kaspar
RECENZJE | 21.10.2013

Haspar Kauser („Legenda Kaspara Hausera”)

W dwudziestej minucie kinowego seansu Legendy Kaspara Hausera coraz głośniej słychać chrapanie. Część z garstki zebranej widowni zaczyna się śmiać, a pewna pani na tyłach sali wyczuwa szybko stand-upowy potencjał sytuacji: „No, myślałam, że chociaż w kolorze będzie”. Napięcie opada, film trwa dalej.

Takie zachowanie – najczęściej miażdżące komentarze filmu – w tym szczególnym wypadku zachwyciłoby reżysera, gdyby tylko uczestniczył w seansie. Bo Davide Manuli, jakkolwiek by to banalnie nie brzmiało, lubi podważać autorytety i szukać rozpęknięć w monolicie tradycyjnego odbioru sztuki. Ujmują szczerość intencji i brak popisowości, dzięki czemu bardzo charakterystyczna Legenda Kaspara Hausera nie zamienia się w nadęte duszpasterstwo chaosu spod znaku antychrysta Von Triera. Łatwo ten dystans przeoczyć, bo większość elementów w tym filmie to sztampowe środki eksperymentu: minimalistyczne, czarno-białe zdjęcia greckiej wyspy, nad którą w filmie przelatują kosmiczne spodki, podwójna rola Vincenta Gallo, kobieta obsadzona w roli Kaspara Hausera, stylizacja retro, muzyka elektroniczna, scenariusz mający się do reguł budowania historii jak bikini do wieczorowego stroju.

Omdlałe ciało Kaspara Hausera wyłania się z morskich fal. Na głowie ma słuchawki – nie gadżet, ale integralną część ciała. Na jego klatce piersiowej wytatuowane są wielkimi literami imię i nazwisko. Chociaż zjawił się właściwie nie wiadomo skąd, całe miasteczko z szeryfem na czele go oczekiwało. Po przybyciu tego ni profety, ni boga, ni magika, z nowym gościem konfrontują się Ksiądz, Księżna i kolejni nieliczni mieszkańcy fantomowego miasteczka. Szeryf zapewnia Kasparowi byt i próbuje go nauczyć obsługi didżejki, Ksiądz podejmuje się roli nauczyciela metafizyki, choć sam dowiaduje się podczas tej lekcji najwięcej. Księżna i jeździec zaś boją się detronizacji i – po krótkich przeszpiegach – starają się Kaspara wyeliminować. Kto zna historię Hausera, nie znajdzie w przebiegu tej narracji nic nowego, choć sposób opowiadania może zaciemniać czytelność historii. Hipnotyczne podrygiwanie Kaspara w rytm wiecznie słyszanej przez niego muzyki wypełnia wiele scen, zastępując dialogi i ruch w ramach pustynnej scenografii. Kaspar nie rozmawia z wyspiarzami, śpi podczas tyrad księdza, na zawołanie żongluje pomarańczami, bez czynienia sobie krzywdy uderza głową w mur oraz potrafi rozstrzeliwać puszki w przy pomocy nieznanego pochodzenia siły. Chociaż ta wersja historii Kaspara Hausera wydaje się pogmatwana, tak naprawdę bliżej jej do bajki niż kina eksperymentalnego.

Davide Manuli, tworząc film, bazował głównie na książce, próbującej jak najwierniej zrekonstruować losy tajemniczego Kaspara, który w 1828 roku pojawił się znikąd w Norymberdze. Reżyser faktograficzny bełkot wyrzucił, spisał w formie punktów najważniejsze momenty w biografii postaci, a następnie przepisał je na dużo prostszą historię, w której posługuje się nie symbolem, a aluzją. Za każdą figurą stoi jedno znaczenie, a Manuli buduje historię lafontenowskim językiem. Ksiądz, Księżna, Szeryf nie mają imion, bo nie są istotami z krwi i kości, tylko zbiornikami cech przypisywanych im przez społeczeństwo. Kaspara z kolei nie definiuje funkcja. To postać zdominowana przez tożsamość – wytatuowane na klatce imię i nazwisko. Kaspar nigdy nie stanie się kimś innym niż Kasparem Hauserem, człowiekiem-zagadką i legendą zarazem. W interpretacji Manuliego Kaspar to także jurodiwy, święty szaleniec, który potępiony przez magnatów znajduje akceptację wśród podobnych mu outsiderów: pokonanego w pojedynku szeryfa i prostytutki. Manuli w tej historii jednoznacznie krytykuje zarówno zachowanie (przede wszystkim absurdalne próby edukacji) ówczesnej społeczności względem wielkiego nieznajomego, jak i współczesne spojrzenie na Hausera – niczym na zagadnienie, nie człowieka.

Paradoksalnie, w filmie niedoceniona może pozostać muzyka, która wypełnia prawie wszystkie sceny i dynamizuje statyczny film. Techno w Legendzie Kaspara Hausera to nie tylko dźwięki, ale i subkultura. To kolejna prowokacja reżysera, który bardzo świadomie zestawia pozornie bezmyślną kulturę klubową z kulturą wysoką. Napisy początkowe mówią o wyspie X: ale nie oznacza to „nigdzie”. Oznacza „wszędzie”. Wyspa, na której toczy się akcja filmu, jest naszym światem. A wyspa ta umiera, pustoszeje. Pozostali na niej władcy, stróże prawa, duchowni, służba i fantomowe jednostki to resztki z czasów świetności starego kontynentu. Ci inni – Kaspar Hauser i przelatujące nad wyspą spodki – są reprezentantami tego, co Manuli postrzega jako lepsze, czyli instynktu. Kaspar jest zanurzony w muzycznym transie, muzyka Vitalica próbuje wywołać ten trans w widzach. Techno to forma pozarozumowego poczucia rytmu, dotyku, która w tym ujęciu znaczy dla reżysera więcej niż dorobek kulturowy Europy. Nic dziwnego, że ten wątek w całości poprowadziła tancerka działająca na pograniczu sztuk (teatru, performansu i muzyki), Silvia Calderoni. Ona po prostu BYŁA Kasparem i słusznie w jednym z wywiadów zauważyła, że Kaspara ma po części w sobie, jak każdy z nas. Ten rodzaj podejścia do pracy aktorskiej, prosto z Idiotów von Triera czy teatru Grotowskiego, jest kluczowy dla treści filmu. Vincent Gallo dorzucił rzecz prostą i ekstremalnie ważną – poczucie humoru, które zamienia przypowieść w inteligentny film

Legenda Kaspara Hausera (La leggenda di Kaspar Hauser), reż. Davide Manuli,  2012 (Włochy)