• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Nowości wydawnicze | 17.08.2020
K. Tomasik, „Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u” (fragment)
Nowości wydawnicze | 17.08.2020

K. Tomasik, „Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u” (fragment)

AKCJA „HIACYNT” – NA CAŁOŚĆ! 

Rozpoczęta 15 listopada 1985 roku i powtórzona w dwóch kolejnych latach akcja „Hiacynt” stała się symbolem tego, jak traktowano homoseksualistów w PRL-u, chociaż tak naprawdę bardzo niewiele wiadomo na jej temat. Wciąż nie została porządnie zbadana i opisana. Paradoks polega na tym, że instytucją powołaną do badania represji w tamtym okresie jest Instytut Pamięci Narodowej – który nie tylko nie jest zainteresowany tropieniem prześladowań gejów i lesbijek, ale można odnieść wrażenie, że wręcz takie działania popiera. W efekcie wciąż obracamy się raczej w kręgu legend i spekulacji niż ugruntowanej wiedzy. To bardzo znaczące, że w 2015 roku, w trzydziestą rocznicę rozpoczęcia akcji, ukazały się dwie powieści inspirowane tymi wydarzeniami, ale wciąż nie ma zbierającego fakty opracowania książkowego. 

Od początku lat 90. o „Hiacyncie” zaczęto regularnie pisać w prasie, początkowo głównie w pismach gejowsko-lesbijskich. W efemerydzie „O Zmierzchu” już w 1991 roku apelowano: „Chcemy dotrzeć do ludzi, których akcja dotknęła, i do tych, którzy za nią stali i nią kierowali. Prosimy o listy wszystkich, którzy ucierpieli”. W październiku 1999 roku miesięcznik „Inaczej” poświęcił „Hiacyntowi” raport; zamieszczono wówczas rozmowę z działaczem Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, Waldemarem Zboralskim, który wspominał przesłuchanie: „Przede wszystkim pytano o nazwiska, nazwiska, nazwiska – to głównie interesowało funkcjonariuszy SB. A także o stosowane techniki aktów płciowych. O ulubione pozycje i typ kochanka, który najbardziej podnieca przesłuchiwanego. Tymi pytaniami deptano najintymniejszą sferę człowieka. Już samo zadanie takiego pytania poniżało i upokarzało”. Także Marek Mrok, opisując historię polskiego ruchu gejowsko-lesbijskiego, wspominał początek operacji z 1985 roku: „W dniach 15 i 16 listopada milicja we współpracy z SB przeprowadziła na polecenie gen. Czesława Kiszczaka słynną represyjną ogólnopolską akcję pod kryptonimem «Hiacynt», mającą za zadanie rejestrację danych personalnych setek gejów. Rzecznik prasowy KG MO w artykule z dnia 12 stycznia 1986 roku, opublikowanym w gazecie «W Służbie Narodu», motywował ją kryminogennością środowiska, szerzącą się prostytucją i niebezpieczeństwem AIDS. Niemniej jednak istnieją uzasadnione powody, aby przypuszczać, iż akcja ta miała na celu zniszczenie i zinwigilowanie rodzącego się ruchu gejowskiego oraz zastraszenie jego potencjalnych zwolenników. Środowisko gejowskie uważano za trudno kontrolowalne i podejrzewano, że w jego ramach działa wielu opozycjonistów politycznych”.

Wraz z upływem lat pojawiły się wspomnienia osób, których akcja „Hiacynt” dotknęła bezpośrednio. Jednym z nich był późniejszy działacz z Trójmiasta, Ryszard Kisiel: „Milicjanci przyszli do mnie rano. Byłem trochę niewyspany po nocy spędzonej z kochankiem i zawieziono mnie na komisariat. Może gdybym był bardziej przytomny, tak by się nie stało. Wiedziałem, że mam prawo odmówić złożenia zeznania, oddania odcisków palców czy zrobienia sobie zdjęcia. Zostałem przesłuchany, założono mi akta i wypuszczono. Tego samego dnia uprzedziłem znajomych, że zaczęła się nagonka na gejów. Następnego dnia zostałem zaproszony do dwóch przyjaciół gejów. Były też u nich prorektorki z Akademii Medycznej w Gdańsku. Opowiadałem, co mnie spotkało, i instruowałem, jak mają się zachować w razie kontaktu z milicją, która… pojawiła się za chwilę. Jeden z nich odmówił i nie wyszedł z milicjantem, drugi skapitulował. Myśleliśmy, że panie, z racji funkcji, jaką pełniły, zaprotestują czy zainterweniują w jakikolwiek sposób. Tak się jednak nie stało – społeczeństwo było wówczas bardzo zastraszone”. Kisiel dodawał też, jak wyglądała sytuacja jego znajomych: „Niektórzy opowiadali, że milicjanci pojawiali się w ich domach i informowali rodziców, że «mają w domu zboka». Albo informowali zakłady pracy i uczelnie. Trzeba jednak pamiętać, że wśród milicjantów również byli geje, którzy zatrzymywali swoich kolegów – musieli wykonywać rozkazy i to był dla nich pewnie niemały dylemat”. 

Właśnie od milicjanta o akcji „Hiacynt” dowiedziała się pewna lesbijka, „mieszkanka małego miasta w kujawsko-pomorskim”, która podzieliła się wspomnieniami w liście do magazynu „Replika” w 2008 roku: „Następnym szokiem, jaki przeżyłam, była opowieść o akcji «Hiacynt», o której dowiedziałam się bezpośrednio od osoby biorącej w niej udział jako milicjant – był to mój rodzony brat. Nie miał pojęcia, komu o tym wszystkim mówi. Z jego relacji usłyszałam, jak chodzili na patrole «czwórkami» i przeczesywali okolice parków, szaletów publicznych i niektórych lokali w celu legitymowania i zatrzymywania ludzi o skłonnościach homoseksualnych. Najczęściej natrafiali na niedwuznaczne sytuacje. Nierzadko byli to ludzie na stanowiskach i publicznie znani, co dodawało pikanterii, jak mówił mój brat. Czuł do tych ludzi wyraźną awersję i twierdził, że są to «wykolejeńcy psychiczni». Byłam wstrząśnięta jego przekonaniami. Wiem, że zakładano delikwentom esbeckie teczki, by później zeznaniami szantażować konkretne osoby. Można się domyślać, jak byli traktowani na komendach. Akcja «Hiacynt» odbywała się tylko w dużych miastach Polski. Między innymi w Szczecinie, gdzie mój brat stacjonował. Nie miałam ochoty ani odwagi przyznać się mu, że również jestem homoseksualna”. 

Rozmówca Mikołaja Milcke’ego, autora jednego z prasowych tekstów o „Hiacyncie”, 15 listopada spędzał w Sopocie: „To był piątek, koło godziny 22.00. Pojechałem ze znajomymi do Trójmiasta. Bawiliśmy się w Sezamie, kiedyś przy Dzierżyńskiego, dziś to ulica 3 Maja. Funkcjonował wtedy jako lokal, w którym spotykali się homoseksualiści. Przyjeżdżali też ludzie z zagranicy. Kawiarnia składała się z dwóch pomieszczeń. My byliśmy w tym drugim. To ważne, bo chcieliśmy się schować w jakimś kącie i zapalić marihuanę. Było już dość głośno, szafy grające dudniły. I ciasno, impreza się rozkręcała. Wyciągaliśmy z kolejnych papierosów tytoń, żeby uzupełnić je trawką, i nagle usłyszeliśmy wrzask z sali obok. Byłem pewien, że wpadli po nas, bo dowiedzieli się, że mamy marihuanę. Do głowy mi nie przyszło, że przyszli po gejów”. Potem zaczęło się legitymowanie, przewożenie zatrzymanych do komendy przy ul. Kleszczowej w Gdańsku i przesłuchania: „Rozmowa była krótka i bardzo nieprzyjemna. Ewidentnie chcieli pokazać swoją wyższość nad pedałami, poniżyć. No i padały propozycje, żeby powiedzieć, kogo się jeszcze zna, co można o kimś powiedzieć, i jestem przekonany, że tej nocy mnóstwo śmiertelnie wystraszonych ludzi poszło na taką współpracę”. 

Pytania o akcję „Hiacynt” 

Chociaż „Hiacynt” został przeprowadzony w całej Polsce, wspomnień mężczyzn, którzy padli ofiarą tej akcji, jest zaledwie kilka. Większość nie chce wracać do tamtych wydarzeń, w jakiejś mierze uznawanych za wstydliwe i kompromitujące. W efekcie liczne pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi. Wiadomo, kiedy akcja dokładnie się rozpoczęła (15 listopada 1985), dużo mniej jasny jest moment jej zakończenia. Nie wiadomo, dlaczego nie odbyła się w 1988 roku ani na ile wiarygodne są informacje, że planowano wznowić represje w 1989 roku, czemu na przeszkodzie stanęła zmieniająca się dynamicznie sytuacja polityczna kraju. Mówi się też o problemach dużo bardziej prozaicznych: w 1989 roku w Gdańsku pomysł akcji miał spalić na panewce, bo milicjanci z obawy przez HIV zażądali gumowych rękawiczek i masek na twarz, które nie zostały dostarczone na czas. 

Osobne pytanie dotyczy tego, czy dla wydarzeń z lat 1986–1987 nie należy stworzyć innej nazwy. Proponował to Zboralski w przywoływanym już wywiadzie: „Nie była to akcja jednorazowa. Jej powtórkę (ja ją nazywam «Hiacynt II», bo prawdziwego kryptonimu nie znam do dzisiaj) przeprowadzono na większą skalę od czerwca do października 1987. Pytała o tę akcję w styczniu 1988 dziennikarka amerykańska Kay Withers z gazety «Baltimore Sun» podczas konferencji prasowej rzecznika ówczesnego rządu”. Jerzy Urban odpowiadał wtedy: „Żadna operacja milicyjna wobec środowiska homoseksualistów nie była prowadzona i żadna taka operacja nie będzie prowadzona w przyszłości”. Wcześniej w „Polityce” jako Jan Rem odpowiedział jednym zdaniem, co sądzi o postulatach tworzącej się społeczności gejowsko-lesbijskiej: „Minister do spraw pederastii nie jest nam potrzebny”. 

Najwięcej emocji budzi oczywiście kwestia, gdzie znajdują się zakładane wówczas teczki, nazywane „różowymi”, których liczbę Mikołaj Kozakiewicz ocenił w 1988 roku na 11 tysięcy; do dziś pojawia się ona regularnie w debatach o „Hiacyncie”. W 2004 roku media informowały, że część archiwum odnalazła się w zbiorach policyjnych, zarówno Komendy Głównej Policji, jak i w komendach wojewódzkich, ale niewiele z tego wynikło. Agnieszka Hamelusz, członkini zespołu prasowego KGP, pytana przez „Politykę” pod koniec 2015 roku o te teczki, odpowiadała, że trwa proces „zbierania danych z całego kraju” i udzielenie informacji na temat zawartości dokumentów nie jest możliwe. Inny trop to Instytut Pamięci Narodowej, którego pracownicy konsekwentnie odpowiadają, że dokumentacja akcji „Hiacynt” nie znajduje się w ich zbiorach. 

Dokumenty dotyczące osób represjonowanych powinny zostać wnikliwie opracowane i udostępnione samym zainteresowanym. Ich ujawnienie może w przyszłości zapoczątkować szereg debat, choćby na temat roli gejów i lesbijek w ruchu opozycyjnym. Być może ich historia jest tak samo zapomniana i przemilczana jak działalność kobiet w „Solidarności”. Trzeba było dopiero książek Szminka na sztandarze Ewy Kondratowicz (2001) i Podziemie kobiet Shany Penn (2003), by znaczenie kobiet i ich praca powoli zaczęły być odzyskiwane. Wiele powiedzieć może już sama analiza używanego w aktach języka. „Różowe teczki” mogą być nieocenionym źródłem informacji, nie tylko na temat stosunku ówczesnej władzy do osób homoseksualnych, ale także życia gejów w latach 80., ich samoświadomości, poczucia wspólnoty interesów i tego, jak duża była ówczesna społeczność mniejszości seksualnych. Andrzej Selerowicz, działacz mieszkający wówczas w Wiedniu, narzekał po latach na niewielkie zainteresowanie tym znaczącym wydarzeniem: „Tylko dwie osoby napisały do mnie o akcji «Hiacynt», Waldek Zboralski i Darek Prorok. Nikt poza tym, choć potrafili pisać dziesiątki listów typu «chcę kogoś poznać»”. 

Fragment książki „Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u” Krzysztofa Tomasika (Krytyka Polityczna 2018).