kapitan
RECENZJE | 08.12.2014

Kapitan Zimna Fala (Kandahar „Bo jeden to szereg”)

Co decyduje o sile punk rocka i pokrewnych? Plon lat jałowych – nagrania dokonane w czasach, kiedy jest absolutnie niemodny. Posłuchajcie Kandahar teraz, bo za parę lat będą mieli status, jakim dziś cieszy się 19 Wiosen, a Wam zostanie wstyd, bezsilna złość na własną ignorancję oraz ściemnianie, że „jasne, no przecież, znacie, od zawsze”.

Zespół tworzą muzycy ze stażem w różnorodnych punkrockowych składach: Przemek i Sophie grali w hałaśliwo-punkowym duecie Halt!; Paweł jest basistą wykonującej przebojowy punk ‘77 grupy On Yer Bike (dla wrażliwych dziewcząt i chłopców) i załogancko-melodyjnego Lipsztift; gitarzysta Skarpeta gra w hardcorepunkowym składzie Zło Konieczne. Wszystkie wymienione kapele, mimo przynależności do różnych nurtów oraz braku medialnej czy nawet „niezalowej” popularności, wpisały się mocno w punkrockowe życie Małopolski i Śląska. Zestaw nagrań Kandaharu pt. Bo jeden to szereg zawiera premierowy materiał i wypuszczone wcześniej w sieć pierwsze nagrania studyjne.

Pamiętacie kreskówkę o Kapitanie Planecie? Nastolatki z magicznymi pierścieniami walczą z zanieczyszczeniem środowiska. W bombastycznej czołówce przedstawiciele różnych nacji wykrzykują: Ziemia! Powietrze! Ogień! Woda! Serce! Z połączenia tych mocy co odcinek rodzi się ekologiczne bożyszcze z fryzurą „na Limahla”, które walczy ze złem świata. Tu jest podobnie, z tym że oczywiście, trzeba strawestować rodzaje mocy i doświadczeń: Trans! Hałas! Postpunk! Depresja! – i powstaje Kapitan Zimna Fala, który jako muzyczny odpowiednik nadekologa walczy z zanieczyszczeniami w muzyce alternatywnej. Te toksyczne odpady to indie, mdły songwriting, prowadzące donikąd eksperymenty i gówno z szeroko rozumianego obszaru drony/sromy/noise.

Cold wave to podstawowy punkt odniesienia. Kandahar kontynuuje drogę, którą wytyczyli Brak, Made in Poland, „druga” Siekiera, ale robi to mądrze, z charakterystyczną dla współczesnych zespołów dezynwolturą i autorskim piętnem. Ważne są też mocne, punkowe akcenty. Dzięki temu nagrania na płycie Bo jeden to szereg brzmią żwawo, pomimo osadzenia w przygnębiającej konwencji. Takie walory ma także głos wokalisty, kojarzący się z klasyczną postpunkową brytyjską manierą, która eksponowała zmęczenie i ponurość, dodatkowo wzbogacony niedbałym, „lujowskim” akcentowaniem. To nie są dandysowskie smuteczki Roberta Smitha z The Cure. Przemek brzmi jak Darby Crash na gościnnych występach w Bauhausie. Niby zimno i beznamiętnie, ale jednocześnie ze złością i determinacją. W dobie osiągania emocjonalnych wyżyn za pomocą coraz bardziej radykalnych środków wyrazu, co owocuje często komicznymi efektami (hardcorowe grzanki o zawiedzionych uczuciach), propozycja Kandahar brzmi elegancko i bezpretensjonalnie. Tak jak brzmiał punk rock w czasach, kiedy był wyrazem różnorodnej energii twórczej, a nie działem w katalogu Amazona.

Na materiał składają się nagrania z dwóch sesji, nagranych na setkę w Studio Centrum w Nowej Hucie. Obie brzmią dobrze, bez fajerwerków, ale za to z nonszalancją na miarę postawy DIY. Oszczędność w korzystaniu z nowoczesnych środków studyjnych sprawia, że materiał brzmi naturalnie, organicznie i punkowo.

Teksty Kandaharu to manipulacja przygnębiającymi elementami codziennej rzeczywistości i penetrowanie mrocznych obszarów duszy. Wydaje się, że ten miejsko-duchowy pejzaż powstał na kanwie krakowskich widoków: Jest okno / I słowa kładzione krzyżem / Na dachach grobów w tym mieście / Rozsypane szklane próchno (Próchno). To wypisz, wymaluj pejzaż Stołecznego Królewskiego Miasta w czasie postu pomiędzy uroczystościami i obchodami ważnych rocznic, przy udziale parad wojskowych i gremialnych modłów. Krakowski spleen Maanamu, podstawowy punkt odniesienia w zestawie rodzimych postpunkowych klasyków, to przy utworach Kandaharu piosenka niemal pogodna. W podobny sposób minimalistyczne teksty Wież Fabryk portretują Łódź, jednak w przypadku Kandaharu słuchacz otrzymuje więcej symboli, tropów i skojarzeń. Niekiedy są to rekwizyty dość mocno ograne (serce, kruki, krzyże), ale i tak brzmią świeżo na tle zgrzebnej współczesnej polskiej liryki rockowej: Warto przestrzegać dobrych obyczajów / Należy fanatycznie przestrzegać dobrych obyczajów / Zawsze i wszędzie / A może zaczniemy mówić / Treści rozkazów wierszem (Treści rozkazów wierszem). Trudno oprzeć się wrażeniu, że choć autor tekstów ma literackie ambicje i rzadko spotykany słuch językowy, to tekstów używa na prawach ornamentów, jako dopełnienia dla całości. Trudno jednak czynić z tego zarzut, skoro spełniają swe zadanie.

Nagrania ukazały się w formie kaset i płyt CD. Do każdej kopii płyty dołączono kartkę wyrwaną z losowo wybranej książki. Mnie dostał się fragment jakiegoś skryptu akademickiego, objaśniający zależność typów emocjonalnych od siły procesów nerwowych według teorii Iwana Pawłowa. Nie wiem, jak sklasyfikowałby moje reakcje na Kandahar słynny rosyjski fizjolog, ale sądzę, że słuchanie Kandaharu w warunkach laboratoryjnych mogłoby obalić uświęcone Noblem typologie emocji. Bo jeden to szereg łączy archaiczną estetykę ze współczesnym wigorem, unika wszelkich mielizn typowych dla współczesnych spadkobierców postpunkowych nurtów oraz tworzy przerażającą wizję rozpadu świata i człowieczeństwa, która jest jednocześnie niebywale pociągająca.

Jan Bińczycki

Jan Bińczycki

(ur.1982) – doktorant na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek zespołu Korporacji Ha! Art. Publikuje, gdzie się da. Z zawodu bibliotekarka.