meczowszystko
RECENZJE | 07.10.2013

Innej gry nie ma (D. DeLillo „Mecz o wszystko”)

Chłopaki, módlcie się. Módlcie się, ale zapomnijcie, jak się mówi. Od tego momentu będziecie mieli dwa języki. Pierwszym z nich będą komendy. Usłyszycie o tym, że przeprowadzacie rajd monsunem, pokonujecie pchnięcie dziewiątym drylem, uwaga na poślizg na wirażu. Taft poda do skrzydłowego chwytacza, żeby go wypuścić na słupek. Gary będzie blokował skrajnego. To mówię ja, wasz trener. Wy nie będziecie mieli nic do powiedzenia. Wy możecie wydawać te swoje odgłosy, okrzyki czy co tam jeszcze. Zapamiętajcie tylko nazwy zagrań: ,,średnie sito na zachód”, ,,alf-set”, ,,daj mi dwa”. I, cholera, przestańcie być zbyt uprzejmi. Nie dajcie się zabić, zgniećcie ich. I, cholera, chłopaki, niech duma nigdy nie powstrzymuje was od modlitwy.

Czas potu i czas krwi

Trener drużyny futbolowej przy Logos College nazywany jest watażką i mściwym patriarchą. Emmet Creed pracuje ze swoją jedenastką od nie tak dawna. Do nowości, jakie wprowadził na boisku, należy wieża. Przed każdym meczem i treningiem Emmet Creed wchodzi na wieżę, a potem z niej schodzi. Facet mało mówi, mało krzyczy, robotę odwalają za niego pozostali trenerzy. A chłopaki z drużyny chcieliby usłyszeć od niego parę słów, szczególnie podczas tego najważniejszego meczu. Chciałby je usłyszeć Gary Harkness, narrator powieści Dona DeLillo Mecz o wszystko. Gary chce usłyszeć coś więcej niż tylko nazwy zagrań czy odzywki typuzabiję cwela albo srajszczyna z prawa i lewa. Gary chciałby, żeby trener nazwał sytuację na boisku i powiedział, co robić. Ale trener nie mówi nic, może dlatego, żeby przypomnieć zawodnikom, że każdy ma po prostu robić swoje.

Powieść Mecz o wszystko została wydana w 1972 roku.  Można zapytać, czy całość zmieniłaby swój wydźwięk, gdyby zamiast futbolu amerykańskiego pojawiła się tu piłka nożna, siatkówka albo koszykówka. Przecież również w koszykówce jest drużyna i duch jedności, ale jak wspomina w Meczu… Myna Corbett, przyjaciółka Gary’ego, tam za bardzo widać pot spod pach. W futbolu pot miesza się na podkładzie siniaków z krwią, śliną, zębami i włosami. Do tego łatwo przedostać się dzięki niemu wprost w kulturę Stanów Zjednoczonych lat 70., z wojną w Wietnamie w tle. A DeLillo pisze Amerykę od pierwszej swojej powieści pod znaczącym tytułem: Americana.

Szukałem w tym rytmu klasycznej śmierci”

Futbol jest twardy i – tak, futbol jest jak wojna. Ale ta wojna zostaje na zewnątrz, bo, jak mówi Alan Zapalac, jeden z nauczycieli college’u: odrzucam koncepcję futbolu jako wojny. Wojna jest wojną. Nie potrzebujemy namiastek, skoro mamy autentyk. Proste porównanie tych dwóch rzeczywistości nie gra u DeLillo. Gra za to ciągłe powtarzanie i podważanie tego porównania-kliszy, podobnie zresztą jak i wielu innych prostych analogii. Postać futbolisty, na przykład, wydawałoby się, że jego życie to trening, komendy, bijatyka dla sportu na boisku i walka na pięści poza boiskiem. Trochę zamroczenie zmysłów podczas meczu, kiedy czasem po murawie falują dziwne wizje i wysącza się obłęd. Lecz wszędzie poza boiskiem futbolista kroczy najprostszą z możliwych ścieżek. Jego myśli są zdrowo i sympatycznie pospolite, a uczynków nie komplikuje historia, enigma, zagłada ni marzenie – wyjaśnia Gary-narrator na samym początku powieści. Jednak pojęcia „rzeczywistości”, „historii” i „zagadek bytu” pojawiają się w każdej rozmowie szatniowej futbolistów, okpiwane i poważane na przemian.

Gary sporo rozmyśla, a sprzyja temu także zachodni Teksas, miejsce, w którym żyje: […] w samym środku zupełnego odludzia, tak płaskiego i gołego, że wygląda jak kres udokumentowanego czasu. Do codziennej rutyny Gary’ego należy kilka sprecyzowanych elementów: uczy się na pamięć nowego trudnego słowa, pisze list do kochanej osoby i powtarza nazwisko oraz daty pełnienia funkcji jednego prezydenta USA. Codziennie plastycznie i szczegółowo wyobraża sobie również kataklizm i zagładę jakiegoś miasta: na przykład Bostonu albo Nowego Jorku, zalanego morzem ognia.

Czas pustyni i czas przepysznej murawy

Mimo że miejscami narracja wpada w wyżłobienia collegowej powieści obyczajowej o futbolowej drużynie, to przecież autorem jest DeLillo i wszystko przesiąknięte jest niepokojącym surrealizmem. Nawet jeśli kształtuje się tu jakiś rytm opowiadania, równie regularnie jest on rozbijany. Mamy tu opisy treningów i rozmowy w akademikach, dywagacje na temat zmian na pozycjach w drużynie i tego, ile kto waży, czy jaką ma fryzurę. Ktoś stwierdza, że w poczuciu tożsamości trenera dominuje jakaś ogromna wizja, a Buddy Shock wtrąca, że tożsamość – równoważność spełnienia przez wszystkie możliwe wartości zmiennych, dla których znormalizowane wyrażenia zawarte w tej równoważności są określone ilościowo. Wiemy, że to definicja matematyczna, ale jednak Buddy  wtrąca ją dość niespodziewanie. Choć w gruncie rzeczy czemu nie interpretować tego jako definicji filozoficznej? Równoważność brzmi całkiem nieźle. Podstawić do wzoru zmienne. Jest normalizacja. Otrzymuje się jakąś tożsamość, a lepsza chyba jakaś niż żadna.

Podobnym rozbiciem rytmu są opisy kataklizmów autorstwa Gary’ego lub któregoś z jego profesorów zajmujących się uzbrojeniem; Gary’ego interesuje głównie zastosowanie broni jądrowej i często drąży ten temat. Anatol Bloomberg chciałby się za to „odżydzić”, ewentualnie schudnąć, a Myna zająć studiowaniem twórczości Tudeva Nemkhu, mongolskiego autora fantastyki naukowej, który ma mnóstwo zakonspirowanych czytelników. Billy Mast chodzi na ćwiczenia z niewysłowioności. Uczestnicy uczą się tam na pamięć dziewiątej elegii duinejskiej Rilkego. Znajomość niemieckiego jest podstawowym warunkiem nieprzyjęcia studenta do grupy. W chwilach stresu rzuca dla rozluźnienia kilka słów po niemiecku, z przykrością zauważa jednak, że wie, co niektóre z nich oznaczają – po tylu miesiącach nauki, chcąc nie chcąc, ,,weszły” mu. Podobnie Gary i chłopaki, kiedy tworzą swoje teorie na temat znaczenia gry w futbol, mówią o psychomityzacji, kryptoautoironii i innych – wymieniając słowa i konteksty na tyle często, że zaczynają one tracić na znaczeniu, stając się czymś w rodzaju tak zwanego ,,trudnego słowa”.

Boisko zasypane słowami

W karierze sportowej Gary’ego też dokonuje się swojego rodzaju przesunięcie znaczeń. Pierwszym hasłem, jakie nastolatek słyszy od ojca, jest Wciągnij brzuch i dodaj gazu. Potem ze strony rozmaitych trenerów pada w jego stronę wiele słów na temat specyfiki gier zespołowych, niezbędności poświęceń, jedności i mikrokosmosu życia. Przez trzy lata towarzyszy hasło wypisane na tekturze: KIEDY ŻYCIE STAWIA TRUDNE WARUNKI/TWARDZIEL STAWIA SIĘ ŻYCIU. Idea, którą wyrażała, oczywiście niezbyt mnie nęciła, ale czułem, że źródłem piękna są same słowa, litery, połykanie samogłosek przez spółgłoski, agresja i tkliwość, połowiczne samoodtwarzanie z wersu na wers, ze słowa na słowo, z litery na literę. Spełzło wszelkie znaczenie. Słowa stały się obrazkami.

Znaczenie zanika przez uporczywe powtarzanie i właśnie powtórzenia pewnych wątków tworzą surrealistyczny nastrój powieści. Są to na przykład opisy strategii wojennych,  ciągnące się tak długo, aż każdy z nich wytrąca się w bełkot, zbliżając opisy uzbrojenia do streszczenia powieści fantastycznonaukowej. Zachwyca opis meczu w śniegu i mrozie, gdzie całość – podporządkowana jest komendom trenera Jessego, który stawia zawodnikom kolejne zakazy i ograniczenia – aspiruje do rangi samodzielnego fragmentu, noweli.

Można tu przywołać dla porównania początek Podziemi (późniejszej o szesnaście lat powieści Dona DeLillo), a dokładniej: wstępnej, niezależnej jej części opisującej mecz baseballowy. Mecz, na który składają się opisy zachowań pojedynczych osób, zawodników, komentatorów, kibiców. Towarzyszą im pojawiające się ciągle papiery i inne śmieci, lecące z trybun na boisko: Pafko jest już poza zasięgiem papierowego deszczu, biegnie truchtem do pawilonu. Ale papier wciąż prószy. Jego pierwsze fale były lekko niechętne, szydercze, a w środkowych przejawiał się instynkt stadny kibiców, natomiast ta ostatnia manifestacja ma w sobie pewną łagodną osobowość. Papier sypie się zewsząd: kwity z pralni, koperty zwędzone z biura, zgniecione pudełka po papierosach, lepkie torebki od lodów, kartki z notesów i kalendarzyków kieszonkowych, spłowiałe banknoty dolarowe, fotografie podarte na kawałki… – im bliżej do końca rozgrywki, tym więcej sypie się papierowych skrawków, nakręcając atmosferę podniecenia nie gorzej niż kolejne podania i zdobyte bazy.

„Wyczułem w piłce wiedzę”

Futbol amerykański nie może być prostą metaforą wojny, bo sam w sobie, jako produkt kultury, jest wyższy niż wojna. Wyższy również niż elegancki komentarz sportowy, jakim jest obudowany, wyższy niż układy między drużynami, ceny transferowe zawodników, splendor wystąpienia w telewizji czy w gazecie. O awansie w tabeli wspomina się rzadko, bo w pomniejszej lidze nie o to chodzi. Drużyna Logos College jest przecież poza tym światem, gra głównie z drużynami przytułków i domów starców, a tytułowy pojedynek z drużyną Centrexu jest szansą na wybicie się. Futbol amerykański zamknięty w komentarzu jest równie śmieszny jak Wall, informator sportowy, który przyjeżdża i chce zbudować drużynę na nowo wokół Tafta i Gary’ego, tylko dlatego, że ich imiona dobrze brzmią: T i G, Taran i Grom.

Tymczasem u DeLillo mecz futbolowy ma już w sobie wszystkie symbole, jakich potrzebuje człowiek. Wzorowy widz to ktoś, kto rozumie, że sport jest poczciwą iluzją, jakoby możliwe było istnienie ładu. Sport to społeczność niezaszczurzona, bezpieczna dla nienarodzonych i tak zorganizowana, że wszyscy przestrzegają identycznych reguł; poddana elektronicznemu nadzorowi, ograniczająca zatem ryzyko ludzkich pomyłek i pożyteczna dla przemysłu; eliminująca niedorajdów i karząca winnych; zawsze dążąca ku doskonałości. Wzorowy widz miewa wprawdzie chwilowe zachcianki, lecz nie dotyczą one wojny. Potrzebuje natomiast detali – wrażeń, barw, danych statystycznych, tajemnic, liczb, idiomów, symboli. Futbol zaspokaja tę potrzebę lepiej niż inne dyscypliny sportowe. Jako jedyny sport podporządkowany jest dyktatowi języka, wywoływanym hasłom, numerowi wyrzutu, kodowi barw, nazwie zagrania.

Strefa końcowa

I to jest piękne. I to jest ironiczne, całościowo podważane, brane w nawias i mieszane z ogólną atmosferą odrealnienia, gdzie rzeczywistość co chwila się rwie, a na środku pustyni leży nieduży kamień, który ktoś pomalował czarną, lśniącą farbą. Nie ma mowy o wizerunku prawdziwej drużyny futbolowej, bo mamy lata 70., a pisarz nazywany jest postmodernistycznym. W szatni po treningu robi się aluzje do Dostojewskiego, jest buddyzm, jest próba z gatunku trener-Bóg (a ponad wszystko nie zapominajmy proszę o „Logos” w nazwie drużyny).

Zastanawia również tłumaczenie tytułu powieści, w oryginale End Zone, po polsku Mecz o wszystko, co sugeruje skupienie na najkrótszej, środkowej części powieści, czyli opisie meczu z Centrexem. End zone to pojęcie oznaczające linie krańcowe boiska w futbolu amerykańskim, które do wielu poziomów, na których porusza się narracja, dorzuca jeszcze tę nadrzędną „strefę końcową”.

Mecz o wszystko znosi czytelnika w inne rejony skojarzeniowe, w połączeniu ze zdjęciem na okładce zapowiada powieść „sportową”. Tymczasem zawartość może okazać się zaskakująca dla tych, którzy szukają emocji na miarę widowiska futbolowego: bólu, walki, krwi i smaku zwycięstwa.  Jednak ci, którzy znają nazwisko DeLillo, nie dadzą się zwieść. Czytelnicy nastawieni na rozrywkę otrzymają zaś czarną komedię, w której próbuje się stawiać pytania. O wszystko.

 

——-

Don DeLillo

Mecz o wszystko

Przekład: Michał Kłobukowski

Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2013

Liczba stron: 208