guguły
RECENZJE | 24.03.2014

Historie nie(d)opowiedziane (Wioletta Grzegorzewska „Guguły”)

Nie wierzę, że istnieje osoba, która nigdy nie spędzałaby wakacji na wsi. No dobrze, być może jest niski odsetek wielopokoleniowych mieszczuchów tkwiących podczas upalnego lata w szarych blokowiskach. Doświadczenie picia mleka od krowy, zachłystywania się świeżym powietrzem i jedzenia jajek, które właśnie zniosła kura, ma za sobą niemal każdy. Powrót do dzieciństwa okraszony wspomnieniem wiejskiej sielanki, zapachem rosy i smakiem swojskich, zdrowych cudowności zapewniają Guguły Wioletty Grzegorzewskiej.

Stosunkowo cienka książeczka jest sentymentalną podróżą do świata młodości, sekretnym, nieco zakurzonym, dziewczyńskim kuferkiem z pamiątkami z przeszłości, na który z czułością zerka się co jakiś czas. Grzegorzewska z urzekającą prostotą otwiera jego wieko, aby zaczarować czytelników klimatem peerelowskiej prowincji i przypomnieć o tajemnicach dzieciństwa oraz różnego rodzaju inicjacjach, które wspomina się z uśmiechem, wzruszeniem, zawstydzeniem, a czasem skutecznie wypiera. W Gugułach wszystko wydaje się jasne i nieskomplikowane. Ot, prozatorska pajęczyna utkana ze wspomnień, chwyt zgrabny, popularny i nośny na rynku. A i sama proza życia w szarym PRL-u jest całkiem w cenie, bo choć wszystko to działo się względnie dawno (ćwierćwiecze niemal!), to jednak wciąż jest blisko nas.

Początkowo podchodziłam do książki Grzegorzewskiej nieco sceptycznie. Krótkie, ułożone chronologicznie wypisy z dzieciństwa spędzonego w sielskim zakątku Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Wydarzenia z życia ujęte w niewiele ponad dwadzieścia zwartych opowiadań o pozornie prostych, ale jednak enigmatycznych tytułach. Język sygnalizujący poetyckie pióro autorki, aczkolwiek niekiedy swoją naiwnością przywodzący na myśl Dzieci z Bullerbyn (acz w wersji dla dorosłych), a gawędziarstwem Opowieści Galicyjskie Stasiuka. Czytelnik, który zetknął się kiedykolwiek z twórczością prozatorską Wioletty Grzegorzewskiej, może poczuć się nieco zawiedziony. Albo mile rozczarowany. Po przeczytaniu Notatnika z wyspy, wydanej raptem dwa lata temu powieści autobiograficznej, nietrudno zauważyć, że pewne subtelnie przemycone wspomnienia z dzieciństwa pokrywają się z tymi, które znajdziemy w Gugułach. Tajemnica tkwi w ich modyfikacji – w Notatniku…, w zasadzie stylizowanym na dziennik emigrantki, urywki z przeszłości różnią się od sfabularyzowanych opowieści z Guguł małymi, acz istotnymi szczegółami. Dlatego bardziej wnikliwy czytelnik może pobawić się w detektywa, zdemaskować autorkę i krzyknąć: „Ale zaraz! Przecież to było trochę inaczej!”. Tymczasem nie chodzi tu o dochodzenie prawdy, bo (jak powszechnie wiadomo) fikcja literacka jest tym świetnym chwytem, który sprawia, że zwyczajne życie staje się opowieścią. Czyż nie możemy wystosować podobnego zarzutu w kierunku choćby Mirona Białoszewskiego, którego proza autobiograficzna (na przykład niedawno wznowione Chamowo)  nie do końca pokrywa się z tym, co zawiera wyczekiwany Tajny dziennik? Fikcja literacka, fabularyzacja i metoda autokreacji to słowa-klucze dodające przeszłości koloru. W tym przypadku zauważymy rzecz nie od razu rzucającą się w oczy – Grzegorzewska po prostu tworzy swoje dzieciństwo na nowo, opowiada je przede wszystkim sobie.

W Gugułach postrzeganie świata oczyma dojrzewającej Loletki uwodzi prostotą i dziecięcą naiwnością. Niepozorne Hektary, umieszczone gdzieś na mapie południowej Polski, stają się małą arkadią ukrywającą mroczne sekrety. Choćby w postaci tajemniczego pokoiku wiejskiej krawcowej, w którym ciekawska dziewczynka znajduje kukłę przypominającą męża-nieboszczyka i nakrywa kobietę w co najmniej dwuznacznej sytuacji; czy też w osobie Natki, prawdopodobnie młodej prostytutki (Nie znaliśmy jej dobrze, wiedzieliśmy tylko, że jest jedną z panienek Cyngi, który pojawił się we wsi w połowie lat osiemdziesiątych nie wiadomo skąd, przesiadywał z Panem Kierownikiem i sołtysem i założył w podziemiach leśnego amfiteatru przy szosie nocny klub Pawian), która stanowi dla małej Loletki preludium inicjacji. Postaci z prowincjonalnych Hektarów to barwny gabinet osobliwości i każda z nich ma swoje tajemnice. Seksualność i erotyka intryguje nie ze względu na perspektywę świata widzianego oczami dziecka, ale poprzez liczne niedopowiedzenia (przemilczenia?), które puentują każde z opowiadań. Grzegorzewska nie nazywa swoich, często rażących brutalnością, doświadczeń wprost. Za pomocą bezpośredniego, naturalistycznego niemal języka przedstawia konkretne obrazy, ale ich nie komentuje (Rozpiął rozporek, podszedł jeszcze bliżej i podał mi do ręki swojego penisa jak rurkę plasteliny. Odskoczyłam i z całej siły kopnęłam go w nogę. Cała kamienica usłyszała kwik zarzynanego wieprzaka), przez co pozostawia czytelnika nie tylko w szoku, ale i z fabularnym niedosytem. Bo przecież nigdzie nie pada słowo „molestowanie” czy „prostytutka”, to wszystko dookreśla sobie sam odbiorca.

Chwyt niedopowiedzenia dotyczy właściwie większości historii z Guguł. Grzegorzewska czyni nas niemymi obserwatorami dorastania Loletki: jesteśmy świadkami jej pierwszego kontaktu ze śmiercią, pierwszych seksualnych doznań, pierwszych momentów nakłuwania bezpiecznej bańki mydlanej dzieciństwa. Nagle stajemy się mieszkańcami Hektarów, gdzie idylla sielskości pryska w obliczu prawdziwego, trywialnego życia. Poznajemy to miejsce od podszewki, razem z tajemnicami mieszkańców, zakurzonymi gusłami, niezrozumiałymi dla nas regionalizmami, peerelowską codziennością. Krajobraz wiejski jest tylko pretekstem do wprowadzenia w intensywne życie mieszkańców, które poznajemy dzięki Loletce. To ona podaje nam swoją (początkowo) małą rączkę i z dziecięcą naiwnością zaprasza na  wycieczkę przez swoje dzieciństwo i okres dojrzewania. Jednak bajkowa sceneria szybko znika, pozostaje rzeczywistość. Guguły są książką specyficzną, wymagającą nieustannego zatrzymywania się, odkładania na półkę. Dopiero z perspektywy czasu przeczytane opowiadania nabierają wartości – atmosfera sielskości i wspomnień z dzieciństwa się załamuje, na plan pierwszy wychodzi natomiast to, jak wiele w tej niepozornej opowieści jest śmierci i okrucieństwa. Na pewno Guguły są trudne – zarówno dla czytelników jak i dla samej autorki.

Słowo „guguły” w gwarze częstochowskiej znaczy tyle, co „niedojrzałe owoce”. Tytułowe opowiadanie to czułe wspomnienie zmarłego ojca bohaterki, który podsumowując swoje życie, wypowiada egzystencjalną prawdę, prostą i pozbawioną patosu: Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił na Pułaskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły. Ot, cała historia.

 

Wioletta Grzegorzewska

Guguły

Liczba stron: 120

Wydawnictwo Czarne, 2014