• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 27.08.2018
Ich Troje jak świat
Artykuły | 27.08.2018

Ich Troje jak świat

To nie pusty frazes: początek XXI wieku w Polsce naprawdę należał do nich. Coś jednak sprawia, że trudno dziś myśleć o Ich Troje* z sentymentem, a zdecydowanie łatwiej traktować ich w kategoriach wyrzutu sumienia. I nie chodzi jedynie o problematyczną ,,odległość”, jaka dzieli nas od wczesnych lat zerowych.

W Kulturze karaoke  Dubravka Ugrešić pisze: (…) karaoke nie potwierdza wcale demokratycznej idei, zgodnie z którą każdy może, jeśli tylko chce, lecz ideę odwrotną (choć równie demokratyczną): że każdy chce, skoro może**. Niewykluczone, że Michał Wiśniewski już w 1995 roku postanowił stać się wczesnym exemplum wspomnianej postawy. Proszę wybaczyć tautologiczność tego wywodu, nie sposób jednak przeoczyć faktu, że wywodząca się z Japonii forma rozrywki stała się jednym z impulsów do założenia jednego z najpopularniejszych zespołów Polski potransformacyjnej. Podobno Wiśniewski zakochał się w karaoke podczas podróży biznesowej do Tajlandii. Urzekł go widok jednego z niepozornych klientów dyskoteki, który w mgnieniu oka zamieniał się w sceniczne zwierzę wykonujące utwory Johna Lennona. Popularny „Wiśnia” wiedział, że nie dysponuje wybitnym słuchem muzycznym. Wiedział też jednak, że gdy tylko pojawia się na scenie, trudno oderwać od niego wzrok. Prawdopodobnie przekonał się o tym jeszcze podczas pobytu w Niemczech, gdzie został jako nastolatek obsadzony w szkolnej inscenizacji musicalu Rocky Horror Picture Show.

Po powrocie do Polski jego kariera biznesowa nabierała rozpędu. Wiśniewskiemu zamarzyło się nagranie kilku przebojów musicalowych, które miałyby być następnie wykonywane przez niego w teatrze. Potrzebował osoby, która przygotuje aranżacje utworów. Tak poznał Jacka Łągwę, który w przyszłości miał się stać „tym drugim, w okularach”, a w rzeczywistości: muzycznym mózgiem grupy. Łągwa pracował akurat nad utworami do spektaklu na temat Franciszka Villona. Zaproponował Wiśniewskiemu jedną z ról. Potrzebował również damskiego głosu, który uzupełniłby tę misterną układankę. W międzyczasie obaj panowie zaczęli animować życie kulturalne w jednym z łódzkich klubów, organizując regularnie konkursy karaoke. W jednym z nich w szranki stanęła 24-letnia Magdalena Pokora (jeszcze nie „Femme”, jak się okaże: jedna z wielu wokalistek grupy). Panowie zaprosili ówczesną studentkę socjologii do współpracy przy villonowskim musicalu. Spektakl, który miał swoją premierę w Teatrze Adekwatnym w Warszawie okazał się klapą i szybko został zdjęty z afisza. Trio Wiśniewski-Łągwa-Pokora zdecydowało się jednak na założenie regularnego zespołu.

Co było dalej, wszyscy wiemy: „Opole, jesteście zajebiści”, caryca Katarzyna Kanclerz, śluby, rozwody, a przede wszystkim dolary, fury dolarów, do których ty, ty i ty też się przyczyniliście. No bo umówmy się: mieliście w domu płytę lub kasetę z tą okładką. Tyle tytułem rysu historycznego.

O Ich Troje trudno dziś myśleć z rozrzewnieniem. Być może dlatego, że twórczość łódzkiej grupy to amalgamat… absolutnie wszystkiego – brak tu odpowiedniego punktu zaczepienia, nadrzędnej cechy, która na dobre zapala lampkę nostalgii. Z drugiej strony: może właśnie tu tkwi przyczyna tak wielkiej popularności grupy? Fenomen Ich Troje nie wziął się bowiem znikąd, nie był wypadkiem przy pracy. Jak mało która polska grupa, zdołali oni w ciągu swojej kariery związać ze sobą nieskończoną liczbę rozmaitych wątków i narracji. Czego tu bowiem nie ma? Intro (1996) i ITI CD (1997), ich dwa pierwsze albumy (często zapomina się, ze kariera tercetu nie zaczęła się wraz z A wszystko to… (bo ciebie kocham)!) są w polskiej Wikipedii opatrzone etykietami „rock gotycki” i „poezja śpiewana”. Nie jest to dalekie od prawdy. We wczesnym nagraniach Wiśniewskiego i spółki nie brak #ciężaru i #mroku, który mógł trafiać w gusta rockowo usposobionych słuchaczy (wszak media po 89’ konsekwentnie tworzyły obraz kraju, w którym nie słucha się tzw. muzyki chodnikowej). Sporo tu tzw. „złego gotyku”, który miał prawo zaistnieć tylko w polskich najntisach  (patrz: Closterkeller) i tzw. ambitnych, zaangażowanych tekstów (patrz: Prawo będące przeróbką wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej). Chrypka Wiśniewskiego, jak kuriozalna by się nie wydawała, to pokłosie rodzimego umiłowania męskich, nieco chropowatych wokali, które wróci w wersji premium kilka lat później przy okazji boomu na zespół Feel. Muzyka Ich Troje kusiła podskórną tandetą, a zarazem koiła sumienie: no bo hej, w końcu mamy do czynienia z kapelą jakoś tam rockową!

Na bieganiu po scenie w długim skórzanym płaszczu ambicje Wiśniewskiego się jednak nie kończyły. Jak na grupę o – bądź co bądź – teatralnym rodowodzie przystało, sporo tu również inscenizacyjnych wtrętów – utwór Kot z debiutanckiego Intro pozwalał członkom zespołu wskoczyć na chwilę w zwierzęcy kostium i dać upust aktorskim ciągotkom. Mamy więc rockizm, słaby gotyk, pokraczną poezję śpiewaną i najntisowe zamiłowanie do kiepskich musicali.Nie wiem bowiem, jak inaczej tłumaczyć sukces musicalu Metro. (Tak, wiem, że grano je przez chwilę na Broadwayu, to niczego nie zmienia.)

Pierwsze dwa albumy grupy rozeszły się w całkiem zadowalającym nakładzie (drugi z nich trafił na moment na listę pięćdziesięciu najlepiej sprzedających się płyt). Co ciekawe, stało się to przy niemalże zerowym udziale ogólnopolskich mediów. Duże rozgłośnie bojkotowały twórczość zespołu (pojawiały się zarzuty o kiczowatość – ach, słodkie późne najntisy!), trzeba więc było szukać pomocy w lokalnych stacjach radiowych. Niezależnie od tego, co myślały stare i mądre Warszawa oraz Kraków, na koncerty Ich Troje waliły tłumy. Gdy w 1999 roku na rynku pojawiła się trzecia płyta grupy 3 (ponad 105 tys. sprzedanych egzemplarzy) z singlowym A wszystko to… (bo ciebie kocham)! (coverem Alles aus Liebe Die Toten Hosen), „wielkie” polskie media musiały się ugiąć. Importowany z Niemiec numer przyciągnął do zespołu kolejne tabuny fanów. Wspomniany rockizm polskiego odbiorcy odchodził w niepamięć, Ich Troje postanowili natomiast, że niczym ogromny łódzki wieloryb połkną cały pop.

*

Tak też zrobili. Ad. 4 z 2001 roku to do dziś największy sukces komercyjny grupy (płyta rozeszła się w liczbie prawie miliona egzemplarzy). Nie ulega wątpliwość, że czwarty longplay I3 zawdzięcza swoją popularność przede wszystkim singlowemu Powiedz, doskonale uniwersalnemu, mimo że tak naprawdę pozbawionemu adresata (oraz: jakiejkolwiek treści) hymnowi, który miał za zadanie przede wszystkim generować nieokreślone uczucie wspólnotowości i wzniosłości, a przy tym doskonale sprawdzał się w parateatralnym – tak ukochanym przez grupę – entourage’u. Powiedz to przykład muzyki niejako stworzonej z myślą o przeformatowaniu na – używane podczas karaoke – MIDI, a jednocześnie utwór zadłużony u tuzów polskiego pop rocka w rodzaju Roberta Chojnackiego (saksofon!). Ponownie jednak moglibyśmy zapytać: czegóż tutaj nie ma? Intro 4 przywodzi na myśl międzyplanetarne podróże Sławomira Łosowskiego, Dla ciebie to patetyczna ballada (znów: importowana z Niemiec), Lecz to nie to „granie z pazurem”, powtarzające jednak discopolowe patenty harmoniczne, natomiast Błędne wojenne rozkazy to przykład piosenki zaangażowanej, wyróżniającej się pacyfistyczną wymową. W Ad. 4 odbijają się rozmaite ejtisowe i najntisowe tendencje dostrzegalne w polskim popie, dostajemy je jednak w formie absolutnie przegiętej i ograbionej z tajemnicy. Nad całością unosi się zwiewny, krystalicznie czysty, a przy tym doskonale weselny głos Justyny Majkowskiej – z tego, co mi wiadomo, najbardziej lubianej ze wszystkich stu czterdziestu wokalistek grupy.

Przy okazji premiery albumu w krakowskim Teatrze STU odbył się specjalny koncert grupy okraszony rozmaitymi elementami inscenizacyjnymi. Reżyserią zajął się Krzysztof Jasiński, co było ostatecznym dowodem na to, że Ich Troje są zbyt istotnym graczem, aby bronić im dostępu do Świątyni Prawdziwej Sztuki i włączyć w obieg kultury wysokiej lub przynajmniej wysokawej. Wspomniany występ został zarejestrowany przez telewizyjne kamery, dlatego dziś możemy cieszyć się widokiem tonącego w deszczu Wiśniewskiego, który wykonuje z playbacku utwór „Geranium” oraz wyluzowanego Jacka Łągwy, wokół którego krąży z miotłą Mandaryna. SERDECZNIE POLECAM.

Substancja muzyczna jest w tym wypadku w gruncie rzeczy marginalna – wystarczyły chwytliwe melodie i nieszkodliwe aranżacje, jakie przygotowuje się najzdolniejszym adeptom sekcji wokalnych w młodzieżowych domach kultury. Chodziło tak naprawdę o Wiśniewskiego. O to, w jak zręczny sposób ogrywał rozgrywał rozmaite, mniej lub bardziej lokalne toposy i narracje, którymi żywiła się od dawna popkultura (i nie tylko). Pierwszy z nich to lennonowski mit porzuconego chłopca. O trudnym dzieciństwie wokalisty słyszał każdy, bo i nie dało się o nim nie usłyszeć. To właśnie ono stanowi kanwę filmu Gwiazdor z 2002 roku, wyreżyserowanego przez specjalistę od fatalnych i koniunkturalnych dokumentów – Sylwestra Latkowskiego. Z odrzuceniem, brakiem domu i niezbędną w tym wypadku samodzielnością wiąże się z kolei mit self-made mana. Wiśniewski wchodził jednak do show businessu jako młody przedsiębiorca, jako facet znikąd, który odniósł względny sukces finansowy. W biografii zespołu autorstwa Andrzeja Grabowskiego czytamy o urodzinach przyszłego frontmana Ich Troje: Patrząc na stoły zastawione kanapkami z kawiorem, przypomniał sobie czasy, kiedy jadał tylko placki ziemniaczane...  

Nie brak tu również toposów lokalnych: wszak biznesowe sukcesy wiążą się w tym wypadku z czasem spędzonym w Niemczech, co jako żywo przypomina rozmaite potransformacyjne, apokryficzne historie o kuzynach kolegi, którzy dorobili się „jeżdżąc do Reichu”. Można tu zresztą wyliczać dalej: z jednej strony reprezentowanie Niemiec w konkursie Eurowizji i nieuniknione zarzuty o bycie volksdeutschem, z drugiej typowo polonijna przeginka związana z manifestacyjnym uwielbieniem symboli narodowych (biała kurtka z orłem na plecach – pamiętamy). Makijaż i biseksualna aura, którą roztaczał, nie do końca licowała z konserwatywnie usposobionym polskim społeczeństwem? Spokojnie, w końcu w emitowanym w latach 2003-2004 reality show Jestem jaki jestem daje się poznać jako PRAWDZIWY CHŁOP, który wykorzystuje swój gwiazdorski status, aby dyrygować wszystkimi wokół i co i rusz upokarza na oczach widzów własną żonę. Żon było zresztą więcej, więc PRZEBIERA JAK W ULĘGAŁKACH, DOBRY ZAWODNIK! Przy tym towarzyszy mu nieodłączna szklaneczka whisky – BO I CHLAPNĄĆ SOBIE LUBI itd. itp. Rozmaite dziwactwa i nieheteronormatywne zachowania zrzucamy wówczas na karb bycia ekscentrykiem, „dobrym wariatem”. Wiśniewski był więc tak naprawdę jak ten nadpobudliwy i dowcipny kolega z klasy, który robi to, na co inni by się nie odważyli, a którego zachowania budzą jednocześnie zażenowanie oraz ulgę, że ktoś zrobił to za nas. W każdej sytuacji okazywał się zarówno kozłem ofiarnym i zwycięzcą.

I w tym właśnie tkwił sukces/tragedia tego zespołu. W Ich Troje wszystkiego było mnóstwo. To muzyczno-estetyczne Bizancjum musiały wreszcie implodować. W rzeczywistości koniec wielkiej kariery grupy był nieco mniej gwałtowny. Po piąte… a niech gadają z 2002 roku sprzedało się w liczbie ponad 700 tysięcy egzemplarzy, natomiast kolejny, 6-ty przystanek nagrany z nową wokalistką Anną Świątczak, już tylko w nieco ponad 35 tysiącach egzemplarzy. Niedawno Wiśniewski, Łągwa i pełniąca aktualnie rolę wokalistki Agata Buczkowska wydali kolejny – dziewiąty w karierze – longplay pod tytułem Pierwiastek z dziewięciu. Sądząc po wynikach sprzedaży oraz liczbie wyświetleń poszczególnych teledysków, chyba mało kogo to obchodzi i na nic wczesnomillenijny sentyment oraz żelazne „kiedyś to było”. Bo czy można tęsknić za zespołem totalnym, ale i fatalnym? Albo inaczej: czy można tęsknić za <<wszystkim naraz>>? Tak szczerze: nie chcecie chyba powrócić jak Eos w lekkich jak motyl marzeniach?

 

* Choć w niektórych publikacjach autorzy decydują się na odmianę nazwy grupy przez przypadki, zdecydowałem się na formę bliższą uzusowi i językowi mówionemu.

** tłum. Dorota Jovanka Ćirlić, Korporacja Ha!art, 2013

[Tekst jest częścią projektu „Popland” realizowanego dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego]

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.