nietaka
RECENZJE | 23.02.2015

Jedenaście mandarynek dziennie (Lena Dunham „Nie taka dziewczyna”)

Pisanie o debiucie literackim Leny Dunham nie jest łatwe, ponieważ nawet wbrew własnej woli i zupełnie niepostrzeżenie podążyć można jedną z dwóch najpopularniejszych i precyzyjnie wytyczonych ścieżek interpretacji. Pierwszą, spowodowaną nadmiernym entuzjazmem, że „nie taka dziewczyna” napisała coś, co przy dobrej woli można uznać za manifest współczesnych dwudziestolatek. Albo drugą – przypominającą, że uprzywilejowana Lena z Soho nie ma prawa wypowiadać się w kwestii problemów bytowych swoich rówieśników, o których nie ma pojęcia – w końcu większość dotychczasowego życia spędziła w granicach artystowskiego getta NYC.

ld3

Gdyby ktoś oczekiwał odpowiedzi na pytanie, czy warto przeczytać tę książkę i chciałby mieć nadzieję, że dowiemy się z niej jak będąc młodą dziewczyną radzić sobie w życiu, to czeka go raczej rozczarowanie – nie, nie dowiemy się, jak radzić sobie w życiu, ale chyba niewiele jest książek, uzurpujących sobie prawo do udzielania takich odpowiedzi. Z drugiej strony, gdyby ktoś szukał idealnego poradnika lub pamiętnika pełnego barwnych przygód i błyskotliwych anegdot, to na pewno znajdzie ciekawsze lektury. Czy jest więc coś, co sprawia, że warto dowiedzieć się, czego Dunham „nauczyło” życie? Sprawdźmy.

Jednym z problemów w odbiorze Nie takiej dziewczyny może być klasyfikacja gatunkowa (jak zresztą pisze sama Dunham, jej twórczość bywała krytykowana za to, że wiersze brzmią jak opowiadania, a opowiadania jak dramaty, co usłyszawszy z ust dziekan Oberlin College uznała pierwotnie za komplement). Nie jestem bowiem przekonana, czy mam do czynienia z poradnikiem, pamiętnikiem czy też hybrydą kilku gatunków. A nawet jeśli jest to krzyżówka gatunków, czy aby na pewno udana? Mnóstwo pytań i brak satysfakcjonujących odpowiedzi. Nie jestem też absolutnie pewna, czy Lena Dunham jest autorką, którą w tym momencie jej literackiej drogi warto czytać.

Lena Dunham is Not That Kind of Girl

Na pewno osoby oglądające serial Dziewczyny stanowią kluczowy target dla jej debiutu literackiego. Można odnieść wrażenie, że autorką książki jest miejscami inteligentna, błyskotliwa Lena Dunham jaką znamy z wywiadów i wypowiedzi na temat ważnych dla współczesnych kobiet problemów, a w pozostałej części Hannah Horvath, którą znamy z małego ekranu (nie zawsze ją lubimy; nie zawsze chcemy też słuchać, co ma do powiedzenia). Dunham w podrozdziałach mówiących o pracy, realiach amerykańskiego showbiznesu i figurze Złodzieja Blasku (vide: mężczyznach, często seksualnych drapieżnikach, którzy wykorzystując swoją pozycję zawodową chętnie sugerują, że mogą dopomóc w karierze każdej młodej dziewczynie zaczynającej pracę w telewizji) w ciekawy sposób pokazuje zasłonięte kurtyną obszary tzw. fabryki snów, czyli to wszystko, czego nie widać po drugiej stronie ekranu. Na kolejnych stronach powraca jednak infantylna i roszczeniowa Hannah, nie mająca przed nikim tajemnic ani nie rozumiejąca, że nie każdą myśl należy zwerbalizować na forum, opowiadająca czytelnikom o orgazmach odczuwanych jak „kichanie cipką”.

Nierówność stylistyczna i językowa Nie takiej dziewczyny bywa irytująca – można śmiało oznaczać rozdziały i podrozdziały dopiskiem określającym dla czytelnika w jakim wieku są one przeznaczone. I tak np. infantylny język wspomnień studenckich, opis zawartości torebki, chorób wzbudzających największy strach, wysilone podpunkty ze złotymi myślami typu „czego nauczył mnie ojciec”, „czego nauczyła mnie matka”, wyznania miłosne dla Nowego Jorku mogą być nieznośne dla dojrzałego czytelnika. I nie chodzi tutaj o tematykę, ale o język, stanowiący mieszankę stylu piszących dla „Cosmo” i „Poradnika Domowego”. Dużo lepiej wypadają wspomnienia pierwszej terapii (autorka dowodzi, że potrafi mówić wprost o ważnych – nie tylko dla niej – sprawach) niż opowieści o Lenie sypiającej z kolegami (pisane tak, że czytelnik powyżej trzynastego roku życia może jedynie bezradnie szukać puenty dla tych wyznań). Inna trudność z kolei dotyczy tego, że przy tak specyficznym wspominaniu/poradnictwie trzeba walczyć z pokusą recenzowania życia Dunham. W końcu trudno komentować jej debiut bez powoływania się na jej osobiste doświadczenia.

ld v

Zastanawiam się jednak, czy to Dunham stanowi łatwy cel, bo prowadzi grę z mediami i prowokuje do opisywania jej poczynań (jak np. działalność na Twitterze czy wydarzenia z gali rozdania Złotych Globów), czy po prostu chodzi o fakt, że jest młodą kobietą, która w krótkim czasie osiągnęła nieprawdopodobny sukces w hollywoodzkim świecie, który wciąż faworyzuje mężczyzn po pięćdziesiątce. (Nie przypominam sobie, żeby po tym, jak Arnold Schwarzenegger opublikował autobiografię Pamięć absolutna. Nieprawdopodobnie prawdziwa historia mojego życia recenzenci pod lupą oglądali każdy kawałek jego życia.) W dyskursie publicznym wciąż za mało słychać zniuansowanych głosów na temat jej talentów literackich, sporo natomiast na temat tego, jak wysoką wypłacono jej zaliczkę i ilu miała chłopaków. Obok tego mamy bezkrytyczny entuzjazm fanek albo patronizujące opinie dojrzałych metrykalnie publicystów.

Nie taka dziewczyna dzieli się na kilka rozdziałów, w których autorka opowiada o kluczowych w jej życiu kwestiach, jak miłość, seks, ciało, praca, przyjaźń. Zastanawiające, że Wojciech Orliński w tekście na temat twórczości Dunham (odnosi się on nie tylko do książki, ale i serialu), nieprzypadkowo zatytułowanym Pieniądze Leny Dunham, czyli mój rant przeciw „Dziewczynom”, podkreśla, że z jej powieści dowiadujemy się jedynie, że miała wielu chłopaków (prawdopodobnie kilkuset) i nie wie, czym jest bieda. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio w polskich mediach recenzowano autobiografię debiutującego literata z showbiznesowym backgroundem i z równą pasją wyliczano jego zarobki. I od kiedy problemem dla recenzentów może być „zbyt duża” liczba partnerów bohaterki recenzowanej książki? Druga sprawa, czyli jej uprzywilejowana pozycja społeczna i brak znajomości realiów – owszem, polski czytelnik i czytelniczka pewnie zdziwią się, że dla autorki ubóstwu równa się odrzucenie karty kredytowej w sklepie ze zdrową żywnością albo zjedzenie połowy porcji zupy w restauracji. To wszystko prawda, trudno jednak oczekiwać, by Dunham fałszowała to, jak wyobrażała sobie życie mając dwadzieścia lat tylko po to, żeby nie wyprowadzić z równowagi polskiego czytelnika, wypominającego jej każdego zarobionego dolara.

ld1

W ogóle problem pieniędzy i jej zarobków wydaje się dla wielu czytelników (częściej niż czytelniczek) kluczowy. Trudno jednak mówiąc o amerykańskim showbiznesie przykładać miary rozsądku i stawek, które obowiązują w innych branżach. Wówczas okazałoby się (a to niespodzianka!), że gaże aktorskie nie mają nic wspólnego z zarobkami 99% ludzkości. Nie spodziewam się też (w przeciwieństwie do Wojciecha Orlińskiego), żeby serial HBO w paśmie komediowym emitowanym w niedzielne wieczory opowiadał o sprawiedliwości społecznej, chociaż warto przypomnieć, że HBO już kiedyś zrobiło taki serial. Eksperyment, który nazywał się The Wire, nie odniósł sukcesu komercyjnego w czasie emisji ramówkowej. Nie stanęło to jednak na przeszkodzie temu, żeby z czasem stał się serialem kultowym.

Z książkami zaprogramowanymi na sukces zwykle jest ten sam problem – rozczarowują. Nie taka dziewczyna sprawia wrażenie napisanej na kolanie, zapełnionej w pośpiechu notatkami znalezionymi na dnie szuflady, wpisami z odnalezionego pamiętnika, efektami zadań domowych z kursów kreatywnego pisania. A mimo to, nie jest tak fatalna jak można by się tego spodziewać po debiutantce pewnej wyprzedania nakładu niezależnie od tego, co napisze. Nie wypominałabym Dunham jej zarobków, uprzywilejowanej pozycji społecznej, wolałabym ją zapytać o to, czy naprawdę uważa, że jej biografia jest tak zajmująca, żeby tylko z niej czerpać inspirację zarówno do kolejnych sezonów serialu, jak i twórczości literackiej? Co się stało ze starymi, dobrymi czasami, kiedy literaci korzystali z tak przestarzałego i zapomnianego narzędzia pracy jak wyobraźnia? Może warto pójść tym tropem przy kolejnej powieści, bowiem jak ze smutkiem stwierdziła kiedyś Hannah Horvath – czekanie kolejne dwadzieścia pięć lat, żeby mieć co opisać, może nie przysłużyć się dynamicznemu rozwojowi kariery literackiej. Czytelnicy mogą znaleźć sobie w tym czasie inny „głos pokolenia”, jak to niestety bywa z kliktywistycznym entuzjazmem i lojalnością w epoce zachęcającej do „bycia jeszcze lepszym w byciu sobą”.

Lena Dunham
Nie taka dziewczyna. Młoda kobieta o tym, czego „nauczyło” ją życie
Wydawnictwo Czarne, 2015
Liczba stron: 277

Małgorzata Major

Małgorzata Major

(ur. 1984) – doktorantka Katedry Kulturoznawstwa Uniwersytetu Gdańskiego. Zajmuje się szeroko rozumianą kulturą popularną - od telewizyjnych dramatów jakościowych po produkcje/wydarzenia/zjawiska zrzeszające wspólnoty „złego smaku”. Interesuje się także zjawiskiem socnostalgii, telewizją okresu PRL-u oraz nowomedialnymi praktykami partycypacyjnymi internautów.