u2a
RECENZJE | 22.09.2014

Indie za 100 milionów dolarów (U2 „Songs of Innocence”)

W mojej głowie rysuje się następująca scena: Bono przyjeżdża spóźniony pod Hanover Quay Studios, dublińską siedzibę zespołu. Wbiega na salę prób. W uniesionej ręce dzierży niczym znicz olimpijski iPoda. Znudzona oczekiwaniem reszta składu przerywa na chwilę strojenie instrumentów, patrzy ze zdziwieniem na swojego frontmana, ten jednak gra zawiesistą pauzą. Słowa takie jak te wymagają suspensu, celebry. Bono ściąga powoli okulary, nie odrywając przy tym wzroku od swoich kolegów. Wreszcie bierze głęboki wdech i mówi: Oto jest brzmienie współczesności. W tym kierunku pójdziemy.

A potem panowie słuchają przez kilka godzin płyt indie wydanych około dekadę temu.

Szydzić z wokalisty U2 jest naturalnie niezmiernie łatwo. Przede wszystkim dlatego, że Paul Hewson, znany szerszej publiczności jako Bono (w ogóle: co to za ksywa?) sam wystawia się na zadawane mu razy. Rejestracja własnej firmy w kraju z korzystniejszymi niż w Irlandii stawkami podatkowymi, kreowanie się na ostatniego obrońcę uciśnionych, uzdrawianie chorych i wypowiedzi wskazujące na to, że ego Irlandczyka potrzebuje podczas tras koncertowych zespołu osobnej ciężarówki. To wszystko wystarczy, żeby stać się „ulubieńcem” czytelników prasy muzycznej i nie tylko – polecam komentarze pod newsami związanymi z zespołem, jakie pojawiają się na fanpage’u New Musical Express lub Pitchfork: zachęcanie wokalisty do jedzenia własnych fekaliów i „uprzejme prośby o oddalenie się” są w nich nienaruszalnym standardem. Inna sprawa, że cała niechęć do zespołu, związana głównie z jakością nagrywanych przez nich od kilkunastu lat albumów (wizualno-smakowym ekwiwalentem tych wydawnictw mogłaby być na przykład sałata wymieszana z kawałkami surowej rzepy) koncentruje się wyłącznie na postaci Bono. Cóż, taki już los tych, którzy zdecydowali się grać na szpicy.

Niezapowiedziane wydanie Songs of Innocence oszczędziło nam na szczęście poprzedzających premierę deklaracji w rodzaju: To nasza najlepsza płyta! lub The Edge is on fire! Wszyscy, którzy cenią sobie ejtisowe U2 lub brzmieniowe eksperymenty z Pop lub Zooropy, musieli czuć rozbawienie wymieszane z politowaniem, konfrontując buńczuczne zapowiedzi z realną zawartością dwóch poprzednich płyt. Inna sprawa, że tym razem The Edge rzeczywiście jest na ogniu. Zresztą, całemu zespołowi należą się słowa pochwały za to, że odeszli od „sprawdzonego” sposobu pod tytułem ja gram coś na gitarze z delayem, ty coś zaśpiewaj i tego. Inna nazwa tego modelu brzmi Zagrajmy to jak Coldplay, tylko jeszcze gorzej. Fakt, że U2 chwilowo zawiesza swoją krucjatę związaną z graniem muzyki dla przedstawicieli handlowych firm produkujących przyprawy, musi wydać się intrygujący. Nie ma się jednak co łudzić, że nagłe wydanie nowego albumu i odświeżenie brzmienia świadczą o spontaniczności i zaniechaniu wszelkiej kalkulacji. „Indie-przełom” w twórczości U2 jest podszyty wielomilionowym kontraktem z Apple, który był jednym z gorących tematów ostatniego tygodnia.

Niezależnie od tego, czy całemu zespołowi należy się kilka ciepłych słów za otwarcie się na nieco („nieco” – patrz pierwszy akapit) świeższe inspiracje, problemem pozostaje jednak Bono (ojej, znowu on). Wokalista U2 momentami sprawia wrażenie najmniej pomysłowego wokalisty na Ziemi. Przykładem niech będzie Raised by Wolves, który początkowo intryguje „ciętą” gitarą (Bloc Party czy raczej Gang of Four?), by znaleźć kulminację w refrenie niczym z młodzieżowego serialu o wampirach. Podobnie sprawa wygląda w Volcano ze zwrotką opartą na gęstym basowym riffie i niezłym przedrefrenem, po którym następuje coś, co zdaje się być niezamierzoną parodią Franz Ferdinand. Opener pod tytułem The Miracle (of Joey Ramone) rozpoczynają niby-to-plemienne chórki i przesterowana gitara, jednak refren to już nijakość w stanie czystym. Do tej listy można by jeszcze dopisać choćby Cedarwood Road oraz This Is Where You Can Reach Me Now. „Stadionowym” zespołom takim jak U2 można wybaczyć wiele rzeczy. Poza jedną: nieumiejętnością pisania „hymnów”.

Mimo to trudno stwierdzić, że mamy do czynienia z kiepską płytą. Jednym z najlepszych utworów jest bez wątpienia poświęcony matce Bono utwór Iris – w tym wypadku refren mógłby śmiało znaleźć się w jednym z kawałków Foals, co uważam akurat za atut. Spory potencjał przebojowy wykazuje, przywodząca na myśl atmosferę z All That You Can’t Leave Behind, <<California>>, lekko przyprawiona brzmieniami syntezatorów. W Sleep Like a Baby Tonight panowie ponownie sięgają z powodzeniem po synthy, płytę zamyka zaś udany Trouble z gościnnym udziałem Lykke Li. Obecność szwedzkiej wokalistki można uważać za symptomatyczną w kontekście „nowego” brzmienia U2. Zresztą, trudno się dziwić: lista artystów, którzy supportowali zespół podczas tras koncertowych w XXI wieku, zawiera w sobie niemal całą arystokrację indie-mainstreamu (tak, wiem, że to może wyglądać na oksymoron, proszę we mnie nie rzucać pustym kubkiem po kawie ze Starbucksa).

Wraz z powrotem do lat tytułowej „niewinności” (trudno nie zauważyć, że to płyta pełna wspomnień i dedykacji) U2 „wraca” do brzmień, które znalazły już w twórczości młodszych kolegów po fachu o wiele bardziej satysfakcjonujące rozwinięcia i reinterpretacje. To mały krok dla muzyki, ale wielki krok dla U2, jak mawiają amerykańscy astronauci. Nie sposób jednak obyć się bez wątpliwości: czy to coś więcej niż koniunkturalny zabieg, który ma zapewnić zespołowi nowe grono młodszych słuchaczy? Czy może świadoma próba udowodnienia, że mamy do czynienia z czymś więcej niż obwoźnym muzycznym skansenem w rodzaju Stonesów? Wreszcie: czy świat potrzebuje U2, skoro ma Arcade Fire?

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.