popmoderna — kopia
RECENZJE | 16.06.2014

Heroina z dworca Zoo („Christane F. Życie mimo wszystko”)

Wszyscy pamiętamy tę historię. Dziewczyna pod dworcem zaczepia przechodniów. Buty na obcasie, wściekle czerwone włosy, wulgarność i wzgardliwa mimika nie ukryją, że ma co najwyżej czternaście lat. Daj markę, powtarza do mijanych ludzi. Tych, którzy ją zignorują, obrzuca obelgami. Ktoś nie wytrzymuje, uderza ją w twarz. Dziewczyna krzyczy: kurwa! Szary ford podjeżdża pod dworzec, stary i gruby kierowca bez słowa otwiera drzwi od strony pasażera. Dziewczyna robi pogardliwą minę, ale wchodzi do auta. Kwoty różnią się w zależności od tego, jak zadowoli klienta, ale wystarczają, by kupić działkę heroiny dla niej i jej chłopaka.

Trudno o tej bohaterce zapomnieć, choć od polskiego wydania minęło 27 lat, a od oryginału 36. Napisane w 1978 roku My, dzieci z dworca ZOO to historia trzynastolatki z Berlina Zachodniego, która uzależnia się od heroiny i prostytuuje za pieniądze. Opowieść była na tyle wstrząsająca i kontrowersyjna, że wstrzeliła się w świadomość nie tylko ówczesnego RFN-u, ale Europy i całego świata w ogóle. Pikanterii dodawał fakt, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Wkrótce każdy Niemiec w RFN znał to imię i inicjał: Christiane F.

Odczarujmy jednak trochę tamtą historię: Christiane F. nigdy tej książki nie napisała, My, dzieci z dworca ZOO to dzieło dwóch dziennikarzy z niemieckiego magazynu „Stern”, Horsta Riecka i Kaia Hermanna, stworzone na podstawie wywiadu-rzeki, którego młoda Christiane im udzieliła. Horst poznał Christiane F. w 1978 roku w czasie procesu o pedofilię, z którego pisał sprawozdanie. Oskarżony był jednym z klientów młodej dziewczyny. Rozmawiając z nią, Horst doszedł do wniosku, że jej życie to świetny materiał na książkę.

My, dzieci z dworca ZOO ukazało się jeszcze w tym samym roku, wzbudzając falę kontrowersji. Narkomania była wówczas tematem tabu, a książka zawierała również opisy dziecięcej prostytucji. Sukces niemieckich redaktorów miał jednak przede wszystkim charakter społeczny. Książka w zasadzie ustanowiła narkomanów jako grupę społeczną. Wcześniej, wyrzuceni na absolutny margines, a w związku z tym niewidzialni, nie byli obiektem jakiejkolwiek polityki. Wnet stali się czarnymi bohaterami dzienników telewizyjnych i prasy. Pojawiały się filmy dokumentalne, reportaże, socjologiczne raporty, wreszcie przeznaczone dla narkomanów ośrodki i kuracje. Zwróciła na nich uwagę władza i siły porządkowe. Niektóre miasta wprowadzały specjalne ustawy, by zapobiec rozprzestrzenianiu się problemu (przykładowo Platzspitz w Zurychu było czymś w rodzaju Hamsterdamu z The Wire). Wcześniej zanegowani jako grupa, obecni w społeczeństwie jedynie w nielicznych, niechlubnych przypadkach, stali się nagle realnym zagrożeniem, przykładem degeneracji współczesnej (kontr)kultury, ale także pewnym – i tego najbardziej się obawiano – trendem. Mówiono o tzw. scenie narkomańskiej w Berlinie czy w Hamburgu. Zaczęto mówić o „zwyczajach” narkomanów i „miejscach” narkomanów, badano język narkomanów, a stąd niedaleko już do określenia „kultury narkomanów”. I rzeczywiście, w takiej formie przetrwało to do dzisiaj, o czym na gruncie polskim może świadczyć stary, ale wciąż prężnie działający serwis dla amatorów środków odurzających (także tych najcięższych) hyperreal.info.

Książka z kolei doczekała się ekranizacji (1981), której produkcją zajął się Bernd Eichinger (Niekończąca się opowieść, Imię Róży, Upadek, Pachnidło). Kasowy sukces filmu i sława pozwoliły zalegalizować (oswoić?) życie Christiane F. Nagłówki brukowców używały już całego nazwiska: Christiane V. Felscherinow. Rzeczywiście, życie tej nastolatki uległo zmianie, ale chyba nie tak, jak mogliśmy się tego spodziewać po zakończeniu sławnej książki. Dzieło z 1978 roku kończy się bowiem, gdy Christiane wyjeżdża z Berlina na wieś do swojej babci, odstawia heroinę i z dobrymi wynikami kończy szkołę. Mówi, że już nie chce brać. Odległość od znajomych z dworca ZOO pozwala mieć nadzieję, że bohaterce może się udać. Tymczasem otwarte zakończenie to tylko chwytliwa kompozycyjna klamra, która ma złagodzić skołatane nerwy czytelnika. Ostatecznie, najpiękniejsze są te opowieści, które choć smutne, nie odbierają nadziei.

Mija kilkadziesiąt lat, całe pokolenia niemieckich dzieci uczą się o niebezpieczeństwie narkotyków właśnie z historii Christiane F., bo My, dzieci z dworca ZOO stało się lekturą w wielu szkołach. W brukowej prasie przy okazji narkotykowych sensacji nieustannie powtarza się pytanie: co stało się z młodą Christiane F.? Nadal stoi pod Bahnhof ZOO? Sprzedaje się na Kurfürstenstraße? Czy może któregoś dnia źle oceniła działkę, a organizm nie wytrzymał?

Tymczasem na polski rynek wchodzi książka pt. Christiane F. Życie mimo wszystko, autorstwa Christiane V. Felscherinow i Sonji Vukovic. Patrzę na zdjęcie umieszczone w materiałach prasowych polskiego wydawcy, Wydawnictwa Iskry. Z fotografii spogląda na nas ponad pięćdziesięcioletnia Christiane Felscherinow. Nie odróżnia się jakoś szczególnie od ludzi w jej wieku, może poza młodzieżową, kolorową bluzą i komórką zawieszoną na szyi. Wygląda czysto i schludnie. Ma ponad pięćdziesiąt lat i mogłaby jeszcze niejednemu zawrócić w głowie.

Przez lata prasa informowała o jej doszczętnym upadku, a nawet śmierci. Głośno zrobiło się także, gdy w 2008 roku odebrano jej syna. Christiane nauczyła się ignorować medialny szum, odmawiała wywiadów i unikała czatujących paparazzi. Częste przeprowadzki pomagały tylko na chwilę, ostatecznie zawsze znalazł się materiał na nowy, choćby najgłupszy artykuł do gazety. Dopiero niejaka Sonja Vukovic, stażystka Akademii Axela Springera, po grubo ponad trzydziestu latach zdołała namówić Christiane do współpracy.

Jak obecnie wygląda życie sławnej narkomanki? Christiane F., okazuje się, żyje. Trochę bez powodu, a może trochę sobie i innym na złość, a już na pewno wbrew wszelkim antynarkotykowym kampaniom społecznym. Heroina jednak zostawia ślady. Nakłuć po igłach, blizn na nadgarstkach i febry na ramionach nie widać pod długimi rękawami. Christiane poci się nawet na mrozie. To agresywna żółtaczka typu C i zniszczona wątroba. Na przeszczep nie ma co liczyć: ćpunów nie wpisuje się na listę. Korzysta z kuracji metadonowej. Metadon to farmakologiczny zamiennik heroiny: nie uzależnia psychicznie, łagodzi głód narkotykowy, ale koniec końców podobnie pustoszy organizm. Metadon z alkoholem to zabójcze połączenie, ale dla Christiane bez picia życie na ziemi byłoby nie do zniesienia. Papierosów też nie odstawiła, a od jointów nikt jeszcze nie umarł.

Książka ma wypełnić biograficzną lukę, jaka powstała od publikacji w 1978 roku do dnia dzisiejszego. Christiane opowiada więc o swoim życiu, pełnym nieprawdopodobnych zdarzeń. Jako dziewczyna zaangażowała się w rozwijającą się wówczas nową niemiecką kontrkulturę, estetycznie odnajdującą się gdzieś między mocnym punk-rockiem, schizoidalną elektroniką, popowym recyklingiem i radykalnym rewizjonistycznym przekazem. Bunt w Niemczech przybierał wówczas postać „ojcobójstwa”, skrajnego odcięcia się od zamiecionych pod dywan grzechów rodziców i dziadków popełnionych w nie tak dawnym światowym konflikcie. Christiane opisuje więc swoje kontakty z tamtą przedziwną, alternatywną sceną muzyczną, począwszy od Geniale Dilletanten, przez Sentimentale Jugend (w którym grała na basie), na popularnym wówczas i w pewnych kręgach cenionym do dzisiaj Einstürzende Neubauten skończywszy.

Kolejne strony nie przestają zaskakiwać, wydaje się, że młoda narkomanka dostała od życia drugą szansę. Wraz z Berndem Eichingerem leci do Los Angeles na premierę filmu Christiane F. – Wir Kinder vom Bahnhof Zoo, gdzie poznaje Rodneya Bingenheimera, a Ninie Hagen załatwia ogólnoświatową karierę. Wchodzi w związek z Alexem Hacke (Einstürzende Neubauten), z którym nagrywa kilka kawałków, wpada na prywatki organizowane przez AC/DC. Wreszcie poznaje Davida Bowiego, który zaprasza ją do swojej szwajcarskiej rezydencji, a nawet na wycieczkę sławnym, prywatnym odrzutowcem Rolling Stonesów, który zamiast siedzeń ma wielkie okrągłe łoża z satynową pościelą i zaopatrzony bar: Kiedy poszłam do toalety, oniemiałam – wszystko było monumentalne. Marmurowy pisuar w przestworzach! Ale Bowiego, którego Christiane przecież początkowo uwielbiała, już skrytykuje: Z wiekiem doszłam do przekonania, że jego muzyka się zdemaskowała, że jest to elektromainstream! Dziś uważam go za finansowego geniusza, który doskonale opanował zasady biznesu. (…) Ale uważam, że artystycznie jest średnio uzdolniony. Po jecie Rolling Stonesów etap rockowej gwiazdy w życiu Christiane się kończy. Zdąży jednak jeszcze poznać grupę Genesis, którym dostarczy narkotyki: Na wypadek gdyby ktoś miał dziwne skojarzenia: nie, Phila Collinsa tam nie było!

Za sprawą Anny i Daniela (szwajcarskiego wydawcy Christiane) Keelów jej towarzyskie życie obiera zupełnie inny kierunek. Felscherinow uczestniczy więc w obiadach z Federico Fellinim, Patricią Highsmith czy Patrickiem Süskindem. Temu ostatniemu oświadcza, że Pachnidło jej się w ogóle nie podobało. Friedrichowi Dürrenmattowi bez pardonu mówi, że jego powieść jest nudna. Ale ani Fellini, ani nawet spacer z Loriotem nie przemógł u Christiane głodu. Bohaterka doskonale wie, że należy do innego, znacznie mroczniejszego świata. W swoim życiu wielokrotnie będzie wracać do heroiny, w zasadzie nigdy na stałe nie rozstając się z nałogiem.

Ciekawe, że Christiane nie jest w stanie sprawnie relacjonować swojego życia. Chronologia jest tu zaburzona, wątki urywają się, nakładają i przeplatają, szybko przestajemy orientować się w latach, bo Christiane ma tendencję do przeskakiwania z tematu na temat. Być może w jakiś sposób oddaje to problem uzależnienia od heroiny. Nieskładność wypowiedzi to podstawowa cecha tej książki i czytelnik, który pamięta My, dzieci z dworca ZOO, powinien przygotować się na estetyczny szok. Być może to kwestia braku doświadczenia młodej Sonji Vukovic, a być może życie Christiane było i jest nazbyt niejasne i zbyt, by tak powiedzieć, wyrywkowe, aby je spójnie opowiedzieć. Wiemy, przykładowo, że Christiane wyjechała na siedem lat do Grecji, wiemy, że trafiła w końcu na rok do więzienia, ale są to tak duże okresy czasowe, że w zasadzie trudno ustalić, czym się wówczas zajmowała.

Christiane jednak stara się sprostać potrzebom ciekawskiego czytelnika (podglądacza?). Opowiada więc także o tym, co zupełnie prywatne: o przeprowadzonych aborcjach, chorobach wenerycznych, przypadkowych kontaktach seksualnych i wieloletnich romansach, zwykle jednak kończonych niewiernością. W życiu Christiane przeplatają się rozmaici, czasami bardzo znani ludzie, ale jedna bohaterka jest w nim stale obecna: heroina pozostaje nieredukowalnym punktem odniesienia, nawet jeśli Christiane zrobiła sobie w zażywaniu wieloletnią przerwę. W tym sensie książka Życie mimo wszystko jest wartościowym świadectwem uzależnienia. Nie tyle walki z nałogiem, co samego nałogu, jego destrukcji i uwodzicielskiej, pociągającej mocy. Christiane wobec heroiny jest absolutnie bezbronna, zachowuje się wręcz poddańczo, choć ma świadomość konsekwencji. Nigdy nie będzie w związku na wyłączność, zawsze jest to raczej trójkąt z heroiną, trwały na tyle, na ile starczy akurat pieniędzy: Przez sześć lat wszyscy czworo próbowaliśmy sobie nawzajem pomóc, ale nieważne, ile razy próbowaliśmy wspólnie odstawić, nieważne, gdzie zmierzaliśmy, by wyrwać się z tego zaklętego kręgu, w który znów wpadliśmy tak szybko: narkotyk zawsze nas dosięgał – często kilogramami, w niskiej cenie.

A czy Christiane żałuje swojego życia? Mam wrażenie, że heroina nie tyle jest wpadką i błędem młodości, co środkiem do osiągnięcia spokoju. Sama mówi, iż nigdy nie pociągały jej narkotyki, które dawały kopa. Nie chciała tańczyć i śmiać się w towarzystwie, nie chodziło o integrację ze światem, przeciwnie, chodziło o wyłączenie się z niego, o jego przynajmniej tymczasowe unieważnienie. Lata, które spędza w czułych objęciach narkotyku, na stałe pieczętują jej osobowość. Heroina jest częścią życia Christiane, w zasadzie stanowi jej tożsamość, co przekłada się także na samą książkę. To narkotyk ustala hierarchię ważności w życiu kobiety, reguluje relacje między bohaterami, łączy i rozdziela ludzi, umożliwia miłość, tworzy namiętność, ale i kończy związki, dzieli jej życie na okresy mniej lub bardziej świadome, czyniąc przy tym książkę niejasną, a narratorkę zależną od miligramów opiatów we krwi – heroina jest głównym organizatorem życia Christiane.

I chyba tylko w ten sposób czytane Życie mimo wszystko nie rozczarowuje. Patrzeć na dzieło Felscherinow i Vukovic należy przede wszystkim jako na udokumentowanie nieprawdopodobnie silnie uzależnionej osobowości. To artystycznie nieudana, lecz ważna jako świadectwo książka o tym, jak skomplikowany jest nałóg. Językowe niechlujstwo udowadnia jednak, że w gruncie rzeczy Christiane F. nigdy pisarką nie była. Jest natomiast człowiekiem prowadzącym bardzo smutne, destrukcyjne życie i tylko to doświadczenie książkę ratuje.

Doświadczenie to może zresztą czytelnikiem wstrząsnąć w końcówce: nie przerażają nas ani narkotykowe wojaże autorki Życia mimo wszystko, ani jej pobyt w więzieniu, jednak jest coś naprawdę niepokojącego, coś wartego ponownego przemyślenia w tych fragmentach, w których Christiane ewidentnie odchodzi od zmysłów. Bo Christiane ktoś obserwuje i nie są to dziennikarze. To tajemniczy ludzie ubrani w czarne garnitury, którzy bezustannie ją inwigilują, instalują kamery i mikrofony, wchodzą do jej mieszkania pod jej nieobecność, przestawiają przedmioty, by zorientowała się, że ją odwiedzili. W ciągu jednego roku musiałam pozbyć się pięciu telefonów komórkowych, bo wszystkie najwyraźniej były na podsłuchu. Nie wiem, czego ode mnie chcą, zważywszy, że mnie nie uwięzili ani nie porwali i nie próbują też zbierać informacji na mój temat wśród moich przyjaciół czy znajomych. Dlatego nikt mi nie wierzy. Jedynym celem tych ludzi jest najwyraźniej, by reszta świata uznała mnie za wariatkę. Ale Christiane o ich istnieniu jest naprawdę przekonana. Odwiedzają ją każdego dnia, jest pewna, że przecież wychodząc z domu, wyłączyła telewizor, a po powrocie był włączony. Nie wiem, jak bardzo etyczne jest lub nie jest wydanie tej książki w Niemczech w takiej formie, wiem natomiast, że Felscherinow lata uzależnienia przypłaciła szaleństwem i to bodaj najmocniejszy, najbardziej niepokojący moment Życia mimo wszystko. Ale chyba też najbardziej dwuznaczny. Łapiemy się na tym, że życie najsławniejszej narkomanki przestało być prywatne, a my – czytelnicy – jesteśmy podli na tyle, by patrzeć, jak popada w szaleństwo i nie ruszymy nawet palcem, by jej pomóc. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że w razie potrzeby ktoś Christiane się zaopiekuje.

Życie mimo wszystko to książka zupełnie inna od pierwszego dokumentu. Nie szokuje nas już tak, jak tamta mała piętnastolatka sprzedająca się za działkę heroiny. To również książka, najzwyczajniej w świecie, źle napisana. Styl jest na tyle nijaki, że skupiamy się właściwie na relacjonowanych wydarzeniach i to od stopnia ich atrakcyjności będzie zależeć uczucie nudy, które może nam podczas lektury towarzyszyć. Sądzę jednak, że czytelnik, który niegdyś z wypiekami na twarzy przeczytał My, dzieci z dworca ZOO, znajdzie tu parę prawdziwszych odpowiedzi na to, co stało się z Christiane F. To również książka, która pełni funkcję świadectwa chorego, uzależnionego umysłu i choćby dlatego warto o Felscherinow pamiętać. Czytelnik jednak musi przyjąć do wiadomości fakt, że lektura Życia mimo wszystko czyni go świadkiem bardzo smutnego, dramatycznego życia i postępującego szaleństwa. A Christiane F. nie jest bohaterem literackim, lecz zupełnie realnym, żywym człowiekiem i być może dlatego po lekturze książki czujemy się podle.

 

Chistiane Felscherinow, Sonja Vukovic

Christiane F. Życie mimo wszystko

Wydawnictwo Iskry, 2014

Liczba stron: 284

Maciej Pawlikowski

Maciej Pawlikowski

(ur. 1986) – studiował krytykę literacką na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował w “FA-arcie”, “E-splocie” i “Polisemii”. Interesuje się koncepcją opowieści w twórczości Mirosława Nahacza. Urodził się w Kamiennej Górze, mieszka w Krakowie.