• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 21.01.2019
Imadło amerykańskiej demokracji („Vice”)
Recenzje | 21.01.2019

Imadło amerykańskiej demokracji („Vice”)

Adam McKay po latach kręcenia błahych, żeby nie powiedzieć głupich, komedii z Willem Ferrellem objawił się w 2015 roku jako błyskotliwy scenarzysta i reżyser za sprawą filmu The Big Short. Ta niezwykle inteligenta i niewymuszenie zabawna epopeja o tym, jak doszło do największego kryzysu finansowego XXI wieku przyniosła McKayowi Oscara i miano czołowego speca od politycznych tematów w Hollywood. Wchodzący właśnie na polskie ekrany Vice jest powtórzeniem formuły, która już raz zadziałała, oraz kolejną ambitną próbą zdiagnozowania amerykańskiej mentalności.

Sam tytuł filmu od razu rodzi szereg asocjacji, które działają na wyobraźnię. Pierwszym i oczywistym znaczeniem angielskiego vice w kontekście bohatera jest wiceprezydent, którym Dick Cheney był w latach 2001–2009 w administracji George’a W. Busha. Vice jednak znaczy również: imadło, występek, wada, nałóg, zacisk. Każde z tych pięciu słów zestawione z postacią Cheneya, kojarzonego powszechnie bardziej jako szara eminencja Białego Domu, od razu wywołuje serię skojarzeń, które nie są dla bohatera pochlebne. Twardogłowy pragmatyk, żądny władzy, który ma nieczyste zamiary. To nie zwiastuje laurki na cześć protagonisty, a napis na początku podważa wierność faktom i powagę tematu: Przedstawiona historia jest prawdziwa. Albo jest na tyle prawdziwa, na ile może być, biorąc pod uwagę, że Dick Cheney jest jednym z najbardziej skrytych przywódców w historii. Ale bardzo się, k*rwa, staraliśmy. (The following is a true story. Or as true as can be given that Dick Cheney is one of the most secretive leaders in history. But we did our fucking best).

Film rozpoczyna się od dwóch najbardziej skrajnych momentów w życiu Cheneya (w tej roli Christian Bale oraz mistrzowska charakteryzacja). Pierwszym jest zatrzymanie go przez policję w 1963 roku (był wtedy pracownikiem fizycznym w przedsiębiorstwie energetycznym) podczas prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu. Drugim jest chwila 38 lat później, kiedy jako wiceprezydent USA obserwuje w schronie doniesienia medialnie o atakach 11 września. Oba te wydarzenia okazały się przełomowe. Pierwsze zmusiło jego żonę Lynne Cheney (Amy Adams) do postawienia ultimatum: albo weźmie się w garść i poukłada swoje życie, albo ona wnosi o rozwód. Dzięki temu Cheney pozbierał się, skończył przerwane studia i zaczął karierę w administracji USA. Drugi moment, będący największą tragedią w historii USA, staje się dla niego okazją, którą według twórców filmu cynicznie wykorzysta i która zdefiniuje jego rolę w historii Ameryki. Wojna w Iraku rozpoczęta przez administrację Busha spowodowała, że akcje firmy paliwowej, z którą związany był Cheney, poszły w górę o 500%, co sprowokowało oskarżenia, że od początku chodziło tylko o pieniądze.

Obserwujemy zatem drogę Cheneya od przysłowiowego zera do najbardziej wpływowego człowieka na świecie, który decyduje o życiu milionów. Do polityki wchodzi u szczytu panowania Richarda Nixona, w administracji którego pracuje na zaproszenie Donalda Rumsfelda (Steve Carell). Utrzymuje się tam nawet po przejęciu władzy przez Geralda Forda. Gdy nowe wybory wygrywa Jimmy Carter, Cheney musi po raz pierwszy zabiegać o głosy wyborców. Absolutnie pozbawiony charyzmy i wiarygodności, nie miałby szans dostać się do Kongresu, gdyby nie wsparcie jego machiawelicznej żony, która prowadzi męża aż na same szczyty Waszyngtonu. Następnie w latach 90. odchodząc z administracji George’a Busha Seniora, Cheney przechodzi na kilka lat do sektora publicznego, gdzie zajmuje się przemysłem naftowym. I tak by już pewnie zostało do emerytury, jednakże pewnego pięknego niedzielnego poranka dzwoni do niego przyszły kandydat w wyborach prezydenckich 2000 roku, który na swojego wiceprezydenta chce jednego z oddanych kolegów taty. Cheney zgadza się i zamiast pomocnikiem szybko okazuje się w tym układzie głównym rozgrywającym, odciskając wielkie piętno na własnym kraju.  

Adam McKay stara się opowiadać historię Cheneya w podobny sposób, w jaki opowiadał o decydujących miesiącach kryzysu finansowego w The Big Short. Błyskotliwe dialogi, szybki montaż i wstawki z dzienników telewizyjnych oraz popkultury. McKay w filmie z 2015 roku wypracował rytm, który sprawił, że prawie dwie i pół godzinny seansu nawet przez chwilę nie nudziły, mimo że opisywano skomplikowane procesy ekonomiczne. W przypadku Vice taki rytm nie do końca udało się uzyskać. Niektóre partie są za długie. Inne przegadane. Być może wynika to z faktu, że tym razem akcja filmu nie jest rozpisana na kilka miesięcy, a na dekady, oraz mamy jednego głównego bohaterem, który zazwyczaj jest zamknięty w czterech ścianach swojego gabinetu. Historia Cheneya nie jest też wdzięcznym materiałem do szybkich zwrotów akcji i wolt, mimo iż twórcy bardzo się k*rwa starają.

Jednak abstrahując od samego rytmu filmu, twórcom udała się rzecz niezwykła. Cheney w interpretacji Bale’a i McKaya urasta niemal do postaci szekspirowskiej. Dzięki imponującej charakteryzacji, odpychającej aparycji i całkowitemu brakowi skrupułów Dick Cheney przypomina współczesnego Ryszarda III, a jego żona współczesną Lady Makbet. W dwóch scenach odniesienia są niemal dosłowne. Po raz pierwszy gdy Cheney z Lynne rozmawiają pentametrem jambicznym w małżeńskim łożu o spotkaniu z Bushem Juniorem. Drugi raz pod koniec filmu, gdy Cheney zwraca się do kamery i wygłasza finalny monolog. Choć samo zestawienie Szekspira z 46. wiceprezydentem USA miało zapewne być kolejną zgrywą z postaci, czyni z niego niemal figurę tragiczną. W ostatniej scenie, tłumacząc się ze swoich kontrowersyjnych decyzji, powołuje się na to, że to on obronił Amerykę przed terrorystami i nie będzie za to przepraszał. Wybraliście mnie i zrobiłem to, o co prosiliście. Trudno zarzucić tym słowom fałsz. Polityka to brudna robota i trzeba do niej ludzi, których metody nie zawsze są czyste.

Kluczową sceną filmu jest moment, gdy młody Cheney tuż po objęciu posady w Białym Domu pyta swojego mentora, Donalda Rumsfelda: W co wierzymy? Rumsfeld wybucha głośnym śmiechem, biorąc to za kunsztowny żart. I choć twórcom przez resztę filmu nie udaje się wyjść szerzej poza tę ironię i, swoją drogą, dość oklepane prawdy o bezdusznych, żądnych władzy politykach, to jednak Vice daje coś cennego. Sprytnie skrojoną rozrywkę, która może choć na moment oderwie widza od popcornu i sprawi, że zastanowi się dwa razy nad tym, komu zaufa w następnych wyborach. McKay, były rzemieślnik prostej rozrywki, żonglując treścią i formą, ostatecznie bardziej niż do krytyków i intelektualistów, woli mówić właśnie do kogoś takiego jak dziewczyna ze sceny z grupą focusową, którą od kolejnej walki republikanina z demokratą bardziej interesuje nowa część Szybkich i wściekłych. Bo być może to jest teraz właśnie prawdziwa sól narodu.