10535304_10152276063958920_1025313684_o
RECENZJE | 07.07.2014

“Hello, I’m Johnny Cash” (Johnny Cash „Cash. Autobiografia”)

Jakiś czas temu, na kolejnym fascynującym kursie angielskiego, miałam zajęcia z dziewczyną ze Stanów Zjednoczonych. Nie była zbyt porywająca ani w dydaktyce, ani w rozmowie, ale któregoś razu wypytywała nas o gusta literackie, filmowe i muzyczne. Tylko przy tych ostatnich udało się nam zatrzymać na dłużej, więc zaczęła zadawać szczegółowe pytania na temat ulubionych amerykańskich muzyków. Akurat przeżywałam wtedy etap zapętlania Ring of Fire, Jackson czy Folsom Prison Blues, więc natychmiast wymieniłam Johnny’ego Casha. Lektorka spojrzała na mnie jak na kosmitę i powiedziała: „ale to przecież muzyka dla naszych rodziców i dziadków!”. Więcej nie rozmawiałyśmy, nie było o czym.

 

MUZYKA

Nie pierwsza to i niejedyna książka autobiograficzna, jaką napisał Johnny Cash. Ta, którą wydało Czarne, pierwszy raz opublikowana była w ojczyźnie muzyka w 1997 roku, sześć lat przed jego śmiercią. Kilkadziesiąt lat kariery człowieka w czerni obfitowało nie tylko w dziesiątki płyt (tych rekordowo popularnych i tych, o których zapominają najwytrwalsi fani), ale także w niezliczone występy w duetach, zespołach i rodzinnych grupach, co pewnie może kojarzyć się z country – wciąż najsilniej łączonym z Cashem nurtem muzycznym. Na nim oczywiście muzyczny świat autora A Boy Named Sue się nie kończył – wkraczał on śmiało do przestrzeni folku, gospel czy rock and rolla, wydobywając z nich to, co wszyscy odtąd bez najmniejszych wątpliwości kojarzymy z Cashem. Nie jest to muzyk, który zazdrośnie odganiał konkurencję. Jeśli wierzyć jego książce, było wręcz przeciwnie. Sposób, w jaki wypowiada się o muzykach, z którymi współpracował, których poważał, z którymi miał okazję się zetknąć, pełny jest nie tylko szacunku i, nierzadko, zachwytu, ale także permanentnego podkreślania ich znaczenia i roli w kształtowaniu jego własnych utworów czy poszczególnych występów.

Moje życie było proste: bawełna w młodości i muzyka w wieku dojrzałym. Muzyka, której oddał się całkowicie, wypełniając ją niepodrabialnym głosem (bas-baryton, tak mówią) i zaczepnymi tekstami, w których Jezus Chrystus jest bohaterem niosącym mu porównywalnie wiele emocji co osadzeni w więzieniu mordercy. Cash nie znał zewnętrznie ustanowionych granic, w których powinien się poruszać. Jeśli chciał zamanifestować swoją chrześcijańską postawę, robił to – nawet jeżeli odbierało mu to fanów, producentów i, w ostateczności, program telewizyjny. Muzyka zwykle jednak niesie go na wyżyny – sławy, ale nie tylko. Cash sięga tego rejestru, którego nie sięga (muzycznie niejednokrotnie dość wulgarny) Elvis Presley. Rzecz nawet nie w opowiadaniu własnych historii czy ponawianiu wyznań w kolejnych piosenkach. Cash żyje muzyką i żyje organizowaniem przestrzeni dla muzyki wokół siebie. Piosenka wydaje się dla niego absolutnie fundamentalnym sposobem kontaktowania się ze światem – zarówno z szalejącym tłumem, jak i rodziną, żoną czy Bogiem. Man in Black jest człowiekiem muzyki w takim sensie, w jakim nie jest człowiekiem prozy. Jego autobiografię czyta się całkiem dobrze, ale lepiej słuchałoby się jej w kolejnych utworach – wykonywanych tak, jakby był to najbardziej domyślny sposób wyrazu, jaki można sobie wyobrazić.


 

NARKOTYKI

Narkotykowe doświadczenia, które Cash dzieli z niezliczoną liczbą gwiazd tamtego okresu, przejmująco zostały już przedstawione w filmie Walk the Line (Spacer po linie, reż. James Mangold). Muzyk, wciągający i zażywający wszystko, co się da, w pewnym momencie śmierci zaglądał w oczy częściej niż własnym dzieciom. Był na haju i podczas ważnych występów, i po nich, i bez nich – jego uzależnienie trudno potraktować z przymrużeniem oka, nawet jeżeli wysuniemy argument, że to on – nie wielu innych – ostatecznie powstał z popiołów. Tak zresztą pisana jest ta książka. Z perspektywy tego, który przeżył zbudowane przez samego siebie piekło na ziemi. Ale to jest tak, jak starsi mówią o pijaku: zaczynał, pijąc z butelki, a potem butelka piła z niego. Ktoś zaczyna brać prochy, lecz potem prochy zaczynają brać jego. To właśnie przytrafiło się mnie. O wszystkim tym Cash opowiada, stosując prostą i skomplikowaną zarazem metodę – przyjmuje podwójne zadanie. Jest tym, który – już nawrócony (w dosłownym znaczeniu; Polegałem wtedy na Bogu, nie na chemikaliach), oczyszczony, widzący jasno swoją historię – osądza i rozlicza tego, który doprowadzał go do ruiny. Cash, opowiadający swoją biografię – pełną ćpania, przemocy i muzyki, która staje się niejednoznacznym graczem – wydaje się niebywale spokojny. Nie tylko snuje swoją opowieść bez poczucia, że ktokolwiek poza nim może decydować o jej kształcie, ale także bez blokady, która kazałaby mu wyeliminować krew, pot i łzy. Jego strategia jest odwrotna – jako nawrócony tym bardziej poniża swoje minione dokonania.

Niepokoi mnie fakt, że w oczach wielu ludzi model hotelowego wandalizmu, którego byłem pionierem, dziś jest rodzajem rockandrollowej rebelii, nieszkodliwej, a może nawet godnej podziwu mieszanki młodzieńczej energii i pogardy dla konwencji. Dla mnie było to czymś zupełnie innym. Bardziej mrocznym i głębszym. To była przemoc. Nie chcę powiedzieć, jak bardzo Cash jest prawdziwy, a współcześni muzycy powierzchowni. To, co moim zdaniem jest kluczowe w tej różnicy, to stosunek do własnych doświadczeń. Man in Black, nawet jeżeli robił (bo przecież robił) mnóstwo rzeczy, za które przeprasza, robił to z powodu, który nazwałabym mieszanką własnej słabości i wielkiego poczucia mocy. Tak, Cash bywa postacią tragiczną, mimo że nie dołączając ani do „Klubu 27”, ani żadnego innego, któremu mógłby patronować otyły Elvis Presley, nie stał się flagową postacią życia na krawędzi. Nic zresztą dziwnego, to on szedł po linie.


 

LUDZIE

Legendy i kłamstwa, głupcy i pijacy, starzy przyjaciele i anioły. Wszyscy oni mają swoje miejsce w tej książce. Martwię się jednak, że coś, co powinno się tu znaleźć, pominę. Przez całe życie ogromna liczba osób miała dla mnie znaczenie. Bywa to, może jedyną tak wyraźną, wadą tej książki. Zrozumiałą z perspektywy Casha, ponieważ przyświeca mu wyraźnie zamiar oddania hołdu i sprawiedliwości wszystkim, którzy przewinęli się przez jego życie z mniejszymi i większymi historiami. Mniej atrakcyjną dla czytelnika, który nie jest znawcą amerykańskiej sceny country. Cash. Autobiografia to książka tak przepełniona ludźmi, że trudno pozbyć się wrażenia, że jej autor nie mógł się oszczędzać także na polu towarzysko-przyjacielskim. Tłum, który przewija się przez tę opowieść, to nie bohater zbiorowy – do opisu każdej z postaci muzyk dołącza krótsze lub dłuższe wspomnienia, podziękowania lub anegdoty. Świat, który w ten sposób powstaje, to jednak nie świat króla country wraz z jego dworem. To świat, w którym inny człowiek zawsze i wszędzie stoi za najważniejszymi doświadczeniami i przeżyciami. Świat Casha to świat muzyki i ludzi, nierzadko połączonych w jego ulubiony zestaw. Z największym rozrzewnieniem bowiem opowiada Cash o chwilach, w których grał razem z Carter Family, z przypadkowo odwiedzającymi go gośćmi albo postaciami w rodzaju Boba Dylana i Joan Baez. Dla Casha najlepsza muzyka to ta tworzona z ludźmi, których kocha, którzy wnoszą w jego życie nie tylko muzykę.


 

MIŁOŚĆ

Najważniejszą jednak osobą tak w życiu Casha, jak w tej książce, jest June Carter – kobieta, która zrobiła wszystko, żeby wyrwać go z nałogów, przywrócić życiu i obdarzyć wielką miłością. To o niej muzyk mówi najwięcej, to właściwie jej poświęcona jest ta autobiografia. Gdyby zawierzyć autorowi, uznać trzeba by było jego drugą żonę za anioła na ziemi, który, niepozbawiony wielkiego muzycznego talentu, zrobił wszystko, aby on sam znalazł się wyżej (nie mylić z higher) niż kiedykolwiek dotąd. Smutne, ale wydaje mi się, że jej wkład w muzykę country nie zostanie należycie doceniony z prostego powodu: jest moją żoną; tak przynajmniej to wygląda teraz. To godne pożałowania – jedyna rzecz, jakiej żałuję w związku z naszym małżeństwem. Czy rzeczywiście jej głos i talent miałyby szansę przewrócić do góry nogami świat country? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne – w ich duecie to Cash był megagwiazdą – zakochaną w swojej muzycznej i życiowej partnerce po grób. Oboje nie odstępują się do ostatnich dni na krok – chyba że po to, ażeby pozwolić sobie na chwilę wytchnienia, która uchroni ich przed kłótnią. Jego miłość do June Carter ostatecznie wpływa na to, jak kształtują się jego relacje z Bogiem (W kwestiach teologicznych June i ja jesteśmy sobie równi, ale ona jest prawdziwą bojowniczką modlitwy, ja nie. Jest w tym tak dobra, że czasem łapię się na myślach: hm, może nie muszę się modlić, skoro ona modli się za mnie. To oczywiście nie jest zbyt zdrowe podejście i tylko obrazuje jeden z powodów, dla których June musi się tak zażarcie za mnie modlić.) oraz całą rodziną, która nie dzieli się na rodzeństwo biologiczne, przyrodnie i tak dalej. Cash opowiada o wszystkich dzieciach tak, jakby były największym cudem, jaki mógłby się przydarzyć. Bywa w tym oczywiście sentymentalny (któż zrobi mu z tego zarzut?), ale sięga też specyficznego poczucia humoru: (…) nie rywalizujcie z Carlene, chyba że jesteście Elvisem, a wiem, że nie jesteście.

Cash jest jednak przede wszystkim bałwochwalczo niemal zachwycony swoją żoną (w efekcie także jedynym ich wspólnym dzieckiem – Johnem Carterem Cashem, który został gwiazdą, jak mówi muzyk, jeszcze zanim się urodził), co pewnie może nieco konfundować co jakiś czas czytelnika, ale przede wszystkim skłania do myśli, że jest to – powiedzmy wprost – naprawdę wzruszająca historia miłosna. Taka, w której walka o drugiego człowieka jest celem ostatecznym, w której nie ma granicy nie do przekroczenia, żeby postawić ukochanego na nogi. Nie znaczy to, że June Carter jest cierpiętnicą country – jej wątpliwości opisuje bodaj najsłynniejsza ich piosenka Ring of Fire, jej zwątpienie w Casha miało miejsce raz – gdy zawiódł ją ostatecznie. Wtedy postanowiła, że odchodzi, co wstrząsnęło autorem Cry! Cry! Cry!. Nie odeszła nigdy. No, wiecie.


 

*Za tytuł posłużyły słowa, którymi Johnny Cash otwierał większość swoich koncertów i innych wystąpień.

 

Johnny Cash

Cash. Autobiografia

Tłum. Adam Pluszka

Czarne, 2014

Liczba stron: 335

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, a wcześniej także „Polisemii”. Autorka książki „Korespondent Witkacy” Publikowała artykuły i recenzje w licznych czasopismach oraz portalach. Zajmuje się podmiotowością w literaturze i kulturze współczesnej oraz kulturą amerykańską. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w najnowszej kulturze. Pisze biografię Marii Kownackiej.