontrolą, wolę na co dzień nie pamiętać o nieprzerwanej fali morderstw, o której co rusz trąbią dzienniki. Grafomanka, która wraz ze swoim chłopakiem zamordowała jego rodziców, a potem pojechała na swój poetycki wieczorek, zdarzyła się naprawdę i czeka teraz na wyrok. Chyba wszyscy chcielibyśmy, żeby napisał ją Orbitowski, a jej historia była tylko jego następną, świetną powieścią. Być może wtedy i tylko wtedy miałaby jakikolwiek sens i rację bytu.

W trakcie pisania tego artykułu nie ustrzegłem się przed rzutem oka na tytuły już opublikowanych recenzji. Lud zgodnie twierdził, że Inna dusza to najlepsza książka Orbitowskiego. Mówiąc krótko: lud miał rację.

 

Inna dusza

Łukasz Orbitowski

Wydawnictwo Od Deski Do Deski, 2015

Liczba stron: 432

Maciej Pawlikowski

Maciej Pawlikowski

(ur. 1986) – studiował krytykę literacką na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował w “FA-arcie”, “E-splocie” i “Polisemii”. Interesuje się koncepcją opowieści w twórczości Mirosława Nahacza. Urodził się w Kamiennej Górze, mieszka w Krakowie.