rozewicz_aw
RECENZJE | 22.04.2013

Ile wolno redaktorowi? Przypadek „To i owo” Tadeusza Różewicza

Postawmy sprawę jasno – To i owo nie jest nowym tomem Tadeusza Różewicza, jak mogłaby sugerować okładka. To i owo to książka autora zbiorowego, posługującego się jedynie wszystkim, co w szufladach poety znalezione, a dotąd niepublikowane. Właśnie oni – wydawnictwo Biuro Literackie, redaktor Jan Stolarczyk – są głosem mówiącym, nadawcą komunikatu traktującego o Różewiczu prywatnym, zakulisowym, spoufalonym. Tym samym zbiór faksymiliów, świeżych wierszy, anegdot, autografów, szkiców, wygłupów literackich oraz rysunkowych wpisuje się w trend (czy też wypływa z zapotrzebowania) związany z nadspodziewaną popularnością, jaką w ostatnich dziesięcioleciach cieszą się w Polsce teksty autobiograficzne, na co zwracał uwagę German Ritz („Nowa Dekada Krakowska” 2012, nr 3/4, s. 16-21). Zasady wolnego rynku sprawdzają się i w tym przypadku – popyt nakręca podaż, zwykle ze szkodą dla jakości.

Częścią składową każdej twórczości są także dzieła z jakichś powodów nienapisane, utwory niedokończone bądź ledwie pomyślane i zarzucone, odnotowane marginesowo jako zarys projektu – pisze w posłowiu Jan Stolarczyk. Odważna i niebezpieczna to myśl, bliska stwierdzeniu, że wszystko, co wyjdzie spod pióra artysty, jest dziełem sztuki. Ja skontruję: częścią składową każdej twórczości jest gest selekcji, wyciosania z potoku słów misternej bryły poezji. A Różewicz ciosa zawzięcie, tnie równo! Jednak podczas gdy poeta rozważa użycie najdrobniejszego spójnika (co dopiero wiersza), skreśla całe fragmenty, by nadać pozostawionym słowom odpowiedni kształt (czego licznych dowodów dostarczają zawarte w zbiorze reprodukcje rękopisów), redaktor uwija się pod rusztowaniem, skrupulatnie zbierając wszystkie odłamki wydłubane poetyckim dłutem. Następnie ciosanki skleja i wydaje w formie To i owo, a że częstokroć okazują się niezrozumiałe – opatruje je powściągliwym komentarzem.

I niech by było – epistolografie i diariusze masowo wydawane w Polsce w ostatnich latach są siłą ożywczą dla recepcji znanych dzieł, powszechnego wizerunku artystów. Profesjonalnie opracowywane przez sztab specjalistów – de facto ich cichych współautorów – zwykle wnoszą do przestrzeni literatury nową jakość. Tymczasem nie mogę wyzbyć się wrażenia, że To i owo (Różewiczowa sylwa artystyczna) nie powiedziało mi o poecie wiele nowego. A czego się dowiedziałam – spieszę donieść.

Język Różewicza jest papierkiem lakmusowym wszelkich przemian dyskursu publicznego. Subtelna bachtinowska dialogiczność przechodzi raz po raz w jawną krytykę: czy słyszycie poszczekiwanie / sfory psów / wszelkiej maści / nacjonalistów / którzy / napełniają słowo / „przebaczam” nienawiścią (O jedną literę, s. 17); czemu ci z „mediów” / tak się drą/ dla kogo […] (13 marca 2006 r., poniedziałek, s. 19). O ile wobec żyjących podmiot wierszy nie zna litości, o tyle do umarłych i wszelkich bytów pośrednich odnosi się chętnie i z uczuciem: dlaczego nie mogę tego biedaka / dotknąć wierszem piórem / jeszcze raz powołać do życia (Połów, s. 12). To zdecydowanie najmocniejszy, najciekawszy aspekt wierszowego narybku. Poezja jako kostnica, katalog umarłych, misterium dziadów, obowiązek moralny, uprawianie życia na przekór śmierci, opowiedzenie się po stronie uniwersalnych wartości – cechy, którymi Różewicz stoi od lat, obecne są i w tym zbiorze. Nie brakuje licznych odniesień do klasyków, ustawiających rejestr wysoko (cytat z Norwida), by za chwilę wykrzywić się w figlarnym uśmiechu, jak w wierszowym samookreśleniu inicjującym zbiór, a rozpoczynającym się wersem z inwokacji do Pana – nomen omen Tadeusza, (zawód: literat, s. 7). Co warte podkreślenia, każde ze wspomnianych powyżej rozpoznań opatrzyć można by prefiksem „znów”, „tradycyjnie”, „niezmiennie” itd., odwołującym się do całej spuścizny Różewicza. Wiersze trzymają poziom, natomiast ani nie zaskakują, ani nie układają się w spójne, uogólniające przesłanie. Tym, co w To i owo nowe i warte komentarza, jest z pewnością kompozycja.

Nadrzędną ideą scalającą cztery części zbioru (w zasadzie pięć – biorąc pod uwagę nienumerowane, acz obszerne posłowie) wydaje się chęć uwypuklenia procesu twórczego oraz osadzenia go w kontekście prywatności i biografii artysty. Udaje się: piętnaście nowych wierszy wydrukowanych w formie, do jakiej czytelnik przywykł, znajduje w kolejnym, złożonym z manuskryptów rozdziale, niejako namacalne potwierdzenie. Słowo staje się ciałem, pismem, kreską prowadzoną konkretną ręką. Wydawcy uchylają drzwi do gabinetu poety, w nich majaczy postać pochylonego nad kartką w kratkę TR-a (w tym przypadku – konstruktu, pewnej wizji Różewicza zaprojektowanej przez wspomnianego już autora zbiorowego). Zaglądamy pisarzowi przez ramię, gdy skreśla początkowy spójnik we fragmencie: (lecz) co się stało / z ostatnimi dniami / gdzie one są (13 marca 2006 r., poniedziałek, s. 49) i stoimy tak przez dłuższy czas, zauroczeni. Niezwykła precyzja, z jaką poeta dobiera słowa, układa rytm, zazwyczaj nie rzuca się w oczy czytelnikowi, co zresztą jest zamiarem autora, wyznającego: Moim dążeniem było zawsze osiągnięcie formy przezroczystej. Tak przezroczystej, żeby cała treść, którą chcę wypowiedzieć, była poprzez nią widoczna. Lekkość stylu jest efektem paradoksalnie ciężkiej pracy, na którą światło reflektorów skierowane zostaje w To i owo.

TR przyjmuje nas w stroju nieoficjalnym, bez – jak się wydaje – pozerstwa i kreacji. Wyciąga z szuflady i upublicznia manuskrypty sporządzone niekiedy na druczku telegramowym, z błędami językowymi (usuniętymi w otwierającej tom drukowanej wersji wierszy), osobistymi zapiskami. W trzecim rozdziale z nostalgicznym wzruszeniem prezentuje zaś dedykacje od osobistości życia literackiego (m.in. Tadeusza Borowskiego, Mieczysława Porębskiego, Leopolda Staffa, Wisławy Szymborskiej, Anny Świrszczyńskiej, Kazimierza Wyki) oraz żartobliwe rysunki, najczęściej powiązane anegdotycznie z twórcami autografów. To odprysk niezrealizowanego planu Różewicza zakładającego napisanie kilku książek o przyjaźniach z pisarzami, ilustrowanych tego typu dowodami sympatii. Ich uzupełnienie stanowią odredaktorskie krótkie komentarze, szczególnie potrzebne młodym Czytelnikom. Sądzę, że cezura wieku nie gra tu większej roli, a Dopowiadając to i owo, czyli opowieści Jana Stolarczyka będące realizacją projektu samego Różewicza, okazują się – tu zwrot akcji! – najbardziej zajmującym fragmentem wydawnictwa; silnie ciążą ku biograficzności i rzeczywiście tworzą ważny kontekst dla odczytań Różewiczowych utworów.

Fascynująca podróż za kulisy, do przeszłości, do źródeł twórczości i jej społecznej otoczki zostaje jednak szybko przerwana. Jeszcześmy się nie rozpędzili, jeszcze pasów nie zapięli, a już – ostatni rozdział – trzeba nam wysiadać. Żeby chociaż były powody… Ale nie, zwieńczeniem eskapady okazuje się jednostronicowy żart literacki (by zabić ćwieka, a wiele nie zdradzić: wizja kolejnej wersji Kartoteki). I znów – niby śmiesznie, niby Mistrz odbrązowiony, ale czy wynika z tego cokolwiek ponad voyeurystyczną przyjemność gmerania w szufladzie poety? To pytanie powracało do mnie niepokojąco często podczas lektury To i owo. Towarzyszyło niektórym wierszom, większości prywatnych notatek, o rysunkach nie wspominając.

W ostatecznym rozrachunku To i owo jawi mi się jako dzieł(k)o nieprzemyślane, niedopracowane, bez wyrazistego zamysłu, jaki tego typu kompilacja mieć powinna. Cenzurkę taką wystawiam – zaznaczę raz jeszcze – autorom zbioru, osobom odpowiedzialnym za wydawnictwo (sam Tadeusz Różewicz – jak zawsze, tak i w tym przypadku – zapracował na piątkę z plusem). Wyciąganie tak mocnych kart bez pokrycia (z posłowia czytelnik dowiaduje się, że opublikowane dedykacje są niekompletne) wydaje się marnotrawieniem wielkiego potencjału. Jan Stolarczyk – wieloletni redaktor tomów Różewicza, osoba poecie bliska i wtajemniczona – ma dostęp do unikatowych materiałów, a co istotniejsze, posiada niezwykłą wiedzę i wrażliwość, które pozwalają osnuć wokół poszlak, szufladowych znalezisk, fascynującą gawędę. Właśnie tak powinna wyglądać ta publikacja – wydana pod nazwiskiem redaktora, w formie okraszonej anegdotami obszernej narracji o Różewiczu, której poszczególne fragmenty ilustrowane byłyby tym, co w To i owo dostaliśmy na sucho, bez przepitki. Choć asy z rękawa leżą już na stole, ja czekam na tę monografię, panie Janie.

 

Tadeusz Różewicz

To i owo

Biuro Literackie, 2012

Liczba stron: 108

Malwina Mus

Malwina Mus

(ur. 1987) – doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Zainteresowana związkami literatury z popkulturą – bada działalność Marcina Świetlickiego, chętnie zajmuje się krytyką literacką, okazjonalnie także muzyczną.