• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły, Recenzje | 10.12.2018
Jeden krok w tył, dwa kroki w przód („W poszukiwaniu utraconego czasu. W stronę Swanna” i „O krok od nich. Przekłady z poetów amerykańskich”)
Artykuły, Recenzje | 10.12.2018

Jeden krok w tył, dwa kroki w przód („W poszukiwaniu utraconego czasu. W stronę Swanna” i „O krok od nich. Przekłady z poetów amerykańskich”)

Lektura nowego przekładu dzieła Marcela Prousta jest doświadczeniem tyleż ekscytującym, co przewidywalnym w swoich dwóch trybach odbioru. Z jednej strony w trybie porównawczym względem Boya-Żeleńskiego i jego W poszukiwaniu straconego czasu, z drugiej strony w próbie ucieczki od tego wspomnienia na rzecz „spotkania na nowo”. Dopuszczam także możliwość, że przekład Krystyny Rodowskiej skusi zupełnie nowych czytelników, dla których W poszukiwaniu utraconego czasu będzie pierwszą szansą na poznanie tego totemicznego niemal dzieła. Czy podobnie jest w przypadku O krok od nich. Przekładów z poetów amerykańskich?

Zacznę od zbioru, nad którym – podobnie jak w przypadku pierwszego, dziś już legendarnego wydania – pieczę trzymał Piotr Sommer. W liczącym niemal 800 stron tomie dokonuje on czegoś, co z punktu widzenia współczesnej poezji jest niebywałe. W jednym zbiorze mieszcząc takich poetów jak (między innymi!) Charles Reznikoff, Kenneth Koch, John Cage, E. E. Cummings, John Berryman czy John Ashbery, unika się tu zarazem poczucia zgrabnej i komfortowej antologii. Takiej, której lektura pozwala nam – niczym biblioteczka „Gazety Wyborczej” – na nieuzasadnione poczucie rozgoszczenia w kanonie literatury światowej. Zbiór, który przygotowało w pięknej oprawie Wydawnictwo Karakter, oferuje przede wszystkim to, co Herta Müller określiła w jednym z esejów mianem „szumu w głowie”. Szumu, którego doświadcza się wskutek spotkania z niebywałą literaturą, przeszywającym językiem, który trafia prosto w serce. W przypadku O krok od nich mowa o wielkich dawkach. Moje doświadczenie tej książki (bo tak by chyba wypadało to nazwać), ponawiane przez ostatnie tygodnie kilkakrotnie, jest w gruncie rzeczy bardzo złożone. Z jednej strony każdorazowo popadałam w osobliwej skali zachłanność i niezdolność do porcjowania sobie wierszy. Z drugiej zaś dotykał mnie bolesny lęk, że lektura tego rodzaju niechybnie prowadzi do klęski. Klęski powierzchowności, drobnych refleksji, chaosu wrażeń. Każdy, kto biegał jak kot z pęcherzem po Prado czy Luwrze, wie, o jaki rodzaj obłędu chodzi. Mimo że Piotr Sommer pisze przecież: zakazów nie wprowadzamy, ale w sumie nie ma powodu czytać wszystkiego na raz. Dopiero wyznaczony sobie samej przystanek zmienił reguły gry. Jest nim – w moim przypadku nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz – James Schuyler.

Cytat z Ajschylosa? Zapomniałem (James Schuyler „Trzy poematy”)

Tym, co wydaje mi się najbardziej emocjonującą wizją w perspektywie zderzenia z tak potężnym zbiorem, jest coś w rodzaju gwiaździstej lektury, gubiącej może punkty wspólne (je możemy bez lęku zostawić historykom literatury), ale zapewniającej wielkie przeżycie poetyckie, pozbawione całkowicie warstwy ochronnej czy też – jak czytamy w posłowiu odnośnie do Berrymana – tkanki amortyzującej.

Powracając do poezji Schuylera po krótkiej przerwie, wróciłam także do jego listów do Franka O’Hary zebranych w maleńkim tomie złożonym przez Williama Corbella. Dostrzeżenie w relacji obu poetów czułości, wzajemnej ciekawości i oddania nie przesłania w żadnym wypadku gier masek i wyraźnego korzystania ze scenariuszy przyjaźni, które przewidują splecione ze sobą role – pięknego buntownika oraz zagubionego i pełnego lęku poety. Ale tak, jak ich poezje, tak przyjaźń zaplątana jest w niejasne konteksty, nieoczywiste trajektorie doświadczeń i wspomnień. W przypadku Schuylera urasta to jednak do rangi centralnego przeżycia i dominującej dykcji poetyckiej. Powracam do Fal Ashbery’ego, w których pojawia się dzwoniąca mi w pamięci fraza: Przejść przez ból i nic o nim nie wiedzieć. Cierpienie Schuylera nie prowadzi go jednak do monotematyzmu czy monorytmiczności. Wiersze uderzają nieśmiałością wobec rzeczywistości i drugiego człowieka, ale zarazem osobliwą przyziemnością zdziwienia, która chwilami może wręcz sprawiać wrażenie spojrzenia dziecka. Wokół Schuylera kręcą się w mojej lekturze inni poeci – od Ginsberga do Lowella. Nie dlatego, że tak wiele mają z nim wspólnego. Dlatego, że O krok od nich wydaje mi się książką na długie lata, pozwalającą na nie zawsze oczywiste powroty. Kiedy czytałam wiersze Kocha, wydał mi się – wbrew tytułowi tomu – niespodziewanie niezrozumiały, wręcz nieczytelny. Mimo żywej pamięci o tych wierszach, szybko zgubiłam jego rytm, poza Wariacjami na motywie z Williama Carlosa Williamsa nie zostałam z nim dłużej. To jednak chyba jedno z najciekawszych doświadczeń tego rodzaju antologii, na jakie mogłam liczyć: poczucie nieprzewidywalności, jak przebiegnie nie tylko pierwsze (to banał), ale trzecie czy dziesiąte spotkanie. Cytując fragment z Kocha właśnie (Sztuka poezji):

Ile dokładnie doświadczenia powinien mieć poeta

By miał pewność, że ma go dość, by miał pewność, że potrafi odpowiednio

Poznać i odczuć i przemyśleć doświadczenie w jego dzisiejszej postaci,

Trudno powiedzieć, i jedyna zasada, jaka przychodzi mi na myśl,

To doświadczaj tak dużo, jak się da, i pisz tak dużo, jak się da.

Obie te rzeczy mogą pozostawać w sprzeczności. Mnóstwo doświadczeń jest

bezwartościowych.

Przynajmniej jeśli chodzi o poezję. Podczas gdy te najmniej obiecujące,

Na pozór, zostawią ci pod drzwiami całą epopeję. To jednak będzie Sarajewo

A nie przyczyna. Prawdopodobnie. Nie wiem

 

A tymczasem Proust

Inaczej niż w przypadku zbioru Piotra Sommera (rozszerzonego względem pierwotnej wersji), W stronę Swanna jest – długo oczekiwanym – nowym przekładem. Wydaje się, że niewiele modernistycznych powieści przywiązuje czytelników tak bardzo do swojej formy, ustalonego i niemożliwego do zapomnienia rytmu, do słów, które kleją się ze światem przedstawionym. Przekład Boya zyskał dla polskiego czytelnika status dzieła w stopniu niewiele mniejszym niż sam Hauptwerk Prousta. Zamachnięcie się na tę osobliwie rozumianą świętość, o czym wspomina sama tłumaczka, spotyka się z zaskakującym odporem. Jest to tym dziwniejsze, że dotyczy pierwszego odbrązawiacza II RP – którego najwyraźniej nawet szarganie świętości i daleko posunięty sceptycyzm wobec stawiania kultury na cokołach nie uchroniły od uzyskania analogicznego statusu. Czołobitny stosunek do Boya wydaje mi się także osobliwością z punktu widzenia innych jego przekładów – Rousseau czy choćby Montaigne’a, w których dłoń i specyficzny słownik tłumacza nie tylko zdają się stale odczuwalne, ale i nierzadko sprawiają wrażenie dodatkowej bariery językowej dzielącej nas od oryginału. Nie chodzi tu zresztą o płytką krytykę dawniejszej literatury czy, ściśle rzecz ujmując, przekładu, z punktu widzenia dzisiejszej filologii czy wiedzy. Raczej o to, że powrót do Prousta wydaje mi się świetnym początkiem i – w mojej prywatnej lekturze – impulsem do powrotu do W poszukiwaniu… Opieszałość, którą wykazywałam wobec rewizyty w świecie Boya/Prousta, znika wraz z nadzieją na nowy tekst. Nie ukrywam, że niezmiennie liczę na nowe tłumaczenie Wyznań Rousseau i byłoby to niewątpliwie dzieło, które dotąd nie miało przykładu. Od lat liczę na to, że to, co w Polsce przydarza się na poziomie recepcji filozofowi z Genewy, w jakimś sensie może jeszcze wejść na inne tory. Nowe przekłady są ku temu świetną, jeżeli nie najlepszą okazją.

Podczas czytania Prousta w przekładzie Rodowskiej towarzyszyło mi nieustanne poczucie obcowania z literackim szaleństwem, modernistycznym obłędem artystycznym i doskonałym zapisem języka jako sposobu życia. Celowo nie wracałam ponownie do przekładu Boya, nie mam jednak wątpliwości, że byłyby to dalekie rejestry wobec tamtej lektury. To, co wydało mi się w tej lekturze szczególnie fascynujące, a co może warto powtarzać szczególnie dla czytelników, którzy dopiero zmierzą się z tym – chyba nadal niedoczytanym, a także po prostu: nieczytanym – dziełem, to eksplorowanie przez autora punktu oraz punktów widzenia. Nie tylko w znaczeniu ściśle narracyjnym, ale także jako rozmaitych wariantów spojrzenia. Formowanie obiektów – bezwyjątkowo ludzkich i nieludzkich – pod ich wpływem (a nierzadko także ciężarem) pozwala na zobaczenie narratora powieści jako podmiotu solipsystycznego, ale zarazem uwiązanego do rzeczywistości – tak na poziomie słowa, jak i spojrzenia Tak, jak całość opowieści uruchamia magdalenka, tak każdy jej element zdaje się wywoływany czynnikami zewnętrznymi czy też obserwacjami świata materialnego. Nierzadko narzucającymi się narratorowi czy też przytłaczającymi go w swojej materialności, a nawet rytualności. Autorefleksja przerastająca świat tych wspomnień i skojarzeń nie pozwala na czytanie tekstu w sposób, do którego przyzwyczaja także modernistyczna proza. Wyrafinowanie językowe Prousta w wersji Rodowskiej podkreśla tę metodę konstruowania tekstu, ale nie upraszcza jej. Nieznośna chwilami karuzela z członkami rodziny, przyjaciółmi i całym towarzystwem, które opisuje Proust, jest w wielu rejestrach groteskowa i lepka od kurtuazji. Krótki fragment z części II:

Ciotka zajmowała praktycznie tylko dwa sąsiadujące z sobą pokoje, przebywając popołudniami w jednym, podczas gdy drugi wietrzono. Był to rodzaj tych prowincjonalnych pokoi, które – podobnie jak w pewnych okolicach całe partie powietrza czy morza bywają rozświetlone i przesycone wonią niezliczonych, niewidzialnych żyjątek – które oczarowują nas tysiącem zapachów, emanujących z praktykowanych tutaj cnót, mądrości, przyzwyczajeń, całym tym sekretnym, niewidzialnym, przebogatym w treści duchowe życiem, zawieszonym w trwaniu, jeszcze zapewne naturalnych, spokrewnionych z zapachami i kolorami pobliskiej wsi, ale zapachów już udomowionych, ludzkich, zagęszczonych w znakomitej, przezroczystej galaretce, przyrządzonej ze wszystkich owoców zebranych w ciągu roku, jakie opuściły sad, by przenieść się na półkę kredensu, owoców sezonowych, ale już z nalotem specyficznych woni domu i mebli, łagodzących ostrość szronu słodyczą ciepłego chleba; zapachów leniwych i punktualnych niczym wioskowy zegar, rozwłóczonych i uporządkowanych, beztroskich i przezornych, bieliźnianych, porannych, pobożnych, szczęśliwych tym pokojem ducha, który nasila jeszcze stany wewnętrznego napięcia, i przepełnionych prozą życia – wielkim rezerwuarem poezji dla tego, kto zajrzy tam, ale nie zamieszka na stałe.

Powiązanie ze sobą drobiazgów materialności i zmysłowości eksponuje niepokojącą pozycję narratora – przenikliwą i bierną zarazem; poddaną rzeczywistości, ale językiem rozłupującą ją na kawałki; precyzyjną, ale równocześnie asocjacyjną. Współczesna lektura Prousta jest niewątpliwym wyzwaniem przede wszystkim ze względu na typ percepcji, jaki proponuje i jakiego jest świadectwem w artystycznym sensie. To percepcja nieprędka i przytłaczająca czytelnika – taka, która wydaje się od początku brzemienna w znaczenia, mimo że długo pozostają one niejasne i rozproszone. Proust staje się więc próbą i to nie tyle emocjonalną, ile właśnie narracyjną. Mniej frapuje mnie stan ducha narratora czy jego przesłaniane pragnienia, bardziej – misterna i ekstremalna zarazem konstrukcja literacka powieści. Odnoszę wrażenie, że w przekładzie, który proponuje Officyna, wyzwanie to uzyskuje bardziej wyrazisty kształt. Bez ułatwień, bez pomocnej dłoni. Nareszcie.

 

Piotr Sommer [red.]

O krok od nich. Przekłady z poetów amerykańskich

Wydawnictwo Karakter, 2018

Liczba stron: 786

 

Marcel Proust

W poszukiwaniu utraconego czasu. W stronę Swanna

Tłum. Krystyna Rodowska

Officyna, 2018

Liczba stron: 476

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, krytyczka literacka i telewizyjna, doktor literaturoznawstwa. Prowadzi zajęcia na Wydziale Polonistyki UJ. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014), biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016) oraz tomu „Odkrywanie Ameryki. Wybór tekstów krytycznych z lat 2010-2017” (WUJ, 2018). Wydała także autorski notes „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Pisze literaturę faktu, mieszka na krakowskim Kazimierzu.