popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Jadąc do Mordoru („Przyjdzie Mordor i nas zje” Ziemowita Szczerka)
morodr
RECENZJE | 08.07.2013

Jadąc do Mordoru („Przyjdzie Mordor i nas zje” Ziemowita Szczerka)

Antyprzewodnik po Ukrainie?

Taki – dość banalny – tytuł przyszedł mi na myśl, gdy zaczynałem pisać o książce Ziemowita Szczerka Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian, wydanej niedawno przez Korporację Ha!art. Jednak szybko uświadomiłem sobie, że utwór Szczerka – w sensie krajoznawczym – po niczym konkretnym nas nie „przewodzi”, nawet w „alternatywny” sposób, z prefiksem „anty”. Choć podróż bohatera-narratora, Łukasza Ponczyńskiego – niewątpliwie noszącego zresztą wiele „autorskich śladów” (doktorat na politologii, pochodzenie z Krakowa) – możemy bez większego trudu odtworzyć na mapie, to nieporozumieniem wydaje się nazwanie książki Szczerka mianem podróżniczej. Jeśli już użyłem słowa, które dziś kojarzy się z instytucją biura podróży lub co najwyżej z odzianymi w kolonialny strój przystojniakami wąchającymi kawę lub przyprawy w scenerii jakiegoś egzotycznego symulakrum, to wolę powiedzieć, że Przyjdzie Mordor… to nie książka podróżnicza, lecz książka o podróży – rozumianej jak najszerzej, jako próba dojścia do granic własnej wspólnoty kulturowej.

Trudno jest pisać o podróży w epoce kompulsywnego nomadyzmu, gdy przemierzanie kontynentów stało się rodzajem świeckiej religii – bez względu na to, czy mówimy o formie „mainstreamowej”, kreowanej przez potężny przemysł turystyczny, czy „alternatywnej”, starającej się wytyczać nowe ścieżki. Oczywisty staje się nie tylko brak białych plam na mapie świata. Współczesny podróżnik musi liczyć się także z tym, że przyjeżdżając w nowe miejsce, całkiem prawdopodobnie zastanie tam już innych przybyszów – robiących zdjęcia lub, jak u Szczerka, robiących zdjęcia… innym turystom robiącym zdjęcia. Wielu piszących obecnie o podróżach nie może poradzić sobie z tym problemem. Niektórzy – często popadając w wewnętrzne paradoksy – uciekają się do utyskiwania na masową turystykę i ogólny pęd do travellingu. Inni, jak gdyby nigdy nic, starają się wziąć w nawias cały turystyczny sztafaż współczesnego podróżnictwa, dotrzeć do tego, co w ich mniemaniu stanowi esencję odwiedzanego miejsca (a co częściej jest po prostu zwykłą kliszą) i usunąć z pola widzenia wszystko, co ją przysłania – łącznie z ludźmi, którzy, jak wiadomo, tylko wpychają się w kadr.

Inaczej jest u Szczerka. Autora Przyjdzie Mordor i nas zje interesują nie tylko miejsca, które odwiedza, i ludzie, których spotyka. Dużo czasu poświęca on także na wertowanie własnego bagażu – mentalnego, symbolicznego – z którym przyjeżdża na Ukrainę. Nie stara się sprawiać wrażenia obserwatora o „niewinnym oku”. Nie udaje, że przyjazdowi Polaka na dawne Kresy nie towarzyszy żaden kulturowy kontekst (a raczej pre-tekst), i że odwiedzić Kamieniec Podolski czy Drohobycz to tak samo jak przypadkowo i bez planu przyjechać do Babadag. Dlatego też w trakcie swoich powrotów na Ukrainę bacznie przygląda się nie tylko tubylcom, ale także przybyszom. Są wśród nich m.in. – świetnie i z dużą dozą humoru sportretowane – postaci dwóch egzaltowanych polonistek, które przyjechały do Drohobycza zapalić świeczkę w miejscu śmierci Schulza, odurzyć się syropem Vigor i snuć wizje przyszłego życia w squacie „gdzieś na Ukrainie”; są wycieczki Polaków rozczulające się nad (rzekomo) polskim dzieckiem żebrzącym na ulicach Lwowa tudzież recytujące sonety Mickiewicza na skałach Krymu; są slawiści, którzy sprawiają wrażenie, jakby „Ruscy” potrzebni im byli tylko w roli kompanów do picia (a raczej do „przepicia”: Upić Ruskiego, by zdobyć sławę mołojecką w środowisku slawistów. A przepić Ruskiego! To by było dopiero!); jest i grupka krakowskich biznesmenów, którzy wyjeżdżają za wschodnią granicę, żeby zaznać ukraińskiego hardkoru („Bania, pub crawl i burdel na koniec”).

Mordor jest w nas

Wraz z rozwojem książki ów pre-tekst polskich wypraw na Ukrainę okazuje się coraz ciemniejszy, coraz mniej niewinny, naznaczony pewną formą – przynajmniej symbolicznego – panowania. Objawia się w nich coś niestosownego, budzącego wstręt, nawet wtedy – a może szczególnie wtedy – gdy towarzyszy im estetyczny zachwyt nad „elementami lokalnego kolorytu”:

Korwaks był fotografem. Razem z podobnymi sobie kolegami łazili po Ukrainie obładowani fotograficznym sprzętem jak armijne tabory. […] I potem rozwijali ten swój fotograficzny kram pod rozwalającymi się chałupami, w błocie u stóp pijaków i cykali im tymi armatami ambitne portretówki. Gięli się przed babuszkami i przez filtry łapali refleksy światła na ich złotych zębach. Fotografowali wybebeszone moskwicze, dzieciaki bawiące się w ruinach kamienic, psy bez zębów, łap, oczu, uszu i ogonów. Zardzewiałe saturatory, perkate baniaki z kwasem chlebowym, przy których siedziały kobiety o wymęczonych, powykręcanych, zgrubiałych stopach.

Ukraina jest tutaj z jednej strony przestrzenią nostalgicznych powrotów, skarbnicą resztek kresowej kultury, których należy bronić przed napierającym Wschodem niczym twierdzy podolskiej. Z drugiej strony jest miejscem realizacji męskich fantazji o rozerotyzowanych wschodnich Słowiankach, poradzieckim skansenem stanowiącym świetną scenerię dla narkotycznych, alkoholowych (i syropowych) tripów. W dwóch słowach: rozmaryn i marihuana. Szczerek bezlitośnie obnaża oczekiwania Polaków przekraczających magiczną linię Bugu. W końcu sam narrator-bohater utworu para się publikowaniem zmyślonych gonzo, wychodzącym naprzeciw czytelniczemu zapotrzebowaniu na historie o ruskim hardkorze.

Autor wyraźnie bawi się tymi momentami, w których rzeczywistość płata figla, i wcale nie kwapi się, by uczynić zadość tym oczekiwaniom: „Ruscy” odmawiają wódki, biedne, polskie dziecko okazuje się małym ukraińskim batiarem, a wyprawa trzech nowobogackich na tanią wódkę i lwowskie prostytutki kończy się mordobiciem gdzieś na ukraińskiej prowincji. Ośmieszona zostaje tutaj forma, jaką przyjmują wobec Wschodu Polacy – chociażby w swojej „sarmackiej” chęci picia z każdym napotkanym tubylcem.

Choć w opowieściach Szczerka jest dużo humoru, przesady, zgrywy, to na pewno jego celem nie było przedstawienie humoreski o Polakach przyjeżdżających na „dziki wschód” i o tym, co z tego wynika. Jednymi z najciekawszych fragmentów książki są te opisujące – czasami pełne dramatycznego napięcia – spotkania polskich turystów z mieszkańcami Ukrainy. Ci, którzy mają odgrywać rolę dostarczycieli rozrywek, statystów do zdjęć lub ewentualnie bezproblemowych towarzyszy zabawy, nagle przemawiają własnym głosem. Tak jest w rozmowie, w której Ukrainka – wcześniej zwracająca uwagę bohaterów przede wszystkim swoimi długimi udami – pyta z wyrzutem Ponczyńskiego:

– Po co tu przyjeżdżacie, wy, Polacy? – zapytała. – Przysłuchuję się wam, od kiedy wsiedliście do pociągu. Wygląda na to, że bardzo wam się tu nie podoba. […] Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, za co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego się można ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość.

Tak jest, gdy Taras – Ukrainiec wychowany w Przemyślu – nie wytrzymuje i wyrywa aparat fotograficzny dwóm Polakom uwieczniającym kiczowaty, „wschodni” wystrój jednego z punktów gastronomicznych:

– O ja! – zawrzasnęli Udaj i Kusaj i rzucili się fotografować. Misia, jelenia, panią za barem, mimo że ta zaczęła wrzeszczeć, żeby nie. Ale Udaj i Kusaj mieli ją gdzieś. Krzyczeli „o ja” i fotografowali. Aż w końcu Taras wyrwał Udajowi aparat z ręki i wyszedł wściekły z lokalu. […]

– Czy wy, kurwa, w ogóle traktujecie nas jak ludzi? – krzyczał. – Czy jak jakiś, kurwa, dziki szczep egzotyczny? Jak jakieś zwierzęta w zoo?

Powyższe fragmenty uświadamiają także, że formy współczesnego turyzmu – przy oficjalnym kulcie tego, co odmienne – mogą przyczynić się do załamania wszelkich prób dialogu międzykulturowego; do tego, że obcy kraj zacznie być postrzegany jako coś w rodzaju lunaparku, a nie jako miejsce, o którym ktoś – tak jak Taras z książki Szczerka – może powiedzieć:

My tu żyjemy, to jest nasza rzeczywistość. My tu mamy swoje lęki, swoje nadzieje. Co więcej, my, kurwa, musimy tę rzeczywistość jakoś starać się polubić, żeby nie zwariować. Traktować ją serio. Z całą powagą. Bo innej nie mamy.

Między Zachodem a Mordorem

Można więc zapytać o to, w jaki sposób Szczerek przedstawia Ukrainę jako miejsce do życia, miejsce, w którym mieszkają ludzie. Autor nie wprowadza nas w szczegóły intelektualnych i politycznych debat we współczesnym Lwowie czy Kijowie (to w jakimś stopniu zubaża utwór, choć też na pewno nie stanowi celu Szczerka). Interesuje go raczej ukraińska codzienność, jej materialna warstwa (w tym na pewno przypomina Stasiuka). Od debat uniwersyteckich bardziej pociągają go te knajpiane czy uliczne, dzięki czemu ukraińskie opowieści Szczerka nabierają osobistego posmaku.

Pisarz jest także sprawnym stylistą. Jeśli chodzi o odwagę niektórych metafor i porównań (to chyba jego ulubiony środek stylistyczny, czasami może nadużywany), znów zdaje się sporo zawdzięczać Stasiukowi – szczególnie wtedy, gdy przeprowadza ciekawe paralele między porządkami natury i kultury w opisie ukraińskich miast czy domów. Jednak w przeciwieństwie do autora Jadąc do Babadag Szczerek świetnie odnajduje się także w żywiole słowa mówionego. Dialogi stanowią integralną część utworu. Pisarz nie boi się zaskakujących zestawień stylów czy sięgania po dziwaczne zgrubienia, wulgaryzmy i barbaryzmy. Widać – a raczej słychać – w nich, że stara się oddać idiolekty swoich ukraińsko- i rosyjskojęzycznych rozmówców. Być może taki – „słuchowy” i nastawiony na rozmowę – odbiór ukraińskiej rzeczywistości jest także formą buntu Szczerka przeciwko skopicznemu turyzmowi, dążącemu do fotograficznego zatrzymania rzeczywistości? Dzięki niemu możemy poznać Ukrainę z perspektywy jej mieszkańców, za pośrednictwem ich historii, anegdot, ale i stereotypów.

Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że Szczerek nie przemawia z pozycji moralizującego obrońcy Ukrainy przed zakusami polskiego neoimperializmu, a książki nie poprzedza laudacyjne wyznanie „ukrainofila” – w stylu czechofilskiego coming-out’u Mariusza Szczygła w Zrób sobie raj. Nie popada w formę protekcjonalnego pochylania się nad „tymi biednymi Ukraińcami”; ośmiesza ją, przedstawiając dwóch Amerykanów, którzy w humanitarnym odruchu serca zdecydowali się na dwuletni pobyt na ukraińskiej prowincji i po dwóch tygodniach zaczęli myśleć o powrocie. Autor nie kryje się także ze swoim niejednoznacznym stosunkiem do Ukrainy, co według mnie przemawia tylko na jego korzyść. Przygląda się własnym – wewnętrznym i mentalnym – barierom.

Najpełniej widać to w rozdziale opisującym podróż na wschód Ukrainy, daleko za linię Zbrucza, niegdyś wyznaczającą granicę między cesarsko-królewską Mitteleuropą a Imperium Rosyjskim. Bohater, Łukasz Ponczynski, odbywa ją w towarzystwie wspomnianego Tarasa – lwowskiego separatysty uważającego, że wschód i zachód Ukrainy dzieli przepaść cywilizacyjna, którą mogłoby przekreślić jedynie odłączenie się Hałyczyny (Galicji) od reszty państwa. Taras przerywa swą podróż już w Zaporożu – po prostu nie chce jechać dalej, w stronę, jak sam to określa, Mordoru. Jest w tym dużo prawdy na temat istoty orientalizmu przypisującego to, co wschodnie (w domyśle: gorsze), zawsze temu Innemu. Ponczyński dojeżdża jeszcze do Dniepropietrowska (czyli nawet nie do rosyjskojęzycznego Donbasu) i też ma dosyć. Przerażają go szarość miasta, ogólna beznadzieja oraz ostentacyjny blichtr przebłysków bogactwa, które w nieudolny sposób stara się odciąć od tej byle jakiej rzeczywistości.

Rozdział ten można odczytać ironicznie: autorowi „hardkorowych” gonzo wydaje się, że panuje nad obcą rzeczywistością, a ta nagle zaczyna go przerastać. Część tę można także uznać za niekonwencjonalny – ale jakże prawdziwy – zapis nietypowego doświadczenia podróży. Napotkani ludzie nie zachęcają tutaj do spotkania i dialogu, ich twarze nie objawiają się bohaterowi w epifanii, ale w karykaturalnym grymasie, deformacji. To, co inne, nie jest obiektem estetycznego zachwytu lub przynajmniej intelektualnego namysłu. Budzi irracjonalny strach, poczucie nieprzekraczalnej obcości – pogłębione na pewno przez kaca jak jasna cholera.

Ta część książki – swoim jednak dość powierzchownym potraktowaniem zmityzowanego wschodniego Mordoru Europy (nie ma tu ani jednego dialogu z mieszkańcem Zaporoża czy Dniepropietrowska) – może budzić pewien niedosyt. Prowokuje także pytania o polityczną wymowę utworu: Hałyczyna to jeszcze cywilizowany Zachód – reszta Ukrainy już nie? Jednak Szczerek na pewno broni się przed zarzutami o jakąkolwiek, choćby ukrytą, antywschodniość czy rusofobię. Bez cienia uprzedzenia rozmawia przecież z Rosjanami czy Tatarami na Krymie. Opis wyprawy do Dniepropietrowska – jakby wbrew turystycznym mitom –  pokazuje raczej, że nie potrzeba jechać na koniec świata, żeby odkryć swój prywatny Mordor – przestrzeń obcą, w której podróżny musi w pierwszej kolejności skonfrontować się z własnym wyobcowaniem. Uświadamia także, że ów Mordor – choć może zwyczajnie się nie podobać czy nawet odpychać – nie ma też zamiaru nikogo „zjeść” i tak naprawdę najbardziej pochłonięty jest własnymi sprawkami:

[…] uświadomiłem sobie nagle z olśniewającą jasnością – nie mają ze sobą problemu. Z tym, kim są. Dobrze się czują w swoich skórach. W swojej rzeczywistości. Absolutnie dobrze.

 

Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

Ziemowit Szczerek

Korporacja Ha!art, 2013

Liczba stron: 222

Paweł Pijanowski

Paweł Pijanowski

(ur. 1987) – absolwent filologii polskiej i europeistyki, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Naukowo i pozanaukowo interesuje się tożsamościami Europy Środkowej i Bałkanów, pograniczem kulturowym i pisaniem o podróżach. Lubi włóczyć się po miastach i bezproduktywnie gapić się na google maps. Pracuje w Księgarni Młodej.