dallas
RECENZJE | 10.03.2014

HIV, piwo, rodeo („Dallas Buyers Club”)

Od pierwszych scen filmu widać, że kośćcem trzymającym go w fabularno-narracyjnych ryzach będzie postać Rona Woodrufa (Matthew McConaughey), teksańskiego hulaki, pijaka, wielbiciela kobiet i rodeo. Nie jest przypadkiem, że reżyser przedstawia jego historię w tak dosadnie liniowy i łatwy do przyswojenia sposób (plansze z liczbą dni). Brak retrospekcji oraz innych zabiegów ingerujących w prosty przekaz treści czyni z Witaj w klubie niemal formę dokumentu epoki (film powstał na podstawie faktycznych wydarzeń z życia głównego bohatera), bardzo solidnie okutego w fabularną zbroję komediodramatu zaangażowanego.

Woodruf to z wykształcenia elektryk, wykonujący swoją pracę nie z miłości, ale z połączenia osobistych zainteresowań i rodzinnej tradycji. Nie ma rodziny, mieszka w małej przyczepie służącej mu za własny kąt, gdzie po godzinach pracy może zabawić się w towarzystwie lokalnych piękności albo wypić piwo z kolegami. Nie interesuje go zbyt wiele rzeczy dziejących się na zewnątrz, choć od czasu do czasu zdarza mu się sięgnąć po gazetę. Pewnego dnia, po wypadku w pracy, trafia do szpitala, gdzie dowiaduje się, że jest nosicielem wirusa HIV. Należy przy tym pamiętać, że jest rok 1985 – w mediach amerykańskich szeroko dyskutowanym tematem staje się epidemia stosunkowo nowego zjawiska, o którym mówi się powszechnie, że to „choroba pedałów” (jedną z pierwszych znanych ofiar wirusa jest hollywoodzki macho Rock Hudson), i na które w legalnym obiegu nie ma dostępnego skutecznego leku. W związku z tym odtrącony przez wszystkich bohater na własną rękę (szpital oferuje jedynie łóżko i bilet w jedną stronę) szuka dla siebie ratunku. Szmuglując przez meksykańsko-amerykańską granicę niezatwierdzone przez rządową Agencję ds. Żywności i Leków (FDA), ale za to bardziej skuteczne medykamenty, z czasem zakłada dobrze prosperujący tytułowy „klub”, którego członkowie mogą leczyć się alternatywnymi środkami – co przy okazji ściąga na niego uwagę agencji.

Wątek dotyczący nieludzkiej działalności FDA stwarza w filmie główne pole do dyskusji. Umiejscawiając go w epicentrum wydarzeń, reżyser delikatnie buduje przeciwwagę dla pozasystemowych działań pozbawionego wsparcia człowieka, którą tworzy chory system. Szukając w ten sposób usprawiedliwienia jego czynów, rzuca na szalę fundamentalne pytanie konfrontujące ze sobą logikę prawa i logikę przetrwania. Autora Café de Flore interesuje bowiem przede wszystkim człowiek postawiony w sytuacji ekstremalnej. Ekstremum to jednak nigdy nie przyjmuje egzystencjalnego ciężaru, jakim były obarczone, zbliżone tematycznie, Dzieciaki Larry’ego Clarka. Konwencję dramatu nader często przełamuje gorzko-komediowy ton, obecny przede wszystkim w warstwie dialogów, definiujących bohatera z jednej strony jako zwykłego buraka z amerykańskiego Południa i prostaka nieskalanego głębszą myślą, z drugiej natomiast wskazujących na bardzo wysoki poziom stężenia złości i determinacji, momentami upodabniający go do, przekonanego o swoich racjach, jeńca postawionego przed plutonem egzekucyjnym. Mimo to Witaj w klubie jest filmem precyzyjnie oszlifowanym, bez cienia fałszywej pretensjonalności. I choć przede wszystkim emocje rozdają tutaj karty, ich skanalizowanie następuje bezinwazyjnie, co jest zdecydowaną zasługą rozpisanych z chirurgiczną precyzją ról postaci pierwszego planu.

Matthew McConaughey to w filmie aktorska ekstraklasa. Odchudzony o niemal dwadzieścia kilogramów, z wyćwiczonym do perfekcji akcentem i modelem zachowania teksańskiego kowboja udowadnia, że czasy, kiedy obsadzano go przeważnie w popularnych rom-comach już dawno odeszły do lamusa. Jego bohater to istna studnia bez dna w dziedzinie rzucania wulgaryzmami, a obcych traktuje jak zło konieczne. Kiedy na jego drodze pojawia się transseksualista Rayon (w tej roli równie fenomenalny Jared Leto) – produkt epoki disco lat 80., aparycją przypominający bohaterów filmu My, dzieci z dworca ZOO – paradoksalnie para zaczyna tworzyć zabawny tandem stylów (bycia, ubioru, charakteru). Starcie zamkniętego w kokonie, o zaściankowo rozumianej obyczajowości konserwatysty z Południa i wyzwolonego seksualnie społecznego wyrzutka stanowi niewątpliwie jedną z atrakcji tego widowiska, sprzedającego bolesną prawdę o tym, że w dzisiejszych czasach etyka – nawet ta poparta pręgierzem hipokratesowej przysięgi – nader łatwo ugina kolana pod naporem wszechwładnego kapitału.

Mimo że wiedza o HIV z dzisiejszego punktu widzenia jest o wiele szersza niż jeszcze dwadzieścia lat temu, kiedy to Jonathan Demme nakręcił słynną Filadelfię –  najwierniejszy jak dotąd obraz, śmiało mówiący o istniejącym problemie –  to twórcy nadal nie do końca wiedzą, jak się z tym tematem mierzyć, co widać chociażby w niewielkiej liczbie produkcji tego typu. Witaj w klubie, po latach, udanie do niego powraca, bezdyskusyjnie będąc wielkim krokiem naprzód w dziedzinie testowania, delikatnej jak pajęcza nić, granicy społecznej wrażliwości.

Witaj w klubie (Dallas Buyers Club), reż. Jean-Marc Vallée, USA 2013.