dziwak
RECENZJE | 07.07.2014

Hashtagi zapisane na serwetce (J. Dziwak „Gry losowe”)

W Grach losowych Joanny Dziwak bohaterowie wysypują się jak wygrane monety z maszyny w kasynie: głośno i chaotycznie. Poruszanie się po łączącej ich sieci to nieustanna dzika jazda, skakanie po internetowych memach, słuchanie rozmów w pokracznym slangu, podejmowanie gry w układanie poszatkowanych i wymieszanych popkulturowych odnośników. Taki miszmasz bawi, ale powinien być dozowany w odpowiednich ilościach, bo na dłuższą metę może przyprawić o zawrót głowy.

Precjoza z modowych blogów już upchnięte w hipsterskim worku, kawa ze Starbunia kupiona, hashtagi do zdjęć z rozmytym tłem obmyślone – można ruszać w drogę. Dziwak oprowadza po kuriozalnym świecie skonstruowanym ze stereotypów, wyobrażeń, odbić w krzywym zwierciadle. Ten obraz okrasza solidną porcją kpiny i ironicznego humoru, co czyni z niej autorkę, która w decydującym momencie wstępuje na własną scenę i rozbija wszystko w drobny mak. Bo jak traktować poważnie taki świat, a zwłaszcza takich bohaterów?

Opowieści o poszczególnych osobach zlewają się w jedno i czasem tylko oznaczenia rozdziałów – każdej postaci przypisana jest inna numeracja – pozwalają zauważyć, że właśnie zaczyna się nowa część. Dziwak zaczyna historią Jo, która świetnie odnalazłaby się w rzeczywistości serialu Girls. Jo to jedna z tych postaci, którą mimo podrzucanych tropów, trudno dookreślić – wydaje się w pewien sposób tymczasowa, zmiennokształtna, niezdecydowana. Jakby była tworzywem, któremu dopiero nada się formę. I podświadomie, brnąc w nieco oniryczną opowieść o tej młodej kobiecie, na to właśnie się czeka. Podkarmieni literaturą spod znaku spaghetti i sansary oczekujemy rewolucyjnej przemiany, duchowej podróży, dozgonnej miłości – a tu klops. Jo to taki człowiek-widmo, przekręcający dźwignię w kolejnej maszynie do gry, w następnej podrzędnej mieścinie gdzieś w Ameryce. W trakcie tych podróży obija się o coraz dziwniejsze egzemplarze hipsterów – każda kolejna osoba silniej podkreśla swój indywidualizm, wyraźniej eksponuje nawet najdziwniejsze upodobania. Jo trochę obserwuje, trochę podsłuchuje. Ta bohaterka może być everywoman, przykładem każdego i zarazem nikogo konkretnego – ma w sobie coś ze „słoika”, ale i stara się być wyzwolona, kontakty z płcią przeciwną omawia z pyskatą przyjaciółką-barmanką. Składa się z różnych klisz, nakładanych na siebie często w nieoczekiwanych konfiguracjach. Wśród celów życiowych Jo pojawia się popularne marzenie o sławie i sukcesie, uosobione przez pojawiającą się znienacka postać gwiazdy. Sposób, w jaki celebrytka opowiada o swoim życiu, silnie przypomina rozważania Stanisława Retry z Pawia królowej. Bohaterka, pełna miłości własnej, serwuje grożący wstrząsem mózgu, oszałamiający bełkot narcyza. Jest przekonana, że znalazła receptę na życie i sukces w każdej możliwej dziedzinie: Nauczyłam się żyć każdą chwilą, carpe diem, tak brzmi moje motto, tatuaż nawet mam w języku hindi, czcionką Comic Sans.

Prawdami życiowymi zapisanymi Comic Sansem raczy swoich czytelników kolejna barwna postać w galerii, to jest uduchowiony pisarz Janusz L.L. Czereśniewski – nazwisko to jest wyraźną aluzją do pewnego polskiego, poczytnego zresztą, pisarza. Janusz, niczym jego niedościgniony mistrz Paweł Koleją, chciałby mówić wszystkim, jak mają żyć. Na razie musi zadowolić się rzędem dusz gospodyń domowych, które pod jego przewodnictwem oczekują na wielką miłość. Janusz korzysta z tej władzy w mało duchowy sposób: liczy zera na koncie i myśli o coraz młodszych kobietach. To sprawia, że popada w rutynę i przeżywa kryzys twórczy. Narratorka objaśnia, że opowieść o Januszu ma za zadanie zwolnić z obowiązku czytania bardziej przytłaczającej literatury, bo przecież daje to, czego czytelnik pragnie najbardziej – ucieczkę od rzeczywistości. I to chyba jest najsmutniejsze w całej przypowieści o Januszu – że to właśnie Odosobnieni@ w necie czy inne S@motności w sieci wyznaczają standard tego, jak ma wyglądać „normalna historia dla normalnych ludzi”. A Janusze, obojętnie czy w uniwersum budowanym przed Dziwak, czy w tak zwanym realu, liczą kolejne zera na koncie i kupują kolejne alkohole warte tyle co PKB afrykańskiego państewka.

Zupełnie inne standardy prezentuje Arkadiusz Pszczoła, poeta z Bytomia. Ten bohater jest tak nasiąknięty wszelkimi stereotypami dotyczącymi humanistyki, że aż się czeka na moment, w którym wynajmie obskurny pokoik na poddaszu i tam, w nikłym świetle dogasających świec stworzy swoje opus magnum – a potem, naturalnie, umrze na gruźlicę. Ale nic z tych rzeczy. Arkadiusz kontynuuje swoją nieco dziwaczną egzystencję, rozdarty między pragnieniem zdobycia Nike a wiernością swoim zasadom. Co jednak najbardziej w nim interesujące, Arkadiusz wydaje się nie do końca pogodzony sam ze sobą. Czuje potrzebę zmiany, a równocześnie odrzuca go ta możliwość. W końcu coraz intensywniej rozważa modyfikację swojego życia, nawet podejmuje ku temu pewne kroki, które jednak – i tu zaskoczenie – tak naprawdę do niczego nie prowadzą. Poeta uznaje, że ci, którzy dokonali w życiu wielkiego przewrotu i twierdzą, że w pewnym momencie doznali oświecenia, to zwyczajni idioci. Nie musi podróżować do Indii i kąpać się w Gangesie, żeby dowiedzieć się czegoś o życiu. Arkadiuszem Pszczołą można być wszędzie.

Obok tych najsilniej zarysowanych postaci przewijają się pomniejsi bohaterowie, tworzący barwne tło: młodzi awangardowi artyści, zwariowane groupies, ale i przegrani rozwodnicy z bytomskich blokowisk. Paradoksalnie, mimo akcentowanej odrębności, zlewają się w jedną masę, bezrefleksyjnie dryfującą w bliżej nieokreślonym kierunku. Główne postaci teoretycznie mają cele i pragnienia, ale nie widzą żadnych możliwości, które pozwoliłyby je osiągnąć. Wtłoczeni w pokrętne prawa rządzące ich rzeczywistością, zmuszeni są się im poddać i podążać w narzuconym kierunku.

Świat opisywany przez Dziwak jest pstrokaty i zabawny, zdobny w cięty humor i celne uwagi. Można się śmiać z konkretnych postaci, postaw i zachowań, ale w pewnych momentach nie da się uciec od bardziej ogólnych refleksji. Niektóre z fragmentów są nieznośnie aktualne: Prawicowi politycy stworzyli wprawdzie projekt ustawy, zgodnie z którą jedynymi powszechnie dostępnymi lekami miały być środki na starczy reumatyzm (gdyż wszelkie inne dolegliwości to w istocie kara, którą słusznie wymierzył człowiekowi Bóg za jego grzechy, argumentowali), szatan jednak miał po raz kolejny wpływ na wynik głosowania i to jego głos przeważył. Łatwo jednak zgubić takie smaczki, bo Dziwak wręcz bombarduje różnorakimi odniesieniami: obok siebie pojawiają się Deleuze i celebrytka z tysiącami fanów na Facebooku, Tomasz Lis i blogerka modowa, a równocześnie ktoś wykłada prawdę o życiu, stylizując się – nomen omen – na Baumana. Gry losowe w trakcie lektury zaczynają przypominać stylizację polującej na lajki blogerki: pełne barokowego przepychu, rozmaitych nawiązań, serwujące mrugnięcia okiem tak często, że w rezultacie trudno coś więcej dostrzec.

Dlatego niełatwo postrzegać książkę Joanny Dziwak jako specyficzną diagnozę społeczną. To raczej wdzięczna satyra, która wykpiwa rzeczywistość, a raczej konkretne jej elementy, które aż proszą się o solidną dawkę złośliwości. Blurb kusi, że książka Dziwak to idealna lektura na początek lata – i to faktycznie jest najlepsze podsumowanie.

 

Joanna Dziwak

Gry losowe

Korporacja Ha!art, 2014

Liczba stron: 278

Joanna Barańska

Joanna Barańska

(ur. 1992) – studentka kulturoznawstwa na WP UJ. Odkąd założyła bloga na Tumblrze, jest feministką z kryzysem egzystencjalnym. Interesują ją przedstawienia postapokalipsy w filmie i literaturze.