лфкзщцшся
RECENZJE | 26.05.2014

Historie albo opowieści (Ignacy Karpowicz „Sońka”)

Gdyby wreszcie udało się porządną, grubą kreską oddzielić historię od fikcji, przez świat przetoczyłaby się, przynajmniej na początku, fala radości i ulgi. Literatura faktu mówiłaby o faktach, literatura „piękna” o całej tej reszcie, a analizy nie dałoby się pomylić z interpretacją. Niestety – nawet jeśli wszystkie dotychczasowe teksty można by jeszcze jakimś niewiadomym sposobem podzielić na prawdę i zmyślenie, to Sońka, najnowsza powieść Ignacego Karpowicza, sprawia, że całe przedsięwzięcie po raz kolejny wzięłoby w łeb.

W punkcie wyjścia opowieść wydaje się znajoma (jeśli czytaliśmy wcześniej na przykład Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego) – mamy świadka historii, tytułową Sońkę, oraz świadka opowieści, Igora Grycowskiego, którego mercedes dosyć niespodziewanie utknął w małej wsi Słuczanka w Podlaskiem. Zgodnie z konwencją, ten drugi, jako figura czytelnika, powinien (dosłownie) zamienić się teraz w czysty słuch, żeby pozwolić narratorce w pełni rozwinąć osobiste wspomnienia z bolesnych czasów II wojny światowej. Powinien – ale tak się składa, że czytamy Karpowicza.

Na pewno jest czego słuchać: losy Sońki, której całe życie zamyka się w horyzoncie najbliższej okolicy, wypełnia przede wszystkim cierpienie. Doświadczała go od najbliższych (kiedy wspomina, że była potrzebna ojcu za matkę, nie chodzi bynajmniej o zajmowanie się gospodarstwem), jak również od tych, których jako intruzów przyprowadziła wojna. Choć akurat dla niej mieszkańcy Słuczanki nie byli zbyt istotni, to dała im wielokrotnie zaznać nazistowskiego okrucieństwa. Sońce przyniosła też miłość do niemieckiego oficera, Joachima – zakazaną, budzącą w innych pogardę i obrzydzenie, oraz, jak się można domyślać, prowadzącą do dalszych tragicznych wydarzeń.

No, ale […] muszę położyć nacisk na uniwersalny charakter tej historii, tej opowieści, którą przeczuwam, lecz której jeszcze nie poznałem – postanawia Igor. Szybko można dostrzec, że nie tylko biernie słucha, ale też na bieżąco inscenizuje. To zrozumiałe – jest reżyserem teatralnym, który właśnie zbiera materiał do nowego przedstawienia. Dlatego już w trakcie opowiadania układa sceny, rozdziela role i snuje intertekstualną siatkę (Ach – wzruszył się Igor – Antygona i Polinejkes! Gdyby Sonia gniła, czy ktoś by ją pochował?), a nawet ujawnia informacje z pewną poprawką na kłamstwo. Tym samym świadectwo rozprasza się, mimo jego najlepszych intencji, w literackim projekcie, co tekst Karpowicza znakomicie oddaje, przeplatając fragmenty prozy z dramatem oraz wypowiedzi kobiety z „didaskaliami”. Bez słuchacza losy Sońki nie tylko nie zostałyby wypowiedziane, ale też nie nabrałyby takiego właśnie kształtu, co Igor zdaje się maskować, ale z czego jednocześnie czuje się dumny:

Jestem Ignacy, występuję w trzeciej osobie. Występuję przypadkowo, występuję przed samym sobą. Siedzę teraz w ostatnim rzędzie, a może leżę w łóżku. To zależy od nocy. Jestem strażnikiem tej bajki. Jej ryzykownym redaktorem i przygodnym bohaterem. Reżyserem i historykiem.

W każdym razie, choćby chciał, nie potrafi stać się „czystym słuchem” – pozostaje nie tylko historykiem, ale i reżyserem zdarzeń. W miarę czytania można nawet nabrać wątpliwości, czy samo jego pojawienie się w Słuczance było rzeczywiście tylko dziełem szczęśliwego przypadku. Igorowi wyraźnie zależy na kontroli nad ostatecznym rezultatem spotkania. Nawet językowym, co sprawia mu sporo kłopotów. A może jest po prostu zbyt świadomym użytkownikiem języka, żeby dać się wypowiedzieć Soni autentycznej?

Zastanawiał się, czy nie należałoby mocniej zaakcentować tamtejszej bądź tutejszej – zależy czy patrzeć z zajmowanego teraz miejsca, czy raczej z Warszawy – gwary, czy nie wyeliminować pewnych związków, metafor, porównań, nazbyt miejskich, na które Sonia nigdy by nie wpadła. A może by i wpadła?

Tego nie wiadomo.

Z drugiej strony, nie pomogłaby też jakaś idealna i naturalna nieświadomość. Autentyczności z pewnością nie jest w stanie zapewnić prosta, ludowa wrażliwość samej bohaterki, mającej swoje własne, mityczne konwencje organizujące pamięć. W Sońce każda ze stron – opowiadający i słuchacz, kat i ofiara, a nawet człowiek i zwierzę, ujawnia skomplikowaną tożsamość, która wyraźnie odciska piętno na tekście i nie pozwala go zuniwersalizować. Interesujące postacie, które noszą w sobie takie egzystencjalno-tekstualne rozdarcie, to już zresztą specjalność i jak najbardziej zaleta Karpowicza.

W przypadku tytułowej bohaterki na pierwszy plan wysuwa się zwłaszcza płeć (Historia zawsze jest przeciwko ludziom, a najbardziej – kobietom), a wątku genderowego, który jest jednym z wielu kluczy do tej powieści, nie da się tutaj pominąć. Sam Igor okazuje się tymczasem nie tylko interesowny, ale również dość mocno wplątany w tryby dziejów.

Może w starciu opowieści z historią to prawda zawsze wychodzi poturbowana? Nowa powieść Karpowicza przekonuje, że tak jest, ale zanim uznamy ją za wyraz postmodernistycznego relatywizmu (choć z pewnością kontekst teorii Haydena White’a będzie nieraz słusznie kusił przy jej interpretacjach), warto zwrócić uwagę, że nie przekreśla ona samego gestu opowiadania historii, podobnie jak nie degraduje wymiaru literackiego. Każe za to szukać fikcjonalnej podszewki faktów, jak również tropów doświadczenia w tym, co uznało się za kreację. Przede wszystkim zaś nie ogranicza się do tekstualnych gier, ale zachowuje potencjał krytyczny, etyczny i polityczny. Racja, znajdziemy tu świetnie zarysowane postacie, język pełen inteligentnej i często dowcipnej ironii (jak w opisie odbioru przedstawienia Igora przez krytykę) oraz historię rozpoczynającą się konwencjonalnie, a prowadzącą w bardzo odkrywcze rejony. Warto jednak podkreślić i tę zaletę, że choć pisarz w pełni przyswaja lekcję ponowoczesności, to wychodzi daleko poza jej sceptycyzm (co zresztą było już widoczne w Ościach). Dokąd? Jeszcze tego nie wiemy, a później będzie to już prawdopodobnie „dawno, dawno temu”, osadzone we własnej opowieści. Tymczasem – polecam poczytać Karpowicza.

 

Ignacy Karpowicz

Sońka

Wydawnictwo Literackie, 2014

Liczba stron: 208

Michał Koza

Michał Koza

(ur. 1987) – redaktor internetowego czasopisma naukowego „Polisemia”. Doktorant polonistyki na UJ, gdzie im dalej w teorię, tym jest mu lepiej. Lubi oglądać to, co niepokoi albo nie jest zbyt poważne, słucha rzeczy przewiercających, często dryfuje w nerdowe strony. Najczęściej i tak czyta. Siewcoentuzjasta memów, batmanów i Twin Peaks.