Popmoderna 2_01
RECENZJE | 29.09.2014

Jutrzenka (R. Honet „Świat był mój”)

Poezję można czytać zawsze i wszędzie, ale dobrze jest znaleźć właściwy czas i miejsce, które pozwolą wybrzmieć słowom ze zdwojonym efektem. To swoiste lokowanie poezji sprawia, że łatwiej dotrzeć do jej prawdziwej istoty, zwielokrotnić siłę jej rażenia, bowiem każdy wiersz jest osobistą dekonstrukcją rzeczywistości, metaforycznym esemesem wysyłanym czytelnikom, w którym zawierają się prawdy najważniejsze.

Przyznaję, że długo szukałem idealnego punktu odniesienia dla nowego tomu Romana Honeta. Zmieniałem pomieszczenia, kąty nachylenia, majstrowałem z czasem, zamykałem się w łazience. Jednak upalne, słoneczne, letnie dni w żaden sposób nie współgrały mi z wierszami wypełnionymi melancholią towarzyszącą przemijaniu. Dopiero pierwsze drgania jesieni, które dopadły mnie w mrocznym wnętrzu baru mlecznego Jutrzenka zerwały tamy i pozwoliły słowom płynąć wprost do mojego wnętrza.

Banalna, choć przecież też dogłębnie liryczna historia: kiedy czekałem na swoje placki ziemniaczane bez sosu, słowa zaczęły płynąć zgodnie, rytmem nadawanym przez garnki i sztućce. Kobieta siedząca przy stoliku obok powtórzyła głośno swoje zamówienie: leniwe na miejscu bez cukru. Właśnie czytałem wiersz Lakier: człowiek, w filcowym swetrze, który zatrzymał się z tą niewypowiedzianą prośbą czy pytaniem. Na kartce usiadł maleńki robak. Nim zdążyłem pomyśleć, moja dłoń starła go na miazgę, tworząc ledwo dostrzegalny ślad na powierzchni papieru – ten lakier – skóra, którym opluł mnie świat. Kobieta ze stolika obok wstała i krzyknęła w kierunku kuchni: leniwe na wynos też bez cukru. Wtedy nabrałem już konieczniej pewności. Zrozumiałem do końca.

Świat był mój przypomina jazdę samochodem na wstecznym biegu. Jest w nim wiele fascynujących obrazów – nagle zatrzymanych pożegnań ginących w mroku, jak w wierszu Dlatego nic: () deszcz meteorytów widziany w nocy, dawno, psy uchwycone w biegu – to, co oswoiliśmy, co nam się zdawało. Natykamy się także na odwieczne znaki porządku świata: Boga i nieuchronnej śmierć, jak w otwierającym tomik utworze Zimowe porządki: nigdy się nie dowiedzą – zmarły to ciało, który jest już czyste. po bogu sprząta ziemia, od tego ją ma. Wreszcie jest w nim szaleństwo – zachłanne, lecz oswojone dzięki swej powtarzalności: gdzie to, co było nami, mogło być cieniem i wlókłby ten cień piłę albo nóż i były osmalony po wizycie w mięsie/ noc, która zawsze wraca. dla pustki. dla blasku. dla umocnienia nikogo. dla wiatru – z wiersza pt. boże narodzenie na brzegiem rzeki zwierząt.

Jednak im dłużej jedziemy w kierunku wyznaczonym przez Honeta, tym mocniej dopada nas uczucie niepokoju, lęku, aż w końcu odkrywamy, że tak naprawdę cały czas jechaliśmy w prawidłową stronę, tylko jakaś nadludzka moc odwróciła nasz wehikuł tyłem do kierunku jazdy. Wtedy chciałoby się zatrzymać, wysiąść, zapalić papierosa, ale autor nie przewidział takiej możliwości. W zamian pozostają nam, czytelnikom, rozpaczliwe spojrzenia rzucane przez przednią szybę (ciała, z którymi grałem w piłkę, wskakiwałem do rzeki o zmierzchu i całowałem noże na białym nasypie, wywęszyły, odnalazły mnie/ wyszły z ziemi nagie i biegną do mnie przez łąki, tańcząc wśród krów, i każde ma na szyi psa jak szal).

To właśnie nieznośny weltszmerc staje się jedyną muzyką wygrywaną smętnie przez samochodowe radio. Niepostrzeżenie dotarliśmy do szczytu i teraz pozostała już tylko droga w dół, wprost do mety. Nie ma odwrotu. Jedziemy samotnie, płacąc za błędy swoje i cudze, albo (co bardziej podobne prawdzie) płacąc za błędy Boga, zatracając się w odmętach pamięci. Tak jak w jednym z najbardziej poruszających wierszy z tej książki – bieg. robak: mieliśmy wyjechać na mauritius, do miast o barwie spalonego napoju, gdzie słońce splata z gwoźdźmi swój czarny szkielet/lub – przyśniło mi się, że chcąc cię dotknąć, podałem ci rękę i wyleciał z niej robak – mózg poruszyciela – wychylił nasz bieg/i nasze rozstanie. przeszłość. tam się spotkamy./nic innego nie ma.

Nowe wiersze Romana Honeta wyrosły z osobistej tragedii: śmierci najbliższej osoby. Czasem ich ciężar bywa nieznośny, nieprzekraczalny, lecz ciągle rzeczywisty, bo nasza podróż w odwrotnym kierunku ma przecież jeden, ten sam cel. Ostatecznie wszyscy zmierzamy w tą samą stronę – ku nieuchronnemu końcowi. Trudno jest uchwycić sens przemijania, oddać koszmar starty czy próżność religii. Honetowi udało się to doskonale, bo opisał swoje przeżycia, dekonstruując prywatną apokalipsę i – tym samym – uwalniając się od banału. Jest w tych wierszach ten sam aksjomat śmierci, który charakteryzuje twórczość Paula Celana. To samo porażające piękno pełne okrutnej  prawdy. Prawdy, na którą nie zawsze jesteśmy przygotowani.

__
Roman Honet
Świat był mój
Biuro Literackie, 2014
Liczba stron: 54
Marcin Pawlik

Marcin Pawlik

Marcin Pawlik (ur. 1978) – politolog, prawnik, basista oraz tekściarz zasłużonych zespołów alternatywnych, członek trupy teatralnej Teatr Bob. Czynny kadrowicz Reprezentacji Polskich Pisarzy w Piłce Nożnej. Wydał dwie książki poetyckie „Deklinacja nic” oraz „Bunt na jeziorach”. Mieszka w Krakowie.