NARZECZONA SCHULZA
RECENZJE | 14.09.2015

Historia konfabulowana (A. Tuszyńska „Narzeczona Schulza”)

O Józefinie Szelińskiej wiadomo niewiele. Właściwie tylko tyle, ile wynika z jej listów do Jerzego Ficowskiego, wzmianek w korespondencji Brunona Schulza i wspomnień osób, które ją znały. Agata Tuszyńska próbuje wydobyć głos, zaśpiewać coś (na kształt hymnu lub elegii) w biograficznej próżni po Junie, ale jak to w próżni – dźwięk się nie rozchodzi. Bo jak mają drgać cząsteczki, których nie ma? Wygląda to na etyczne wyzwanie dla literatury, która chce być non-fiction. O Narzeczonej Schulza, swojej nowej książce, Tuszyńska mówi, że to gra pamięci i wyobraźni. Sam nazwałbym ją inaczej – historią konfabulowaną.

Najpierw uporządkujmy to, co wiemy. Józefina Szelińska była nauczycielką języka polskiego w Drohobyczu, przechrzczoną Żydówką, autorką niezrównanego przekładu Procesu Franza Kafki, a także narzeczoną Schulza. Juną, bo tak – przez skojarzenie z rzymską boginią – nazywał ją autor Sklepów cynamonowych, i antylopą, bo to zwierzę najbardziej mu przypominała. Kobietą wysoką i władczą, oczytaną i niezwykle inteligentną. Wydawałoby się, że skupiały się w jej postaci wszystkie cechy kobiece, które drohobycki nauczyciel rysunku wielbił. Wydawałoby się także, że Juna mogła dawać Schulzowi erotyczne spełnienie tych wszystkich fantazji, których szukał w drohobyckich zamtuzach. Cóż zatem? Femme fatale, kobieta demoniczna? Na pewno nie w opowieści Tuszyńskiej.

W Narzeczonej Schulza Juna ani nie przypomina Akne z 622 upadków Bunga Witkacego, ani nie wygląda na pierwowzór Unduli z masochistycznej Xięgi Bałwochwalczej samego Schulza. To paradoksalne, ale u Tuszyńskiej jest niby to dającą natchnienie muzą, niby to przyziemną strażniczką ogniska domowego (taką rolę upatrzyła dla siebie w małżeńskich planach), która w głębi duszy pragnie, by Schulz porzucił swoje erotyczne zboczenia i zaspokoił się zwykłym seksem. Więcej, brzydzi się skłonnościami Brunona: Ale to wylizywanie stóp brudnej dziwki! To był jakiś obłęd, chory popis. Sługa, warczałam do siebie, służalec, mizerny wasal. Ludzka marnizna niewarta mojego dotknięcia. Każda, która go kopnie, zostanie jego muzą?

Skąd wiadomo Agacie Tuszyńskiej, jakim miłosnym torturom poddana była Szelińska? Z odkrytych przez reporterkę dzienników Juny? Intymnych zapisków wydobytych z jakiegoś schowka po jej śmierci w 1991 roku? Bo przecież nie z listów do Ficowskiego, wobec którego – jak donosi pisarka – Szelińska pozostawała zawsze na dystans. Odpowiedź brzmi: znikąd. Wszystko to domyśliła sobie Tuszyńska w ramach gry pamięci i wyobraźni, której reguły ustaliła sama i nie wyjawiła ich czytelnikom. Nie ma w Narzeczonej Schulza żadnego aneksu, który prezentowałby materiał wykorzystany przez autorkę, słowa wyjaśnienia, gdzie przebiega granica między faktem a zmyśleniem, biograficznym cyzelowaniem a literacką dezynwolturą. Tuszyńska uprzedza jedynie, że czasem faktom urastają skrzydła. Na początku wydaje się, że w Narzeczonej Schulza biegną równolegle – ale osobno – dwie narracje: trzecioosobowa (będąca głosem niezależnej narratorki-reporterki) i pierwszoosobowa (zarezerwowana dla Juny), choć w miarę postępu lektury coraz trudniej je rozróżnić. Głos narratorki-reporterki przekształca się w mowę pozornie zależną opisującą psychiczne stany Szelińskiej, a ta wreszcie w jej monologi wewnętrzne.

Nie chodzi tu o moralizowanie. To oczywiste, że balansowanie na linie jest obarczone ryzykiem. Rzecz w tym, że literackie konfabulowanie Tuszyńskiej prowadzi do pewnych poznawczych redukcji, które w krytycznej lekturze rozłamują tę historię od wewnątrz. O pierwszej zaświadcza już sam tytuł książki. Można byłoby ulec iluzji (ja sam stałem się jej ofiarą), że wyłącznie logika rynku decydowała o jego brzmieniu. W końcu ile osób wie tak naprawdę, kim była Józefina Szelińska? Po lekturze staje się jasne, że powieść Tuszyńskiej to rzeczywiście historia narzeczonej Schulza, a nie samej Szelińskiej. Trudno uwierzyć na przykład, że wielkiemu osiągnięciu translatorskiemu, jakim jest przekład Procesu Kafki (notabene do dziś często przypisywany Schulzowi, który w zamyśle miał go tylko firmować swoim nazwiskiem), Tuszyńska poświęca zaledwie kilka słów. Ma się też wrażenie, że Szelińska urodziła się w 1933 roku (bo wtedy poznała Brunona), a nie ćwierć wieku wcześniej. Niewiele dowiadujemy się o jej młodości w rodzinnym Janowie i o studiach w Paryżu; niewiele więcej o szczegółach prywatnego życia po wojnie. Oto przed nami bibliotekarka ukrywająca swoją żydowską tożsamość i wzbraniająca się przed ujawnieniem związków z wybitnym pisarzem (u Ficowskiego – na wyraźną prośbę – ukrywająca się zawsze pod inicjałami). Aż wreszcie przychodzi nam stanąć przed pytaniem granicznym, ale fundamentalnym dla tej lektury: czy Szelińska żyła naprawdę? W tej opowieści znajduję bowiem tylko jeden gest, o którym powiedziałbym bez wahania, że jest w pełni niepodległy. To samobójcza śmierć Juny.

Tuszyńska nie jest za to oszczędna w słowach, gdy zagląda w duszę Szelińskiej targaną chorobliwą zazdrością i opisuje jej ataki histerii. Przyjrzyjmy się kilku takim scenom, które Juna rozgrywa sama ze sobą. Na przykład wtedy, gdy myśli o dawnych uczennicach Schulza, które wiele lat po wojnie opowiadały o sławnym nauczycielu: Te byłe pannice, na przykład, najchętniej ględziły o jednym, a to o jego ręce pełznącej w górę ich uda, a to o oddechu sapiącym nad dziewczęcym karkiem. No, proszę was, opanujcie się wszyscy. Albo gdy jeszcze za życia Schulza odkrywa jego list do Romy Halpern: Ona jest jego spowiedniczką, on się przed nią otwiera, radzi się. I to w mojej, naszej, sprawie. To niemożliwe! Myślałam, że umrę ze złości. (…) Jakby była geniuszem, jakby była ważniejsza ode mnie, jakby była co najmniej siostrą Freuda. Ona, jakaś złośliwa i niemająca o mnie pojęcia baba, miała decydować o moim życiu! I jeszcze (bo naprawdę trudno się powstrzymać przed tymi smakowitymi wypisami) po przeczytaniu listu od Witkacego: Wściekła jak atakująca kotka, nie potrafiłam się opanować. Chwyciłam, słuchając, czy nie idzie, jeszcze coś. Brulion tych jego listów. Jego Księgę. I znowu jakbym dostała w twarz. No nie chciałam być zazdrosna jak pensjonarka, ale tego było już za wiele. Tymczasem Szelińska na trzystu stronach książki Tuszyńskiej nierzadko jest zazdrosna właśnie jak pensjonarka. O Zofię Nałkowską, Deborę Vogel, Romę Halpern, prostytutki, uczennice i o cały świat, który chce jej zabrać Brunona.

Patos, tak rzucający się w oczy w paroksyzmach zazdrości, jest zresztą nadrzędną cechą tej książki. Tuszyńskiej zdarza się korzystać z schulzowskiej metaforyki, na przykład wtedy, gdy pisze: Byłam pod wrażeniem ciszy i spokoju panujących w tym miejscu, ale była to cisza chorobliwa, podkreślająca jakby tutejsze bytowanie na marginesie życia. Jakby nie zdawała sobie sprawy, że to, co u Schulza brzmi naturalnie, tutaj obarczone jest emfazą nie do uniesienia. Jeśli zaś nie pożycza stylu od drohobyckiego pisarza, rozwija własny i wówczas jest jeszcze gorzej: Spoza murów klasztoru bazylianów pachniały bzy. Pęczniały secesyjne magnolie, pachniały żółtodziobe forsycje. (…) Te ledwo pokryte listkami brzeziny, jak panienki na balu debiutantek albo na ślubnym kobiercu… Zachwycałam się tym wszystkim, tymi zmysłowymi obrazami jak pensjonarka.

Właśnie! Znów jak pensjonarka. To może jednak słowo-klucz do tej historii, po której oczekiwałem, że będzie choć trochę herstorią. W istocie jest nie dość, że historią, to jeszcze konfabulowaną. Jeśli miałbym przystać na metaforykę Tuszyńskiej, powiedziałbym, że fakty zostały po prostu porwane przez skrzydła wyobraźni. Zakończę po swojemu: próżni nie da się poruszyć piskiem.

 

Narzeczona Schulza

Agata Tuszyńska

Wydawnictwo Literackie, 2015

Liczba stron: 324