20140216_lorde_hor
ARTYKUŁY | 17.02.2014

Jej wysokość Lorde

Wszystko zaczęło się bardzo niepozornie, poniedziałkowym rankiem 27 stycznia.Przedzierając się rozczochrana przez poranne maile i informacje, usłyszałam w radiu, że w nocy odbyło się rozdanie nagród Grammy. Od razu wygooglowałam stosowny news i zaczęłam czytać wyniki. Jak się okazało, w wielu kategoriach nominowana była osoba o nic niemówiącym mi pseudonimie – Lorde. Artystka zdobyła statuetki w dwóch kategoriach: za najlepszy solowy występ pop oraz za piosenkę roku – Royals (180 milionów odsłon).

Kawa w kubku ewidentnie się już skończyła, a ja słuchałam raz po raz tego właśnie kawałka, doszło nawet do podśpiewywania pod nosem, słowem – wpadłam. Po nitce do kłębka: błyskawicznie wyszperałam w sieci płytę Pure Heroine i w połowie słuchania wiedziałam już, że trafił mi się bardzo smakowity kąsek. Chandra wywołana widmem nowego tygodnia zimy odpłynęła niepostrzeżenie, a na jej miejscu zagościło licealne wspomnienie szykowania się do lekcji po przebalowanym weekendzie. W tramwaju płyta brzmiała tak samo świetnie, w ulicznym tłoku jeszcze lepiej, co tylko utwierdziło mnie w radości z odkrycia tego zaskakująco dobrego krążka (7. miejsce w rankingu najlepszych płyt 2013 roku według „Rolling Stone” ).

Muzyka na Pure Heroine nie grzeszy słodyczą. Jest to pop w wersji elektro, ale w wielu momentach nie można opędzić się od skojarzeń z R&B. Oszczędność środków zwiastuje już ascetyczna okładka płyty. Dźwięki następują po sobie dyskretnie, z łatwością wchodzą do głowy, po czym nie dają jej spokoju. Najpierw pojawia się wyrazisty, spajający rytm, po czym rozświetlają go delikatnie syntezatory i głos Lorde. Głos spokojny, głęboki i wyważony, ujawniający swoje anielskie możliwości w rozbrzmiewających w tle wielogłosach (wystarczy wsłuchać się we wspomniane Royals). Krążek został wydany przez Universal, za produkcję odpowiada zaś niejaki Joel Little – nawet jeśli jego nazwisko pozostaje zagadką w układance, to nazwa wytwórni wręcz przeciwnie – każe nawet nabrać podejrzeń, czy Lorde nie jest n-tą gwiazdką odbębniającą misternie przygotowany business plan (zawsze warto sobie przypomnieć przepis na sukces zaśpiewany przez Jona Lajoie). Do tego zagadnienia jeszcze wrócę.

Piosenki na płycie balansują między kawałkami czysto tanecznymi, przy których nie można usiedzieć spokojnie (np. Tennis Court, Ribs, Team), a utworami na późne, leniwe i zadymione godziny imprezy (np. Royals, 400 Lux, Still Sane). Klimat budowany przez brzmienie dopełniają teksty autorstwa Lorde i Joela Little’a, przykuwające uwagę i stanowiące o wartości albumu. Piosenki dotyczą głównie burzliwego okresu dorastania, kiedy głowa jest jeszcze pełna ideałów, a myśli, że może w przyszłości trzeba będzie stać się Finance & Accounting Process Analyst lub Customer Service Agent (Spanish Speaking), nie mają prawa bytu.

We count our dollars on the train to the party
And everyone who knows us knows
That we’re fine with this, we didn’t come from money

(fragm. Royals)

Nie powiem, brzmi to co najmniej kokieteryjnie (by nie powiedzieć: sztucznie) w ustach dziewczyny, która tak szybko wspięła się na szczyty list przebojów. Tekst bardziej przypomina marzenia z czasów, kiedy jeszcze trochę było się dzieckiem, ale bardziej już… nie. I arcycelnie trafia w rozterki milionów przedstawicieli młodego pokolenia. Fajniej sobie pomyśleć, że jest się idealistą, przed którym świat ciągle stoi otworem, niż przyznać się, że przegrało się pewne rozdanie w życiu. Co ciekawe, młodość wyśpiewywana przez Lorde stawia na realne emocje i marzenia, a nie na wirtualny świat:

We live in cities you’ll never see onscreen
Not very pretty, but we sure know how to run things
Livin’ in ruins of a palace within my dreams
And you know we’re on each other’s team

I’m kind of over gettin’ told to throw my hands up in the air
So there

(fragm. Team)

Nawet jeśli za sukcesem tandemu Lorde – Little stoi spec zainteresowany wyłącznie nowym produktem Universalu, to z całą świadomością połykam ten haczyk. Dawno nikt tak bezpretensjonalnie i przebojowo nie przełożył na muzykę i słowa bolączek dojrzewania  nastolatków – również tych podstarzałych. Teksty poruszają aktualne kwestie w bardzo przystępny sposób: lekki, wdzięczny i zabawny – tak jak o zmaganiach z codziennością mówi się w serialu Girls czy słyszy z ust części młodszych celebrytów, choćby Jennifer Lawrence. Akcentowanie „zwykłości” to strategia (czyżby trend?), która trafia na bardzo podatny grunt tworzony przez młodzież doby kryzysu na całym świecie. Jeśli kształt piosenek jest wyłącznie zasługą piosenkarki, to tym bardziej pozostaje nam tylko czekać w niecierpliwości na kolejne płyty.

A te z pewnością się pojawią, ponieważ okazuje się, że tajemnicza Lorde jest… siedemnastolatką. Tak, tak, nawet Lena Dunham nie mogła w to uwierzyć. Zresztą, pochodząca z Nowej Zelandii (czego nie słychać w akcencie) Ella Maria Lani Yelich-O’Connor, jak brzmi jej prawdziwe imię i nazwisko, nie wygląda na swój wiek – ani tym bardziej na typową śpiewającą dziunię z matrycy Disneya, co sama stwierdza w Still Sane:

Riding around on the bikes, we’re still sane
I won’t be her, tripping over on stage
Hey, it’s all cool,
I still like hotels, but I think that’ll change
Still like hotels, and my newfound fame
Hey, promise I can stay good
(Everything feels right) I’m little, but I’m coming for the crown
I’m little, but I’m coming for you (chase paper, get it)
I’m little but I’m coming for the title, held by everyone who’s up

(fragm. Still Sane)

Ubrana w długie sukienki, z burzą loków lub koroną z warkoczy i umalowanymi na czarno ustami, kreuje się na arystokratkę, o czym świadczy także pseudonim (zwraca uwagę autorska zamianą rodzaju męskiego na żeński). Inna sprawa, że efekt często nie jest daleki od wizerunku rodziny Adamsów. Można to traktować jako radykalne odcięcie się od cukierkowych i roznegliżowanych dziewczątek machających rytmicznie pupami. Że niby kamp? Ani trochę – zbyt łagodny, zbyt profesjonalnie przygotowany. W czasie występów Lorde cały czas śpiewa, (prawie) nie tańczy, nie rozbiera się, żeby sparafrazować wypowiedź Wojciecha Manna o koncercie Dawida Podsiadły.

Z tym tańcem akurat nie do końca się zgadza. Jej charakterystyczne podrygi są przedmiotem żartów w sieci (vide: komentarze pod filmami z jej występów), mniejsza jednak o to – dziewczyna udowadnia podczas każdego występu, że potrafi śpiewać. Większość recenzentów porównuje ją z Laną Del Rey; ogłasza się ją także jako konkurentkę dla Adele i Florence Welch. Czy słusznie – zobaczymy wraz z pojawieniem się kolejnych albumów artystki. Poza wspomnianymi heroinami, dobrymi punktami odniesienia dla twórczości Lorde są tworzące synthpop Robyn i Grimes. Szczytem wyróżnienia dla Nowozelandki było namaszczenie jej przez Davida Bowiego na „głos jutra”. Czemu nie „głos dzisiaj”? Muzycznie Lorde nie odkryła Ameryki, nie przełamała zasad komponowania piosenek (zwrotka, refren, zwrotka, refren, mostek, refren), wydała po prostu świeżo i aktualnie brzmiący materiał. Osobiście na „głosy jutra” typowałabym np. UL/KR lub Annę Calvi. Ponadto trzymam w pamięci wspomnienie tragicznego koncertu Alt-J na zeszłorocznym Open’erze – o grupie także się mówiło w kategoriach „nadziei muzyki”… W przypadku tak młodej osoby, jaką jest Lorde, wolę zachować ostrożność i poczekać na następne albumy.

Rodzime media, oszołomione wieścią o przyznaniu statuetki Grammy Włodkowi Pawlikowi oraz zajęte sukcesem Daft Punk, zupełnie przemilczały wyróżnienia Lorde. A jednak, zapewne za sprawą nagrody, medialna cisza powoli zanika. Jej piosenki grają już nie tylko Radio Zet i RMF, najnowszy singiel pod tytułem Team można usłyszeć także w Trójce. Niemniej jest to kolejny przykład sporego opóźnienia rodzimych mediów – Royals podbijało światowe listy przebojów już w marcu 2013 roku. Podobna sytuacja miała miejsce przy okazji niedawnych zachwytów nad singlem Formidable Stromae, który nad Wisłą rozbrzmiewa od zeszłego miesiąca, w belgijskich i francuskich rozgłośniach królował zaś w lipcu ubiegłego roku.

Mimo wszystko nie widzę i nie słyszę znacznego wzrostu zainteresowania muzyką Lorde. W spożywczaku nadal dopadnie mnie raczej warcząca Katy Perry, w knajpie Daft Punk, a w autobusie Donatan. Może Mamoniom trzeba dać trochę czasu, by zagłosowali na Team zamiast na nową piosenkę zespołu Within Temptation feat. Piotr R.? Słuchanie dobrego popu to przecież żaden wstyd.

Cóż, póki nie „zarżnę” albumu, ten, jak i wiele innych problemów (solone błocko przeżerające buty, kolejki w urzędach, milczący telefon, jak żyć panie premierze? etc.), mogę mieć w nosie:

Baby be the class clown
I’ll be the beauty queen in tears
It’s a new art form showing people how little we care
We’re so happy, even when we’re smilin’ out of fear
Let’s go down to the tennis court, and talk it up like yeah

(fragm. Tennis Court)