listy
RECENZJE | 30.06.2014

Hipotetyczne listy, precyzyjna przyjaźń (P. Auster, J.M. Coetzee „Tu i teraz”)

Trudno powiedzieć, co zadecydowało o rozpoczęciu korespondencji. Trudno powiedzieć, czy pierwsze spotkanie po latach wzajemnych lektur to jedyny powód. Jeszcze trudniej domniemywać, co wyznaczyło koniec tej niezwykle tradycyjnej (listy, faksy, papier, maszyny do pisania) wymiany. Największym problemem są jednak apodyktycznie brzmiące pytania, na które nie mam jednoznacznych odpowiedzi. Czy to na pewno są listy? Czy rozgadany Auster odpowiada Coetzeemu? Czy Coetzee zadaje pytania Austerowi? Czy Auster jest serdeczny, a Coetzee surowy? Czy na pewno? Trzy lata wymiany listów i żadnej jednoznacznej odpowiedzi.

Zwlekając przez kolejne dni, powtarzając przedłużające się lektury poszczególnych fragmentów, raz odsuwając te listy z rozczarowaniem, raz pochłaniając kilkadziesiąt stron naraz, docieram do momentu, w którym Paul Auster i J.M. Coetzee stają się dla mnie osobnymi postaciami, które mocą dziwnego powinowactwa i nie mniej zastanawiającego przypadku korespondowały w latach 2008–2011. Podobno już o wiele wcześniej tradycyjna epistolografia wymarła ostatecznie i bezpowrotnie, a pisarze przemieścili się do świata tweetów, facebookowych statusów i starzejących się blogów, których to upadku sama wyczekuję od dobrych paru lat. Tymczasem obaj pisarze decydują się nie tylko na wysyłanie do siebie regularnej korespondencji na linii Ameryka–Australia, ale także, co jest przede wszystkim udziałem Austera, na uparte używanie w tym celu maszyny do pisania. Wielokrotnie podczas tej lektury, kiedy autor Lulu na moście narzeka, że w jakimś hotelu nie było maszyny do pisania (no jak to możliwe?), albo kiedy wspomina, że jego żona Siri drukuje dla niego e-maile, wyłącznie rozum przypominał mi, że nie jest to korespondencja z połowy XX wieku. No cóż. Galopującej pretensjonalności z pewnością nie można odmówić nawet samej koncepcji tej epistolografii. Wydanie listów już po kilku latach od zakończenia korespondencji musi budzić pewnego rodzaju podejrzenie, że oto mamy do czynienia z listownym spektaklem, który tylko ze względu na dobry gust nie jest pozbawiony czwartej ściany. Efektem tego jest trudność w rozeznaniu, jakie są reguły gry tej epistolografii. Najbardziej skomplikowane wrażenie, jakie pozostawia bowiem ten zbiór, wiąże się z pozycją obu pisarzy wobec siebie i ich pełnej osobności.

Oczywiście listy te zawierają standardowe uprzejmości, wyrazy sympatii, zapowiedzi nieodległych spotkań czy nawet słowa pełne troski. Sposób ich wyrażania (Auster: Mam nadzieję, że wróciłeś już do formy. Niezrównana precyzja Twojego listu na pewno nie jest dziełem człowieka chorego) bywa jednak nieco odległy od tego, do czego można przywyknąć, czytając rozmaite korespondencje. Ma to oczywiście potężne zalety. Trwając od lat w fascynacji pisarstwem Coetzeego, Austera darząc zaś wytrwałą sympatią, nie mogę zrezygnować ze stwierdzenia, że lektura tych listów jest istotnym, często wartościowym doświadczeniem literackim i intelektualnym. Nie zmienia to jednak faktu, że niewiele dzieli tę korespondencję od wymiany zalążków i wprawek do esejów czy recenzji. W początkach XX wieku, kiedy ważkość listów była nieporównywalnie większa niż dziś, tego rodzaju wniosek potraktować trzeba by było jako potwarz wobec korespondenta. Takich zarzutów doczekiwali się i Karol Irzykowski, i Witkacy, i wielu innych, dla których dostrzeżenie „listowości” listu, a więc jego komunikacyjnego charakteru, stanowiło swego rodzaju wyzwanie.

Uznać by więc można, że Tu i teraz boryka się z tego rodzaju trudnościami, że modernistyczny temperament literacki sprzyja uciekaniu w formy niezmuszające do kontaktu czy zadawania pytań, a także do urzeczywistnienia drugiego człowieka w swoim świecie pisma. W XXI wieku sprawia to jednak często wrażenie pomysłu, który powstał w sposób zbliżony do rozmaitych przedsięwzięć eseistyczno-krytycznych, nie zaś epistolograficznych – takich zresztą, w których widać jeszcze szwy. Nie czynię zarzutu pisarzom, że pewnego dnia postanowili w iście modernistycznym geście rozpocząć intelektualno-światopoglądową wymianę, którą inicjuje rozważanie samej idei przyjaźni. Coetzee: Zanim więc usiadłem do listu, poszedłem do biblioteki. Jakże bardzo się myliłem! W katalogu znalazłem książki w całości poświęcone temu zagadnieniu [przyjaźni – O.Sz.], dziesiątki książek wydanych niedawno. […] Przyjaźnie zdają się pozostawać zagadką: wiemy, że są ważne, lecz domyślamy się jedynie, czemu ludzie je nawiązują i w nich trwają.

Jeżeli dotąd nie prowadzili Państwo wzmożonego researchu o przyjaźni przed pisaniem do przyjaciela lub o miłości przed pisaniem do ukochanego, nie martwcie się. Przez pierwszych kilkanaście listów trudno pozbyć się wrażenia, że owa korespondencja – przetykana salonowymi wręcz uprzejmościami – jest przede wszystkim dziwacznym pomysłem, którego nie potrafię obronić. Auster stosunkowo wiele pisze (na maszynie, przypominam) o swoim życiu codziennym, relacjach rodzinnych, bieżących wydarzeniach i, nazwijmy to, życiu emocjonalnym. To znacznie odróżnia jego temperament od Coetzeego – skupionego, nieustępliwego i niesłychanie wytrzymałego, zarówno w kontekście doświadczeń (Podjeżdżanie rowerem na wzgórza może być wielką szkołą stoicyzmu, jeśli tego się akurat potrzebuje. Nie pogodzę się ze świadomością, że cały ten wysiłek, całe to cierpienie niczego nas nie uczą), jak i konsekwentnego utrzymywania własnej pozycji. To on rozdaje tu karty, to on w stanowczych, choć nieoczywistych, gestach powstrzymuje Austera przed przekroczeniem granicy intymności, którą stawia – pewnie nie tylko w tych listach. Wyjątkowo charakterystyczny, chłodny i porażająco ostateczny ton literatury Coetzeego nie ginie w – powiedzmy – prywatnych listach.

Pewna dysproporcja w zainteresowaniu, jakim obdarzyłam obu korespondentów, wydaje się z pewnością wynikiem osobistych preferencji, ale nie tylko. Auster opowiada więcej o tym, czego mogłabym się domyślać (np. o ugruntowaniu jego wyobraźni w konkrecie) albo o tym, bez czego mogłabym się obejść. Coetzee jest pisarzem wyjątkowo różnym od swojego amerykańskiego przyjaciela. Jego wzmożone refleksje o języku, polityce czy tożsamości (Spróbowałem znowu, najpierw analizując pierwszą myśl (świat bez JMC), a potem drugą (świat beze mnie), i znów to samo. Pierwsze łatwo sobie wyobrazić, drugiego się nie da) są dla mnie bezwzględnie kluczową częścią tych listów – taką, dzięki której nie uznałam tego osobliwego przedsięwzięcia za chybione czy całkowicie jałowe. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, jaką rolę odgrywają te listy w myśleniu o komunikacji i relacjach międzyludzkich („międzypisarskich”) w najnowszej kulturze. Obawiam się, że skrajnie marginalną, ale też wyjątkowo ekscentryczną. To koszt, którego korespondenci nie mogli nie przewidzieć.

Niepochwytne decyduje o tym, czyje słowa zapadają w serce – Coetzee nie zadaje swojemu przyjacielowi pytań. Naprawdę, żadnych. Nie domaga się odpowiedzi, nie wyczekuje reakcji na swoje słowa. Auster, pisarz należący do wybitnych postaci współczesnej literatury, w tej wymianie – pomyśle tak absurdalnie pretensjonalnym, że aż przekonującym – jest raczej sympatycznym wspólnikiem Coetzeego. Pisarza, którego słowa – nawet, gdy pisze o bezsenności w Australii – zawsze ciążą ku ostateczności.

 

Paul Auster, John Maxwell Coetzee

Tu i teraz. Listy (20082011)

Tłum. Katarzyna Janusik

Wydawnictwo Znak, 2014

Liczba stron: 240

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.