szalomnaszerokiej
ARTYKUŁY | 26.03.2012

„I KONIECZNIE COŚ W JIDYSZ”. KULTURA ŻYDOWSKA WE WSPÓŁCZESNEJ POLSCE

Nie ulega wątpliwości, że w Polsce po 1989 roku możemy mówić o odrodzeniu kultury żydowskiej. Przeglądając ofertę polskiej sceny kulturalnej, nietrudno natknąć się na jakieś wydarzenie związane z historią i dziedzictwem Żydów polskich. Oprócz trzech dużych, cyklicznie odbywających się festiwali kultury żydowskiej (w Krakowie, Warszawie i Wrocławiu), w polskich miastach realizowane są także mniejsze inicjatywy, noszące najczęściej nazwę „dni kultury żydowskiej” (Łódź, Cieszyn, Słupsk, Olsztyn, Rymanów). Wydawane są dwa czasopisma poświęcone wyłącznie kulturze żydowskiej: miesięcznik „Midrasz” i kwartalnik „Cwiszn”. Nie sposób także zliczyć pojedynczych inicjatyw – wystawienniczych, publicystycznych czy organizacyjnych – podejmowanych przez muzea i centra kultury żydowskiej, organizacje odpowiedzialne za życie kulturalne czy niezależnych twórców.

W państwie, w którym od kilkudziesięciu lat mniejszość żydowska jest jedną z najmniej licznych mniejszości narodowych, przyczyn nagłego rozkwitu kultury żydowskiej należy upatrywać w zainteresowaniu i zaangażowaniu samych Polaków (choć oczywiście organizacje żydowskie stanowią koniecznego partnera w podejmowanych inicjatywach), a większa aktywność samych Żydów (także tych z Izraela) na polskiej scenie kulturalnej wydaje się odpowiedzią na, ogólnie rzecz ujmując, „korzystny klimat” dla kultury żydowskiej w Polsce w ostatnich dwóch dekadach.

Można zapytać o przyczyny tego „zaangażowania” polskiego społeczeństwa. Czy wynika ono z bezinteresownej chęci spotkania z kulturą Innego, który kiedyś stanowił niemal niezbywalną część krajobrazu polskich miast i wsi, a którego brak odczuwa się teraz jak ból amputowanej ręki? Czy też chodzi tutaj o (podświadome?) poczucie winy wobec Żydów – za bierne przyglądanie się Zagładzie? Za marzec ‘68? – którą teraz stara się bądź to odkupić bądź, przeciwnie, wyprzeć, zamiatając ją pod pięknie utkany dywan polsko-żydowskiej sceny kulturalnej we współczesnej, demokratycznej Rzeczpospolitej? A może cała sprawa rozbija się o coś jeszcze innego: o pewną intelektualną modę, kulturowy snobizm, który już w latach 90-ych demaskował Marcin Świetlicki w wierszu Dla Jana Polkowskiego: Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem/ głodny, samotny, my dwoje, nas czworo,/ nasza ulica r11; mówią cicho: Wanda/ Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid,/ Józef Piłsudski, Ukraina, Litwa,/ Tomasz Mann, Biblia i koniecznie coś/ w jidysz.? W tym momencie dochodzimy do kolejnej hipotetycznej pobudki stymulującej „rozkwit kultury żydowskiej” ( „żydowskiej”?) we współczesnej Polsce – bardziej przyziemnej niż te wyżej wymienione, opierającej się bowiem na chęci czerpania zysku (finansowego, ale może częściej wizerunkowego) z eksploatowania odpowiednio „podanego” obrazu Żyda, który to – wbrew oficjalnym intencjom – niebezpiecznie zaczyna pokrywać się antysemickimi stereotypami. Najlepszy jest tu przykład figurek czy obrazków Żyda z pieniążkiem, które sprzedawane na krakowskim Kazimierzu czy warszawskiej Pradze mają świadczyć o niezerwanych więziach tych miejsc z kulturą żydowską.

W świetle powyższych dylematów przeanalizuję obecną formułę trzech największych wydarzeń kulturalnych związanych z dziedzictwem Żydów, a mianowicie: Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, Festiwalu Kultury Żydowskiej Warszawa Singera oraz Festiwalu Kultury Żydowskiej SIMCHA we Wrocławiu. Interesować mnie będzie nie tyle ewolucja tych przedsięwzięć na przestrzeni ostatnich lat, ile ich obecny kształt, dlatego skupię się na porównaniu programów zeszłorocznych edycji tych festiwali.

 

Festiwal Kultury Żydowskiej SIMCHA albo Tradycja

Omówienie zacznę od festiwalu, który w zeszłym roku odbył się najwcześniej – na przełomie maja i czerwca – od wrocławskiego FKŻ SIMCHA. Choć jest to najmłodszy z trzech porównywanych festiwali, to jego program i koncepcja wydają się najbardziej tradycyjne – wśród wydarzeń można wymienić warsztaty jidysz i hebrajskiego, koncerty klezmerów czy zwiedzanie miasta śladami jego dawnych żydowskich mieszkańców – wpisują się w swoisty kanon wyznaczający ramy dla różnej maści eventów prezentujących kulturę żydowską.

Wydarzenia związane z religią zajęły dużą część programu zeszłorocznej edycji festiwalu, związanego z jedyną istniejącą do dziś wrocławską synagogą. Oprócz uroczystości finałowej i poprzedzającego ją nabożeństwa, uczestnicy mogli wziąć udział w wernisażu kolekcji Saravala prezentującej hebrajskie rękopisy i inkunabuły, koncercie Chóru Synagogi pod Białym Bocianem czy nawet warsztatach hamsy i mezuzy dla dzieci. Jedyny cykl wykładów prezentowany w ramach festiwalu także dotyczył religijnej tradycji Żydów, a dokładniej kabały. Jedynym festiwalowym wydarzeniem teatralnym było przedstawienie Uśmiech pana Boga, wystawiane w murach wrocławskiej synagogi przez szkołę Lauder- Etz Chaim.

Wyraźnemu religijnemu profilowi SIMCH-y towarzyszy zwrócenie w stronę tradycji, co niestety – przynajmniej w przypadku ubiegłorocznej edycji – zbyt często równa się skupieniu na jej folklorystycznym wymiarze. Stąd w siatce imprezy takie punkty jak: jarmark żydowski, degustacje w restauracji Sarah i w stołówce koszernej, codzienne warsztaty tańca (na dziedzińcu przed synagogą) czy koncerty muzyki klezmerskiej i pieśni sefardyjskiej (dwa zespoły z Polski i jeden z Ukrainy). Odnoszę wrażenie, że SIMCHA prezentuje kulturę żydowską w formie statycznej, uświęconej tradycją, jako tożsamą z tradycją judaistyczną. Tym samym marginalizuje los i dziedzictwo zasymilowanych czy niereligijnych Żydów oraz ryzykuje sprowadzenie dynamicznej, niejednorodnej kultury do funkcji folklorystycznego dodatku do codzienności miejskiego życia.

Poza tym, skupieniu na dziedzictwie religijnym, tradycji (czytaj: folklorze) w formule wrocławskiego festiwalu niestety nie wtóruje odwaga w podejmowaniu współczesnych problemów. Gdyby nie przejaw swoistego outsourcingu organizatorów w postaci pokazu filmów prezentowanych wcześniej w ramach festiwalu Żydowskie Motywy, współczesna kultura żydowska byłyby praktycznie nieobecna w formule imprezy. Wielkimi nieobecnymi imprezy są również ciężkie tematy relacji polsko-żydowskich czy Holokaustu. Jedynym –najambitniejszym artystycznie – wydarzeniem dotykającym tych problemów był wernisaż fotografii Wojciecha Wilczyka Niewinne oko nie istnieje prezentujący los dawnych synagog i domów modlitwy na ziemiach polskich, po wojnie zamienionych na domy mieszkalne, budynki użyteczności publicznej czy zwyczajnie popadłe w ruinę. Marginalizowanie tematów niewygodnych czy raczej chęć (kicz?) pojednania?

 

Festiwal Kultury Żydowskiej Warszawa Singera albo Promocja

Warszawa Singera jest wydarzeniem nieporównywalnym do SIMCHY, zarówno pod względem budżetu, jak i formuły – jedyne, co je łączy to czas trwania festiwalu. Kiedy wrocławski FKŻ jest wydarzeniem w gruncie rzeczy lokalnym i posługującym się mało oryginalnymi metodami przyciągania uczestników – Singer jest imprezą przeprowadzaną z rozmachem, stawiającą na nowoczesne środki przekazu, efektowną promocję i udział „gwiazd”. Niestety nie jest to równoznaczne z merytoryczną i intelektualną wartością programu. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jeśli wrocławska SIMCHA jedynie w niektórych punktach ociera się o granicę dobrego smaku, ogólnie jednak zachowując pewną subtelność czy umiar (słabość tego festiwalu kryje się raczej w tym, co pomija, a nie w tym, co przekazuje) – to Warszawa Singera te granicę przekracza, a wydarzenia naprawdę wartościowe, które prezentuje, zdają się tonąć w gąszczu nostalgicznej tandety zachwalanej z bezbłędną dykcją akwizytora.

Akwizytor ten, żeby sprzedać swój towar (kulturę żydowską?) kreuje się na światowca, zapoznanego z nowoczesnymi trendami wystawienniczymi i animatorskimi. Obiecuje wystawy obrazów/fotogramów i kolaże, spektakl w oparciu o fragmenty korespondencji i prozy […] pokazany w formie «work in progress» (Akacje i cynamon. Montaże), wystawę multimedialną na podstawie kolekcji zdjęć «I ciągle widzę ich twarze…», czytania performatywne. Niestety za tą „nowoczesną” terminologią nie zawsze kryje się coś naprawdę odkrywczego, świeżego, a nasz światowy akwizytor zdradza wyraźną skłonność do nostalgii. Towarzyszy mu przy tym dość naiwna wiara w łatwą możliwość wywołania duchów przeszłości. Posłuchajmy tylko niektórych fragmentów programu Warszawy Singera 2011: Próbujemy na nowo pokazać piękno starych fotografii, odczytać z uwiecznionych na nich twarzy, spojrzeń, gestów nieodkryte znaczenia za pomocą plastycznych zabiegów z wykorzystaniem nowoczesnych technik multimedialnych.; podczas Muzycznego Spaceru ulicami, których już nie ma… […] żydowskie nuty przeprowadzą nas przez nieistniejące skrzyżowania do Placu Grzybowskiego, gdzie o 18.00 rozpocznie się kolacja szabasowa. Po południu W kuchni mamy Soni […] wspomnienia wyśmienitych smaków i aromatów, sekretne przepisy żydowskiej kuchni, przeplatane opowieściami rodzinnymi. Wieczór pełen muzyki, wzruszeń, ciepła i nostalgii, a na koniec dnia opera klezmerska The Night in the Old Marketplace. Wszystko to w miejscach tak magicznych jak Skład Butelek, klimatyczne miejsce na warszawskiej Pradze, lub Sens Nonsensu, który  nie jest zwykłą knajpką, jest to miejsce gdzie czas się zatrzymał. Spoglądając na stare meble, stuletnie pianino, bibeloty i przedwojenną posadzkę można spojrzeć w przeszłość. Kiedy stąpasz po kafelkach nie możesz wiedzieć, że na ich odwrocie znajduje się Gwiazda Dawida.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że  chodzi tu tylko o pewną „retorykę nostalgii”, o kolejny „chwytający ze serce” wybieg marketingowy twórców festiwalu. A chwytów tych jest znacznie więcej. Lektura programu festiwalowego przypomina przeglądanie folderów turystycznych lub portali internetowych typu groupon.pl. Organizatorzy kuszą możliwością spotkania gwiazd: Anny Marii Jopek, Hanny Krall, KROKE (pisownia oryginalna). Zapraszają na koncert plenerowy Jidysz na trawie, do klubu Hydrozagadka na zabawę taneczną w klimacie starych potańcówek (co to ma wspólnego z „kulturą żydowską”?) i do klubu La Playa, którym zawładnie gorąca atmosfera Tel-Avivu, aby przekonać się, że Wisła może stać się Morzem Śródziemnym. Oferują zapoznanie się ze zwyczajami leczniczymi galicyjskich chasydów i przede wszystkim z zapachami i smakami kuchni żydowskiej, oczywiście przeznaczonymi do degustacji. Jedzenie jest jednym z głównych bohaterów Warszawy Singera. Kulturę się tutaj w pierwszej kolejności konsumuje – musi być przede wszystkim lekkostrawna. Tak jak DELIKATESY STARSZYCH PANÓW: A oto przepis na pierniki starszych panów w polewie wspominkowej: Bierzemy dwóch przystojnych młodzieńców. Dodajemy każdemu po 40 lat, jedną sporą emigrację, wiadro cholesterolu i przyprawiamy garścią żydowskiej filozofii oraz odrobiną słowiańskiej melancholii. Wszystko razem mieszamy w kabaretowym tygielku i zalewamy dużą ilością szkockiej whisky, aż nabierze poczucia humoru. Konsumujemy w towarzystwie przyjaciół.

Konsumpcyjny wymiar dominuje w całym festiwalu. Nawet zaproszenia na wydarzenia religijne – kierowane do Żydów, chrześcijan i niewierzących – zredagowane są tak, jakby chodziło o degustację czy pokaz folklorystyczny z możliwością interakcji: Zapraszamy na ulicę Próżną, aby wspólnie przywitać Królową Szabat. Będziemy zapalać szabasowe świece, błogosławić wino, śpiewać pieśni, słuchać nauki Tory, spożywać tradycyjne potrawy kuchni żydowskiej.

Być może organizatorzy imprezy chcą w ten sposób jedynie zachęcić do udziału w wydarzeniu, Wątpię jednak w łatwą możliwość oddzielenia formy „reklamy”, „opakowania” od treści „produktu”, medium od message. Obecna formuła festiwalu nie jest li tylko „opakowaniem”, ale także czynnikiem, który kształtuje znaczenie i odbiór treści (kultury żydowskiej?) – nawet tych wymykających się ogólnemu profilowi imprezy. W rozbudowanym programie festiwalu jest wiele inicjatyw ciekawych, przełamujących nostalgiczno-rozrywkowy (jakkolwiek brzmi ta zbitka wyrazowa) schemat czy dążących do intelektualnej, pogłębionej refleksji nad kulturą żydowską. Wymieńmy tutaj: alternatywne zwiedzanie warszawskiej Pragi, prezentacje portalu Wirtualny Sztetl i kwartalnika „Cwiszn”, sesję naukową poświęconą dziejom trójjęzycznej prasy żydowskiej na ziemiach polskich XX wieku czy projekcje filmów dokumentalnych. Nad tymi przedsięwzięciami zdaje się jednak dominować duch festynowej zabawy lub, innym razem, nostalgicznej i pogodnej opowiastki. Nawet wydarzenia o z założenia intelektualnym, naukowym wymiarze, często skupiają się wyłącznie na egzotycznym, folklorystycznym rysie kultury żydowskiej.

W festiwalowym programie brakuje miejsca dla pytań o stosunki polsko-żydowskie czy temat Holokaustu. Już samo wpisanie problematyki Zagłady (której przecież nie sposób pominąć w omawianym kontekście) w rozrywkową koncepcję imprezy musiało nastręczyć nie lada kłopotów natury planistycznej. Mam wrażenie, że momentami Holokaust został potraktowany przez organizatorów nie jako temat, ale jako pretekst do przekazania zupełnie innych treści, jak np. podczas koncertów: Ocalone dźwięki czy The Effect of the Holocaust on 20th Century Jewish Composers. Uderza brak głębszej refleksji nad losem zamordowanych Żydów, zupełny brak pytań o jakże często podnoszoną ostatnio w debacie publicznej kwestię współudziału Polaków w Zagładzie czy, ogólnie, antysemityzmu w polskim społeczeństwie. Uroczyste wręczenie tytułu Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, promocja książki o księdzu, który pomagał Żydom – to wydarzenia Warszawy Singera 2011, które kształtują, bez wątpienia wygodny dla nas, obraz relacji polsko-żydowskich. Całość festiwalu kończy się uroczystą KOŁYSANKĄ DLA PAMIĘCI. Oni nie pomarli, nie zostali zamordowani – usnęli. Happy end godny samego Spielberga. I znów chęć łatwych wzruszeń przezwycięża gotowość do podjęcia trudnych tematów.

 

Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie albo Fuzja

Jak na tle SIMCHY i Warszawy Singera prezentuje się – najstarszy w Polsce – krakowski FKŻ? Bazując na porównaniu zeszłorocznych edycji omawianych festiwali, można odnieść wrażenie, że formuła FKŻ wydaje się najbardziej przemyślana, a jego twórcy dążą do wielostronnego spojrzenia na kulturę żydowską.

Choć religia i tradycja (ta niekiedy w formie jaskrawo folklorystycznej – np. spektakl na motywach malarstwa Chagalla, warsztaty sefardyjskiego tańca brzucha czy wycinanki żydowskiej) odgrywają ważną rolę na festiwalu, to – w przeciwieństwie do jego wrocławskiego odpowiednika – nie są one dominującymi tematami, a kultura żydowska zostaje ukazana jako żywa i rozwijająca się dzięki nieustannemu dialogowi między historią a współczesnością. Uwypuklenie fuzji tradycji i współczesności zdaje się przyświecać organizatorom imprezy. Podczas imprezy obok wydarzeń poświęconych żydowskim zwyczajom, religii i folklorowi na równych prawach współistnieją te dotykające współczesnej żydowskiej kultury i twórczości, także tej z obszaru popkultury (wystawa Żydzi na winylach, warsztaty z komiksu, wykład o muzycznych związkach Żydów i Afroamerykanów czy projekcje współczesnego filmu żydowskiego). Na aprobatę zasługuje także – zrywające ze stereotypem – dowartościowanie tych wątków historii żydowskiej kultury i sztuki niezwiązanych z tradycją judaistyczną. Służą mu m.in. takie wydarzenia jak: referaty o wkładzie Żydów do kinematografii  (w animacji i science-fiction) czy spacer śladami młodzieżówek żydowskich w przedwojennym Krakowie.

Od Warszawy Singera, która przecież także stara się dać wgląd we współczesną kulturę Żydów, FKŻ różni się nie tylko bardziej stonowaną, „niekomercyjną” promocją swojej działalności (choć rola koncertu Szalom na Szerokiej z udziałem „gwiazd” – Abraham Inc. i Yemen –  w przyciągnięciu publiczności jest niekwestionowana), ale także rozbudowaniem edukacyjno-naukowego wymiaru wydarzenia. Jego zeszłoroczny program przedstawiał bogatą paletę wykładów, paneli dyskusyjnych czy spacerów edukacyjnych wykorzystujących topograficzne atuty Krakowa. Głównym celem tych wydarzeń było nie tylko przybliżenie odbiorcom tradycji żydowskiej, ale przede wszystkim dyskusja nad współczesnością z uwzględnieniem roli religii i tradycji dla dzisiejszej społeczności żydowskiej. Szczególnie godne odnotowania jest to, że kilka punktów programu zeszłorocznego FKŻ dotykało problematyki współczesnego państwa Izrael– tematu zupełnie nieobecnego w ubiegłym roku we Wrocławiu i Warszawie. Wrzucając kamyczek do ogródka twórców krakowskiego FKŻ, można ubolewać nad brakiem miejsca dla dyskusji nad losem Palestyńczyków w Izraelu, którzy – odnoszę takie wrażenie – dalej pozostają wielkim nieobecnym dyskursu polsko-żydowskiego.

Ujęcie problematyki Holokaustu na 21. FKŻ także różniło się od podejścia do tego tematu – jak wykazałem, bardziej „rytualnego” niż refleksyjnego – na pozostałych omawianych festiwalach. Wydaje się nawet, ze ostatnia edycja krakowskiej imprezy podjęła refleksję nad Zagładą w sposób wyjątkowo głęboki, dotykając takich kwestii jak: (post)pamięć i doświadczenie traumy wśród kolejnych pokoleń potomków ofiar Holokaustu granice artystycznego decorum czy problem edukacji (tu ciekawy panel Jak uczyć o Holokauście kolejne pokolenia?).

Zdecydowanie mniejszą odwagą i wnikliwością charakteryzowała się festiwalowa debata nad relacjami polsko-żydowskimi. Chociaż i tutaj obok wydarzeń wpisujących się w dyskurs pojednawczy – wręczenie Medali Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, wspomnienia (tu: o Janie Karskim z prezentacją fragmentów Shoah Lanzmanna) czy projekcja filmu o  Irenie Sendlerowej – znalazło się także miejsce na odważną wystawę fotografii Baksika Macewy codziennego użytku pytającą o obojętność Polaków wobec Zagłady czy na oryginalny film Finding Leah Tickotsky.

Kończąc, można wyrazić nadzieję na to, że ten ideał – do którego w ostatnich latach najbardziej zbliża się właśnie krakowski FKŻ – zachowania równowagi między różnymi przekazywanymi treściami: religijnymi i świeckimi, tradycyjnymi i współczesnymi, zacznie przyświecać wszystkim większym wydarzeniom poświęconym kulturze żydowskiej. Można mięć nadzieję na to, że staną się one nie tylko festynem, świętem, ale także miejscem poważnej debaty nad relacjami polsko-żydowskimi. Nie chodzi mi tu bynajmniej o wyrugowanie obecnych formuł festiwali z wydarzeń o charakterze popularnym czy folklorystycznym – to też jest część kultury i skupienie się wyłącznie na tematach „ciężkich” wydaje się inną, niebezpieczną dla kształtowania dialogu międzykulturowego, fiksacją. Chodzi raczej o to, żeby nie zastępować obrazu Innego pewną nostalgiczną kliszą, folkowym obrazkiem czy ornamentem. Bo wtedy okaże się, że coś, co z założenia ma opowiadać o obcej kulturze, tak naprawdę jest DLA nas, dla naszej przyjemności i komfortu psychicznego, a to, co ma stanowić platformę – wypowiadanych zawsze z namaszczeniem – „spotkania” czy „dialogu” z Innym, okazuje się miejscem przywłaszczenia, turystycznej konsumpcji jego kultury.

 

Paweł Pijanowski

Paweł Pijanowski

(ur. 1987) – absolwent filologii polskiej i europeistyki, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Naukowo i pozanaukowo interesuje się tożsamościami Europy Środkowej i Bałkanów, pograniczem kulturowym i pisaniem o podróżach. Lubi włóczyć się po miastach i bezproduktywnie gapić się na google maps. Pracuje w Księgarni Młodej.